Reklama
niedziela, 29 października 2017 13:57

Bez tytułu…

Napisane przez  Administrator
Rok w rok, jakby dla ponurego żartu, Lhasa wygrywa plebiscyt na „najszczęśliwsze miasto Chin”. Na zdjęciu żołnierze paramilitarnej Ludowej Policji Zbrojnej obok Dżokhangu, najbardziej czczonego sanktuarium Tybetu, i stanowisko ze sprzętem – gaśnicą i hyclowską pętlą – do „zwalczania samospaleń”. Rok w rok, jakby dla ponurego żartu, Lhasa wygrywa plebiscyt na „najszczęśliwsze miasto Chin”. Na zdjęciu żołnierze paramilitarnej Ludowej Policji Zbrojnej obok Dżokhangu, najbardziej czczonego sanktuarium Tybetu, i stanowisko ze sprzętem – gaśnicą i hyclowską pętlą – do „zwalczania samospaleń”.

Czekaliśmy na Dalajlamę na przełęczy. Modliliśmy się. Jego świętobliwość uważnie na nas patrzył, na nasz ekwipunek. Byliśmy uzbrojeni po zęby.

Ucieczka Dalajlamy XIV do Indii, 1959 r.

Z Adamem Koziełem z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka rozmawia Mariola Zdancewicz

Zauważyłam, że w polskich przekazach ze świata kompletnie nie ma informacji o Tybecie. Kiedyś bulwersowały samospalenia bądź inne zabiegi dyskryminacyjne. Jaka jest tego przyczyna?

Samospalenia, których było już 150, amerykańscy dziennikarze uznali w ich apogeum za „najbardziej przemilczaną historię”. Zatem nic się tu nie zmienia poza gigantycznym zwiększeniem nakładów na budowanie wizerunku Chińskiej Republiki Ludowej pod rządami przewodniczącego Xi Jinpinga. Zdaniem amerykańskich ekspertów przekraczają one 10 miliardów dolarów rocznie – i wydaje się, że w dużym stopniu właśnie w tej kwocie kryje się odpowiedź na to pytanie. 

Najbardziej widowiskowe konsekwencje ma to w Hollywood. Z wielu filmów wycinane są dziś sceny lub znikają wątki, które mogłyby się nie podobać chińskiej cenzurze. Zaszliśmy już tak daleko, że w ekranizowanym komiksie tybetański mędrzec zmienia się w Europejkę. Trudno się dziwić, że w finansowanych przez takie same koncerny mediach coraz trudniej o informacje, które zdaniem przywódców z Pekinu „godzą” w wizerunek Chin. 

 W ubiegłorocznych wyborach premierem został 43-letni prawnik z Harvardu – Lobsang Sangay, pełni też funkcję następcy Dalajlamy XIV, który przygotował rozdzielenie władzy świeckiej od duchowej i sam nadal jest przywódcą duchowym Tybetu. Nowy premier nie zna Tybetu i nigdy tam nie był, kogo zatem reprezentuje? 

Kiedy Dalajlama – ratując wolność, jeśli nie życie, gdyż pałac, który opuścił, został wkrótce potem zbombardowany przez chińską armię – znalazł się w 1959 roku w Indiach, oświadczył: „Gdziekolwiek jestem ja i mój gabinet, dla narodu tybetańskiego jesteśmy rządem Tybetu”. Od tego czasu działa tybetański rząd na wychodźstwie, który od początku był przez Dalajlamę konsekwentnie demokratyzowany. Ostatnim elementem procesu przekazywania dawnych, „buddokratycznych” prerogatyw instytucjom demokratycznym było wycofanie się Jego Świątobliwości z życia politycznego w 2011 roku. Tybetańska diaspora wybiera dziś parlament i, bezpośrednio, szefa gabinetu, ale nie można nazywać go „następcą” Dalajlamy, tak jak po zmianie systemu politycznego prezydent nie jest nowym królem. 

Możemy patrzeć na to z dwóch perspektyw. Liderów diaspory wybierają Tybetańczycy, którzy żyją na wychodźstwie – 150 tysięcy osób wobec sześciu milionów rodaków w Chinach. W tym wielu młodych, którzy rzeczywiście nigdy nie widzieli ojczyzny rodziców i dziadków. Z drugiej strony, te instytucje stanowią kontynuację dawnego, jak najbardziej legalnego rządu Tybetu, co daje im formalny tytuł do reprezentowania ziomków. Mimo to, znaczyłoby to zapewne tyle, co nasz rząd w Londynie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdyby nie Dalajlama, który sam nazywa siebie „wolnym rzecznikiem” swego narodu, uosabiając nadzieje i aspiracje rodaków. Trudno wyobrazić sobie bardziej przejmujący dowód lojalności i oddania niż testamenty i ostatnie słowa samospaleńców, którzy idą w ogień, wołając o powrót Jego Świątobliwości. Krzyczą też o wolność, czyli możność decydowania o sobie, co z kolei stanowi najlepszy dowód, że w żadnym razie nie czują się reprezentowani przez rząd chiński. 

Oprócz nowego premiera jest też młody Panczenlama, którego nominowały władze chińskie, nazywany chińskim albo fałszywym lamą. Jaka jest jego rola, skoro mieszka w Pekinie i nie jest akceptowany przez swoich rodaków? 

Wszystko zależy od niego, chociaż nic nie zmieni faktu, że w oczach rodaków nigdy nie będzie przywódcą, w którego roli obsadził go Pekin. Po prostu nie może stać się Panczenlamą, bowiem tego, zgodnie z wiekową tradycją wskazał w 1995 roku Dalajlama, a władze chińskie natychmiast uprowadziły, czyniąc zeń najmłodszego  – dokładnie sześcioletniego więźnia politycznego na świecie. W gruncie rzeczy nie wiemy nawet, czy jeszcze żyje – tak zwany „wolny świat” miał dla niego wyłącznie puste gesty i symboliczne protesty, za którymi nie szły żadne realne działania, mogące zmusić przywódców Komunistycznej Partii Chin do opamiętania i przestrzegania międzynarodowych zobowiązań (wynikających choćby z Konwencji Praw Dziecka). 

 Natomiast Gjalcen Norbu, nominant Pekinu, z pewnością może przestać być marionetką i okazać się prawdziwym tybetańskim patriotą pokroju swego wielkiego poprzednika, Lobsanga Czokji Gjalcena. Pół wieku wcześniej komunistyczne Chiny miały udział także w jego intronizacji, ale potem ciężko zapracował na miłość, oddanie i lojalność swoich rodaków, o których prawa walczył do końca życia. Zapłacił za to straszną cenę, spędzając kilkanaście lat w najcięższym więzieniu Chin. Był nieustraszony, waląc pięścią w stół, domagał się uznania prawa Tybetańczyków do posiadania własnej tożsamości, religii, kultury i języka. Nikt nie zrobił w tej sprawie więcej od niego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by Gjalcen Norbu poszedł w jego ślady, wybił się na niezależność i został rzecznikiem swoich rodaków, którego potrzebują dziś nie mniej niż w latach osiemdziesiątych. 

1-Samospalenie-Lhasa2012-PolicyjnySprzetNaWypadekSamospalenia

Wydaje się, że zaostrza się polityka Chin wobec Tybetu. W połowie stycznia w indyjskiej Bodh Gaja – miejscu przebudzenia historycznego Buddy, władze w Pekinie robiły wszystko, aby uniemożliwić tybetańskim buddystom udział w uroczystości zwanej abhiszeka. Konfiskowano paszporty, zakazano organizowania wycieczek biurom podróży, uszczelniano granice, zmuszano do powrotu do kraju, grożąc karaniem całych rodzin, i wreszcie zdelegalizowano samo wydarzenie. Tybetańczycy oskarżają władze chińskie o blokowanie granicy z Nepalem i z Indiami, aby uniemożliwić spotkanie z Dalajlamą, który prowadzić miał Kalaćakrę – jedną z najważniejszych ceremonii dla buddystów tybetańskich. Dlaczego tak się boją?

Dobre pytanie. Jeden z chińskich intelektualistów powiedział, że Komunistyczna Partia Chin nie jest ani tak potężna, jak to się wydaje za granicą, ani tak słaba, jak sama się boi. Powiedziała Pani, że Chiny zaostrzają politykę wobec Tybetu. Chiny w ogóle zaostrzają politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Kończy się kadencja przewodniczącego Xi Jinpinga, który konsoliduje władzę i przygotowuje grunt do przypadającego w tym roku zjazdu partii. Wielu uważa, że nie pali się do przekazania władzy po drugiej kadencji. Jeśli rzeczywiście myśli o wariancie putinowskim, z pewnością przykręci śrubę jeszcze bardziej. 

W ostatnim czasie wiele mówiło się o prześladowaniach adwokatów, obrończyń praw kobiet czy niezależnych wydawców – zalążków społeczeństwa obywatelskiego, ale najwyraźniej widać je chyba w ujgurskim Xinjiangu, do którego przeniesiono sekretarza partii z Lhasy. Chen Quanguo w ekspresowym tempie zaczął wprowadzać tam mechanizmy kontroli, które od kilku lat szlifowano w Tybecie. I tak w czasie ostatniego ramadanu zakazano muzułmanom poszczenia, zmuszając ludzi do spożywania posiłków w stołówkach i wywieszając na korytarzach listy, na których musieli zaznaczać, że jedli. Zabroniono też noszenia „ostentacyjnych” bród i nadawania dzieciom „ekstremistycznych” imion, takich jak Mohamed .To posunięcia czysto totalitarne. 

Nie wiadomo, czy powinniśmy się śmiać czy płakać, gdy nasi politycy snują przed nami wciąż te same wizje profitów z wielkiego chińskiego rynku i mitycznych inwestycji. Kolejne ekipy umizgują się do przywódców w Pekinie, a deficyt jak rósł, tak rośnie, niezależnie od tego, czy triumfalnie nazywamy go „partnerstwem”, „strategicznym partnerstwem”, czy „wszechstronnym strategicznym partnerstwem” z ChRL, która nie tyle inwestuje, co po prostu kupuje i zatrudnia swoich ludzi. W tym samym czasie – i o tym nasi liderzy milczą jak zaklęci – ten „wszechstronnie strategiczny partner” ogłasza na najlepszych, elitarnych pekińskich uczelniach kampanię „zwalczania szkodliwych zachodnich wpływów”. Czyli idei takich jak powszechność praw człowieka, które są fundamentem ładu międzynarodowego od czasu przyjęcia ich Deklaracji w 1948 roku. Nie ulega wątpliwości, że ten porządek zaczyna Chinom dolegać, ponieważ uważają, że nie pisały jego zasad, i coraz bardziej ostentacyjnie chcą grać według swoich. Wspomnijmy choćby o wieloletnich sankcjach na Norwegię za wyróżnienie Pokojową Nagrodą Nobla (przez niezależny w końcu Komitet) chińskiego dysydenta, szantażowanie Mongolii za przyjęcie Dalajlamy przez tamtejszych buddystów, konflikty z Indiami, także na niezmiennie spornej granicy, czy budowanie wysp-lotniskowców na Morzu Południowochińskim. 

W ubiegłym roku Dalajlama podczas wizyty w Strasburgu apelował do Unii o konstruktywną krytykę Chin. Czy to odniosło jakiś skutek?

3-Samospalenie-SengeDolma-Cekhog25Listopada2012-TybetNiepodleglyKraj Społeczeństwo w Polsce jest bardzo spolaryzowane. Jak 33 procent kraju mówi „białe”, to tyle samo odpowiada „czarne”, a reszta woła „szare” albo nie ma zdania, niemniej niezależnie od tego, jak chcemy patrzeć na własne podwórko, bez wątpienia za granicą jesteśmy dziś postrzegani jako państwo, które odwraca się od idei praw człowieka. 

Nie tak dawno szef gabinetu politycznego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych mówił, że Chiny rozliczyły się ze swoją komunistyczną przeszłością lepiej niż Polska. Sprawująca niepodzielne rządy Komunistyczna Partia Chin – sama nazywająca się „demokratyczną dyktaturą ludu”! – skazała na 11 lat więzienia Liu Xiaobo, którego zbrodnia polegała na opublikowaniu w internecie sześciu artykułów, wzywających władzę do przestrzegania ustanowionego przez nią prawa do demokratyzacji i walki z korupcją. Jak to możliwe, że kraju, który dał światu Solidarność i impuls do globalnej transformacji, nie stać dziś na jeden gest wsparcia dla noblisty, umierającego właśnie na raka, bo jego oprawcy nie zapewnili mu za kratami elementarnej opieki medycznej? I dla jego żony, Liu Xii, którą przez osiem lat trzymano – zupełnie bezprawnie, nie stawiając choćby wyssanego z palca zarzutu – w areszcie domowym?

Od prezydenta Kwaśniewskiego przez Komorowskiego po Dudę zdradzamy swoją przeszłość, swoją tożsamość i swój największy kapitał, jakim są idee wolności, solidarności i praw człowieka.

Świat podziwiał nas i szanował, gdy mieliśmy te hasła na sztandarach i nie były one tylko pustymi słowami. Jest w tym coś niesłychanie smutnego i gorzkiego, że razem z innymi demokratycznymi państwami wspieramy autorytarne Chiny, które – nie próbując już nawet niczego udawać i zachowywać żadnych pozorów – coraz bardziej przykręcają śrubę swoim obywatelom i coraz mocniej rozpychają się łokciami na arenie międzynarodowej także kosztem Indii, równie wielkiego, atrakcyjnego gospodarczo i jak najbardziej demokratycznego partnera. 

Dalajlama, będąc w Unii Europejskiej, zachęcał też do odwiedzania Tybetu w dowód poparcia dla narodu tybetańskiego... Czy jest jakiś odzew? 

Dalajlama powtarza, że warto do Tybetu jeździć, warto rozmawiać, warto zobaczyć. Prawdę mówiąc, nie zgadzam się z tym. Gdyby była Pani polską parlamentarzystką, a ja Tybetańczykiem znającym angielski, nie zdołałbym się spotkać z Panią w Lhasie, żeby opowiedzieć prawdę o sytuacji w moim kraju. A gdybym był wystarczająco nierozsądny, żeby spróbować, trafiłbym za to na wiele lat do więzienia, do którego nie mogłaby mi Pani nawet wysłać paczki. Przed chwilą mówiliśmy o losie noblisty, a na co może liczyć anonimowy Tybetańczyk? Z dosłownie wszystkich otrzymywanych przez nas relacji z pierwszej ręki wynika, że w Chinach areszt i więzienie zawsze oznaczają bicie i tortury. Wielu skazanych zostaje okaleczonych fizycznie i psychicznie. 

Dobrym przykładem tego, co oznacza dziś dla Tybetańczyków turystyka, jest tragedia obozowiska klasztornego Larung Gar w Sichuanie, największego ośrodka renesansu buddyzmu na ziemiach tybetańskich, z którego władze już drugi raz wydalają tysiące mnichów i mniszek, burząc ich domy, żeby nie mieli dokąd wracać. Teraz zmieniono jednak strategię. „Ostatecznym rozwiązaniem” problemu, za jaki Pekin uznał to niezwykłe miejsce, nie będzie, jak można by sądzić, otoczenie go drutem kolczastym i odcięcie od świata. Przeciwnie – następnym stadium pacyfikacji będzie zbudowanie sieci luksusowych hoteli, dróg dojazdowych i parków tematycznych. Promowane przez państwo chińskie turystyka i komercjalizacja nie pomagają w zachowaniu tożsamości i dziedzictwa Tybetu, tylko pogłębiają marginalizację jego rdzennych mieszkańców – obywateli drugiej kategorii, politycznie podejrzanych, rozmyślnie wyzuwanych z własnego języka, kultury i wiary. 

Zgadzam się natomiast w pełni z Ai Weiweiem, jednym z najważniejszych dziś artystów na świecie, który mówi: „Nie zamierzam jechać do Tybetu, póki nie pozwolą wrócić tam Dalajlamie”. 

Dalajlama ma nadzieję na współpracę Trumpa z Putinem w sprawie pokoju na świecie. Chciałby też spotkać się z prezydentem Stanów Zjednoczonych…

Jeśli mogę znów nie zgodzić się z Dalajlamą: im mniej współpracy prezydenta Trumpa z prezydentem Putinem – przynajmniej w stylu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić – tym będzie się nam żyło raźniej i spokojniej. 

A już zupełnie poważnie, takie są konsekwencje obrania za strategię trwania w niestosowaniu przemocy, zabiegania o dialog, szukania rozwiązania korzystnego dla obu stron. Nawet część społeczności tybetańskiej uważa, że taka ugodowość, aczkolwiek szlachetna i piękna, nie jest skuteczna, o czym świadczy tragiczny los Tybetu. To także świadectwo szczerości intencji Dalajlamy i mądrości tych wszystkich, którzy od lat próbują tłumaczyć władzom chińskim, że zachowują się jak szalone, uważając go za przyczynę, a nie klucz do rozwiązania problemu. Jego Świątobliwość ma już 82 lata i nie będzie żył wiecznie, i jeśli przywódcy w Pekinie, którzy są jakoby pragmatyczni, nie pójdą po rozum do głowy i nie zaczną z nim rozmawiać, świat stanie się gorszym miejscem. Jakaś część odpowiedzialności za to spadnie także na naszych przywódców – a więc i na nas, bo w końcu sami ich wybieramy – którzy zamiast solidarności, epatują bezmyślnym, krótkowzrocznym egoizmem, trwoniąc kapitał naszej dramatycznej historii. 

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx