Do dziś w głowach polskich piłkarzy siedzi pewnie hokejowy wynik 0:6 z meczu towarzyskiego. Siłą biało-czerwonych jest kolektywność i waleczność. Zarysował się już pewien trzon zespołu, ale wciąż mamy kłopoty z zestawieniem defensywy czy właściwym doborem ludzi od czarnej roboty w środku pola. Po co nam zaciąg z Niemiec w postaci Eugena Polańskiego? Słaby ten Gienek, a już na pewno nie lepszy niż na przykład Borysiuk czy Dudka. Stawiajmy na polskość!
Skoro uderzyłem w patriotyczne, wysokie tony, pozwolę sobie przytoczyć historię pewnego orła, który odfrunął na jakiś czas z koszulek polskich piłkarzy…
A było tak. Dawno, dawno temu, za pięknymi stadionami, do których prowadziły kręte, wąskie, dziurawe drogi, mieszkał Prezes Lato. Piastował on funkcję piłkarskiego władcy. Rządził królestwem mlekiem i miodem płynącym. Królestwo to PZPN-em się zwało. Jego podwładni byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Dzięki wiernym giermkom prezesowi przez wiele lat „włos z głowy by nie spadł”, nawet gdyby choć jeden posiadał. Nikt nie potrafił z nim wygrać, mimo że wielu próbowało. Jest to człek, który w majestacie prawa robi wszystko na przekór. Poszukał też zwady z kibicami. Zabrał im to, co najcenniejsze, to, z czym się utożsamiali. Zabrał im białego orła w koronie, za którego Polacy przelewali krew. Rozwścieczeni i zdruzgotani fani zbojkotowali decyzję PZPN-u. Na meczu z Włochami we Wrocławiu panowała cisza, tylko od czasu do czasu słychać było okrzyki: „Gdzie jest orzeł? Gdzie jest orzeł?”. Z kolei w Poznaniu na meczu z bratankami Węgrami frekwencja nie dopisała. W Związku się dziwili: „Jak to? Dlaczego?”. W końcu komuś na Miodowej zaświeciła się lampka w głowie: „Musimy przywrócić godło na koszulki!”, ale nadszarpniętej reputacji tym gestem i tak nie naprawiono. Morał z historii płynie taki: nie niszcz symboli, chyba, żeś obywatel byle jaki.
Mówiąc bardziej serio i raczej ze smutkiem: przy całym godłowo-kadrowym zamieszaniu zastanawiająca jest bierna postawa piłkarzy. Skoro jednak skrzydlaty jegomość wrócił na trykoty kadrowiczów, dajmy sobie już z tym spokój. Do Euro zostało około dwieście dni. Uważam, że możemy być czarnym koniem tych rozgrywek. Gramy coraz lepiej. Może zaprocentować doświadczenie zdobyte w meczach towarzyskich z silniejszymi rywalami: Niemcy, Francja, Argentyna. Ładnie wyglądają akcje ofensywne w wykonaniu Błaszczykowskiego, Mierzejewskiego czy Lewandowskiego. Solidny Piszczek na prawej obronie. W bramce klasa światowa – Wojciech Szczęsny. Do tego wysyp młodych talentów w Legii Warszawa. Mimo wszystko widzę przyszłość kadry w różowych barwach. Gdy będzie 150% zaangażowania i zostawimy w szatni obawę nawet przed najlepszymi rywalami, możemy spać spokojnie.

























