Reklama
czwartek, 22 marca 2018 23:13

Moja książka opisuje historię spalonych polskich wsi

Napisane przez  Administrator

Rozmowa z dr. Danielem Brewingiem, historykiem niemieckim, pracownikiem naukowym uniwersytetu w Akwizgranie. Jego monografia Im Schatten von Auschwitz. Deutsche Massaker an polnischen Zivilisten 1939-1945 (Wissenschaftliche Buchgesellschaft, Darmstadt 2016) została wyróżniona w konkursie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na najlepszą publikację obcojęzyczną o historii Polski. Książka ukaże się w polskim przekładzie nakładem Instytutu Zachodniego. 

Swą monografię W cieniu Auschwitz (Im Schatten von Auschwitz) poświęcił Pan najciemniejszemu rozdziałowi stosunków polsko-niemieckich. Rekonstruuje Pan niemieckie masowe mordy na polskiej ludności cywilnej w latach 1939-1945. Przeprowadził Pan poszukiwania w licznych archiwach polskich i niemieckich, wykorzystał zbiory opublikowanych dokumentów, wspomnienia i publikacje naukowe. Jaki obraz niemieckiego terroru w okupowanej Polsce prezentuje Pan w swej książce? 

Moja książka opisuje historię spalonych polskich wsi. Były to miejscowości, które w ramach zwalczania partyzantów zostały zrównane z ziemią przez niemieckich żołnierzy i policjantów, a mieszkańcy (przede wszystkim, choć nie tylko, mężczyźni) ‒ wymordowani. Punkt wyjścia mojej książki to akcje Niemców wobec polskich partyzantów, których działania z perspektywy niemieckich okupantów najpierw irytowały, ale później coraz częściej były postrzegane jako zagrożenie dla niemieckiego panowania. Niemieccy okupanci odpowiedzieli na to wyzwanie zmasowanym terrorem, skierowanym zwłaszcza przeciwko mieszkańcom tych wsi, w pobliżu których widziani byli partyzanci. Podejrzewano z reguły, że wieś współpracuje z partyzantami i sprzeciwia się niemieckiej władzy okupacyjnej. Podejrzenie to nakazywało postrzegać daną miejscowość jako „bandyckie gniazdo”, które w ten sposób stawało się rzekomo uzasadnionym celem niemieckiego terroru w ramach „zwalczania band”. „Bezpieczeństwa i porządku” nie dało się jednak zapewnić takimi metodami. Przeciwnie, masowe mordy powodowały, że do ugrupowań partyzanckich napływali nowi ludzie. Jednak charakterystyczne, że niemieccy okupanci nie korygowali kursu, lecz na ogół reagowali intensyfikując terror. Organizowano „duże operacje” („Großunternehmen”) z udziałem tysięcy żołnierzy i policjantów i w efekcie dokonywano spustoszeń większych obszarów, zwłaszcza w dystrykcie radomskim i lubelskim. Podczas planowania takich „akcji” współpracowały ze sobą najróżniejsze urzędy okupacyjne. Odpowiedzialność była mocno rozproszona i rozciągała się zarówno na przedstawicieli administracji cywilnej, jak też członków SS, aparatu policyjnego i Wehrmachtu. Pacyfikacje były integralną częścią polityki okupacyjnej i służyły forsowaniu niemieckich interesów. Analiza tych pacyfikacji pokazuje, że kryło się za nimi coś więcej. Wyzwalały one okrucieństwo, brak zahamowań i nieopanowaną przemoc. Niedające się opisać cierpienia zadawane polskim ofiarom, batożenie, wypalanie na żywym ciele, torturowanie – wszystkie te okrucieństwa są główną częścią składową pacyfikacji, które badałem. Wyłania się z tego ciemny obraz niemieckiego panowania, obraz bezbrzeżnej przemocy, która pozostawiała za sobą nie tylko zniszczone wsie i tysiące zwłok, ale też wielu ocalałych ze śladami ciężkiego kalectwa do końca życia.

Mordy dokonywane przez niemieckich okupantów na polskiej ludności były już w Polsce gruntownie rekonstruowane. W RFN natomiast pisano o tym raczej na marginesie, bez podawania szczegółów. Dopiero Pan przygotował i opublikował źródłowe i gruntowne studium na ten temat. Jak to się stało, że nikt wcześniej nie zrealizował przekonującej odpowiedzi?

Mogę tylko snuć przypuszczenia: przede wszystkim trzeba znać język polski. To duża przeszkoda, niekiedy wręcz odstraszająca. Niewątpliwie też koncentrowanie się na prześladowaniu i wyniszczeniu europejskich Żydów doprowadziło do tego, że inne konteksty zeszły nieco na dalszy plan. Niemniej nie można zapominać, że także intensywne empiryczne badania Holocaustu na dobre rozwinęły się dopiero w ostatnich 25 latach. Dopiero od lat 90. udało się młodszej generacji historyków przedstawić przełomowe studia o wymordowaniu zwłaszcza wschodnioeuropejskich Żydów, wykorzystujące nowo udostępnione zasoby źródłowe. Gdy zaś w ostatnich latach ukazały się niezliczone regionalne i lokalne studia o Holocauście, czas dojrzał do tego, by za pomocą podobnego instrumentarium analitycznego przyjrzeć się masowym zbrodniom dokonywanym na polskiej ludności cywilnej. Zresztą na przełomie stuleci XX i XXI ukazały się ważne, empiryczne prace niemieckich historyków, koncentrujące się na cierpieniach Polaków. Proszę na przykład zwrócić uwagę na ważną dysertację Jochena Böhlera (Auftakt zum Vernichtungskrieg), która w stosunkowo dużym nakładzie została opublikowana przez renomowane wydawnictwo i która następnie została włączona do serii publikacji Federalnej Centrali Edukacji Politycznej (Bundeszentrale für politische Bildung). Swoją książką próbuję rozwijać i pogłębiać tę oraz inne prace. 

Pisze Pan o mordach na nieżydowskiej, polskiej ludności cywilnej, a książkę zatytułował Pan nieco prowokacyjnie – W cieniu Auschwitz. Chce Pan w ten sposób powiedzieć, że niemiecka kultura pamięci jest zbyt „holokaustocentryczna”? 

Nie, niemiecka kultura pamięci nie jest ZBYT skupiona na Holocauście. Jednak niewątpliwie Holocaust znajduje się w centrum uwagi. Ale bądźmy uczciwi: nie zawsze tak było. Dopiero po dziesięcioleciach skwapliwego niepamiętania, kiedy to społeczeństwo niemieckie wzbraniało się uznać cierpienia ofiar, dokonał się w latach 70. w kulturze pamięci przełom, który do dzisiaj odciska piętno na nastawieniu Niemców do ich przeszłości. Postrzegam te przemiany jako wielki postęp, który jednak ma też pewne wady: należy do nich właśnie zredukowanie całego kompleksowego problemu nazistowskiego terroru do Holocaustu. Jan Philipp Reemtsma mówił kiedyś, w innym kontekście, o „czynieniu niedostrzegalnym wskutek oświetlania zjawisk ekstremalnych” („Unsichtbarmachung durch Beleuchtung des Extrems”). To ujęcie wydaje mi się bardzo trafne. W niemieckiej kulturze pamięci powstał obraz nazistowskiego terroru, w którym centralne miejsce zajmuje zjawisko niewątpliwie najbardziej radykalne, na tle którego inne formy terroru stają się mniej istotne. Dotyczy to zwłaszcza, choć nie tylko, losu polskiej ludności cywilnej pod niemiecką okupacją. Chodziłoby, moim zdaniem, o to, by mówić o różnych rodzajach terroru, przemocy i cierpień, jakich musiała doświadczać polska ludność cywilna ze strony niemieckich okupantów, ale należałoby przedstawiać to jako uzupełnienie zjawiska Holocaustu, a nie jako swego rodzaju „konkurencję” wobec Holocaustu. 

W posłowiu do swojej książki pisze Pan m.in. o dyskusjach wokół serialu Nasze matki, nasi ojcowie, który wywołał w Polsce duże oburzenie. Żołnierze Armii Krajowej zostali w tym filmie ukazani jako antysemici i bandyci. Rzeczywiście istnieje w Niemczech tak jednostronny, ciemny obraz polskiego ruchu oporu czy też ten serial to pod tym względem wyjątek? Nie będę tu wymieniał nazwisk, ale stereotypowe, krzywdzące opinie o Polakach jako antysemitach słyszałem z ust renomowanych niemieckich historyków. Jeden z nich na przykład twierdził, że w Generalnym Gubernatorstwie Żydom pomagali właściwie tylko komuniści... 

To była jednak wyjątkowa sytuacja, gdy ten temat w ogóle został publicznie poruszony. Myślę, że ignorancja jest ogromna, a luki w wiedzy właśnie  w tym zakresie – bardzo duże. Nasze matki, nasi ojcowie to wołający o pomstę  do nieba przykład wykoślawionego obrazu, jaki panuje w niemieckiej opinii  publicznej na temat życia i śmierci w okupowanej Polsce. W piśmiennictwie  naukowym wygląda to lepiej. Dysponujemy w Niemczech uznanymi dziełami  naukowymi, do których można sięgnąć, jak na przykład potężny tom, praca  zbiorowa, pod redakcją Bernharda Chiari.

Niestety między ustaleniami historyków a obrazem historii w społeczeństwie istnieje głęboka przepaść. Dotyczy to w szczególnym stopniu postrzegania Armii Krajowej.

Co mogłaby uczynić strona polska w celu spopularyzowania w Niemczech historii Polski okresu II wojny światowej? 

Dwie rzeczy mają, moim zdaniem, szczególne znaczenie. Z jednej strony można by upowszechnić w wersji niemieckiej lub angielskiej nowe obszerne edycje źródeł historycznych. Znacznie ułatwiłoby to prowadzenie badań i nauczanie w zakresie problematyki związanej z Polską. Z drugiej strony byłoby pomocne, gdyby polscy badacze opracowali nową syntezę, poświęconą niemieckiej polityce okupacyjnej. Jeśli uświadomić sobie, że książka Czesława Madajczyka nadal funkcjonuje jako dzieło standardowe, to staje się oczywiste, że już bardzo długo czekamy na nową syntezę, podsumowującą aktualny stan badań w tym zakresie. Jestem pewny, że taka książka spotkałaby się z zainteresowaniem także w Niemczech. 

Pod koniec swej książki pisze Pan także o swego rodzaju „normalizacji”  w niemieckiej świadomości historycznej, czyli „poważnych wysiłkach”, by  „wreszcie przypomnieć o rzekomo długo pomijanych niemieckich cierpieniach podczas II wojny światowej”. Chodzi przede wszystkim o „wypędzenie Niemców z Europy Środkowo-Wschodniej”. Czy jest to, Pana zdaniem, element świadomej polityki historycznej Republiki Federalnej Niemiec? 

Generalnie istnieje tendencja, by w większym stopniu pisać i mówić o niemieckich ofiarach. Dotyczy to zarówno pamięci o czasach NRD, jak też pamięci o II wojnie światowej. Chodzi tu przede wszystkim o bombardowania niemieckich miast, gwałty na Niemkach, jakich dopuszczali się żołnierze Armii Czerwonej oraz o wypędzenie ludności niemieckiej z Europy Środkowo-Wschodniej. Szczególnie dyskusja wokół wypędzenia ma z polskiej perspektywy istotne znaczenie. Zresztą obraz Polski w kulturze pamięci skoncentrowanej na Holocauście jest irytująco podobny do tego obrazu Polski, który występuje w rytuałach pamięci niemieckich związków wypędzonych. W obu przypadkach mówi się o Polakach przede wszystkim jako o uczestnikach zdarzeń nasyconych przemocą. Nieco wyostrzając, można by powiedzieć, że akcentowanie skłonności Polaków do przemocy jest cechą wspólną rozbieżnych zasadniczo wzorców pamięci. Wątpię natomiast, by stała za tym świadoma polityka historyczna niemieckiego rządu.

W trzeciej części książki omawia Pan niemieckie próby uporania się z przeszłością po 1945 roku. Jakiego bilansu dokonuje Pan w tym zakresie?

Bilans jest pod każdym względem zawstydzający. Dotyczy to zarówno procedur prawnych, jak też problemu zadośćuczynienia i fizycznego odszkodowania dla ofiar, które przeżyły. Jeśli chodzi o sprawy karne, to większość postępowań utknęła. W bardzo rzadkich przypadkach śledztwa wstępne kończyły się procesem przed zachodnioniemieckim sądem. Wiązało się to z problemami, które były typowe dla stosunku wymiaru sprawiedliwości do nazistowskich zbrodni: skandaliczna bezczynność wymiaru sprawiedliwości; brak dokumentacji; kwalifikacja czynu jako zabójstwa, które od wiosny 1960 roku mogło uchodzić za przedawnione; a w końcu tzw. Gehilfen-Judikatur, prowadząca do umorzenia licznych postępowań, ponieważ sprawcy jakoby działali nie z własnej woli, lecz jedynie na polecenie Hitlera, Himmlera czy Heydricha. Tak wyglądało prawne rozliczenie ze sprawcami nazistowskich zbrodni w Niemczech Zachodnich. W przypadku masowych zbrodni na polskiej ludności cywilnej, które analizuję w mojej książce, doszedł jeszcze szczególny problem, a mianowicie kategoryzacja tych czynów jako „Repressal- und Sühnemaßnahmen” (środki represyjne i odwetowe), które – w określonych granicach ‒ zgodnie z prawem międzynarodowym i obyczajem wojennym były dopuszczalne przy zwalczaniu ruchu oporu. W związku z tym postępowania prokuratorskie często nie były wszczynane, ponieważ dokonywane masakry kwalifikowano nie jako zbrodnie nazistowskie, lecz jako uprawnione środki represyjne podczas operacji wojskowych. To jest oczywiście skandaliczna argumentacja, przejmująca interpretację sprawców. Z tego wszystkiego płynie gorzka konkluzja: kto po  1945 roku nie został wydany władzom polskim, nie musiał się specjalnie obawiać. Parę lat temu niemiecka opinia publiczna została skonfrontowana z faktem,  że ci, którzy przeżyli te masakry, do dziś nie otrzymali żadnego finansowego  odszkodowania. Ten zawstydzający fakt wyszedł w związku z historią Winicjusza Natoniewskiego. Jako pięcioletni chłopiec Natoniewski ocalał z pacyfikacji swej wsi, przeżył, ale z ciężkimi poparzeniami. Za cierpienia towarzyszące mu przez całe życie, za trwałe oszpecenie nigdy nie otrzymał odszkodowania od Republiki Federalnej Niemiec. Wprawdzie RFN zawarła po wojnie pewną liczbę układów o odszkodowaniach, które miały zaspokoić indywidualne roszczenia, lecz dotyczyły one ofiar pseudomedycznych eksperymentów w obozach koncentracyjnych, przymusowych robotników i więźniów obozów koncentracyjnych. Ci, którzy przeżyli pacyfikacje polskich wsi, do dziś czekają  na finansowe odszkodowania. Winicjusz Natoniewski, wówczas ciężko poparzone dziecko, próbował dojść swych roszczeń na drodze prawnej. Jego złożona przed polskim sądem skarga przeciwko Republice Federalnej Niemiec została odrzucona.

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx