Reklama
sobota, 08 lipca 2017 17:56

Ostatni z cyganerii

Napisane przez  Administrator

rzecz o Jerzym Piotrowiczu

Jesień 1999 roku była dość pogodna, sprzyjająca towarzyskim kontaktom.
W kulturze działo się wiele, ale i tak na czele ówczesnych atrakcji znalazła się zapowiedź dużej wystawy Jurka Piotrowicza w poznańskim BWA. Zresztą o poziom emocji przyjaciół i znajomych zadbał sam autor, który radość z ważnego dla każdego artysty, acz niewątpliwie też niezwykle stresującego wydarzenia okazywał
w swoisty, przewrotnie nieznośny sposób. Wszyscy czekaliśmy na wernisaż. Chyba w ostatni dzień października zadzwonił telefon. Halo? Słucham!!! Cisza… Już miałam odłożyć słuchawkę, kiedy usłyszałam niewyraźne: „Wiesz, Juras nie żyje…” Jaki Juras? „No, Jurek Piotrowicz…”. Pomilczeliśmy chwilę. Potem wykrzyczałam: on chyba zwariował, umrzeć pięć dni przed otwarciem wystawy! Wiem, że to głupie, ale w takim momencie trudno powiedzieć coś mądrego.

  Upłynęło ponad szesnaście lat, podczas których w wielu muzeach i galeriach pokazywano jego obrazy, rysunki i grafikę. W rozmaitych konfiguracjach, zestawach tematycznych i chronologicznych. Nie zestarzały się, chociaż od początku wymykały się, jak on sam, jednoznacznym określeniom. Jurek urodził się pod Ostrowią Mazowiecką, potem mieszkał w okolicach Jeleniej Góry, ale całe swoje dorosłe życie artystyczne spędził w Poznaniu. Tu studiował w PWSSP malarstwo pod kierunkiem Mariana Szmańdy, tu zrobił dyplom z grafiki w pracowni Tadeusza Jackowskiego. Należał do miasta. Związał się z jego pejzażem silnym węzłem codziennych rytuałów (słynne spacery zaczynające się od Starego Rynku), choć też bezustannie boksował się z nim. Mówił, że jest szare i brzydkie, krytykował instytucje i ludzi – najbardziej zresztą tych, od których nie chciał i nie mógł się oderwać. Jednocześnie miał głęboki, zapiekły żal do znajomych, którzy z Poznania wyjeżdżali. Jak już się przyzwyczaił, chciał mieć wszystko i wszystkich pod ręką. U Jurka nic nie było chłodne, obiektywne, proste, był nieujarzmionym wulkanem emocji. Jak jego sztuka – ciągle czymś zaskakująca, ciągle odkrywana. To dobrze, że kilka poznańskich instytucji kultury zdecydowało się
w tym roku pokazać równolegle spuściznę Piotrowicza. Jednak nawet przy tak szeroko założonej prezentacji, która rzadko zdarza się współczesnemu artyście, czuję niedosyt w próbie ogarnięcia całości, przede wszystkim malarstwa. Takiej, jaką daje np. duża wystawa monograficzna. I to nie dlatego przecież, żeby zamknąć, skodyfikować tę twórczość. Oparła się już ona porównaniom m.in. do sztuki surrealistycznej, nowej figuracji, czy – ze względu na kolorystykę niektórych obrazów – fowistycznej oraz do prac malarzy prymitywistów, ponieważ skojarzenia odnosiły się zawsze do jakichś fragmentów dzieł. Żal mi trochę straconej okazji do przyjrzenia się procesowi ewolucji warsztatu, temu specyficznemu  budowaniu formy szerokimi, szybkimi pociągnięciami pędzla, zobaczenia wreszcie, skąd na obrazach bierze się owo dziwne, jaskrawe światło
i dlaczego Jurek te „myknięte” płótna uważał za lepsze od innych. Liczyłam na spotkanie znów z tym, co robił, odkrycie prac mi nieznanych i możliwość błąkania się bez przewodnika po szerokim gościńcu jego twórczości. 

02478

Wystawa Piotrowicz i goście przygotowana przez Muzeum Narodowe skupiła się na ekspozycji czterech wybranych wątków tematycznych: pracowni malarskiej
i motywu malowania o malowaniu, małpy jako malarza, przedstawień infantki oraz uczty i martwych natur. Obrazom Jurka Piotrowicza towarzyszą prace innych, związanych z nim artystów. Kuratorem, autorem scenariusza i katalogu wystawy jest Marta Smolińska. Należy dodać, że wydarzeniu towarzyszy także znakomicie, z wielką pieczołowitością opracowany przez Marię Gołąb katalog dzieł mistrza, uwzględniający również prace zaginione. Niewątpliwym atutem ekspozycji jest jasna, niezwykle spokojna, nieinwazyjna aranżacja Andrzeja Okińczyca. W Galerii Miejskiej Arsenał znalazły się prace o tematyce biblijnej, patriotycznej
i judaistycznej. Prezentacji zatytułowanej Piotrowicz. Arka towarzyszy publikacja Piotra Bernatowicza, który wraz z Krystyną Różańską-Gorgolewską jest też kuratorem wystawy. Aranżację przygotowali Piotr i Ewa Tetlakowie. Od początku lat 90. współpracowała z Jurkiem Galeria Garbary 48, która przyłączyła się do wydarzenia z pokazem grafik i gwaszy, a także częścią scenografii z okazji 50. urodzin artysty. Niezwykle cenny zestaw dwudziestu czterech czarno-białych drzeworytów zobaczyć można w galerii Ego, a obraz Zuzanna w kąpieli w galerii FWD przy św. Marcinie. Prace związane ze spektaklami Mięso i Sabat oraz dekoracje z balu sylwestrowego w 1994 roku udostępnił zaprzyjaźniony
z Jurkiem Teatr Ósmego Dnia. To tam znalazł on wiele bliskich sobie osób, które często wspominał i które, mimo ogromnej potrzeby bycia z nimi, także po swojemu testował. Wydawało mi się kiedyś, że przy trudnym temperamencie Jurek miał wiele szczęścia do ludzi: serdeczny zawsze Jarek Maszewski, opiekuńczy, cierpliwy Ryszard Książek, bez którego pomocy, jak sam mówił, nie odbiłby na starej prasie żadnej grafiki. Wymieniać można by długo. Dziś myślę przede wszystkim, jak ubarwiał nam życie, rozbijając konwencje soczystym słownictwem, zachowaniem, prowokacją. Wspominam też jego przedpołudniowe najazdy na muzeum, które stało na trasie codziennych spacerów – łypnięcia przez wąską szparę ledwie uchylonych drzwi, potem krzyki o szybką herbatę, buszowanie w biblioteczce
w poszukiwaniu nowych książek i… jakichś słodyczy. Jeszcze rysunki zostawiane na przypadkowych kartkach, projektach lub – o zgrozo – ważnych urzędowych dokumentach! A jakież emocjonujące były opowieści Jurka z podróży, zachwyty nad mistrzostwem na żywo odkrytych dla siebie artystów: Tintoretta, Goi, Velasqueza, Rembrandta, Halsa, Picassa… Z nimi się zaprzyjaźniał prawdziwie, kontaktował poprzez obrazy, dyskutował... Wydawało się, że znacznie lepiej ich rozumiał niż nas. Czasem nieoczekiwanie zaskakiwał. Do dziś czuję wzruszenie, kiedy wspomnę, jak po powrocie z Włoch niezdarnie wyszperał z kieszeni kolczyki z weneckiego szkła
i, jakby zawstydzony, że go na to stać, rzucił je nam, „muzealnym kobitkom”, na biurko. Jurek był twórcą osobnym
i wolnym, jako człowiek uzależniony od niezależności, mimo wielu znajomych, był samotnym przybyszem z przeszłości brzydzącym się filisterstwem, kochającym sztukę i uprawiającym alkoholowy odjazd. Zagubionym w powojennej Polsce artystą niegdysiejszej cyganerii.

 

Twórczość Jerzego Piotrowicza oglądaliśmy
w Poznaniu od 19 lutego do 2 kwietnia
w Muzeum Narodowym (Piotrowicz i goście),
Arsenale (Arka) oraz galeriach: EGO, Garbary 48, FWD, a także Teatrze Ósmego Dnia

 

Joanna Dziubkowa

 


Więcej z tej kategorii: Jeszcze w zielone gramy »
Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx