Czy na postrzeganie „jazzu Garbarka” miał wpływ sukces jazzowego brzmienia ECM?
Wcześniej nagrywałem już płyty w wytwórniach skandynawskich i amerykańskich, ale dopiero w ECM wykrystalizował się mój styl. To był z pewnością splot wielu elementów: mojej lirycznej stylistyki, wypracowanego, specyficznego „brzmienia powyżej ciszy”, jakie w ECM kreował producent Manfred Eicher, ale także dość powszechnej – jak na jazz – akceptacji słuchaczy.
Kiedy zrodził się pomysł, by nagrać pierwszy album „Officium”?
Trudno to nazywać pomysłem, bowiem The Hilliard Ensemble planował zrealizować nagranie średniowiecznej, hiszpańskiej kompozycji „Officium defunctorum” jako samodzielnego wokalnego dzieła. Eicher zaproponował wtedy, by stworzyć rodzaj muzycznego misterium, w którym dźwięk jazzowego saksofonu komentowałby precyzyjnie interpretowane utwory wokalne. To był pomysł dziwny i nikt specjalnie nie spodziewał się, że wyniknie z tego coś więcej niż eksperyment brzmieniowy.
Sięgasz po rożne inspiracje: od – co oczywiste – ludowej muzyki skandynawskiej po etniczną muzykę Pakistanu. Czy projekt „Officium” to także rodzaj poddania się kolejnej, innej inspiracji?
Eicher jest w swojej firmie producentem-eksperymentatorem, stąd też „Officium” zrealizowaliśmy nie w studiu, lecz w ustronnym klasztorze św. Gerolda w Alpach. Przy realizacji nie poddawałem się specjalnym inspiracjom, to był raczej rodzaj muzycznego komentarza do wspaniałej sztuki wokalnej The Hilliard Ensemble. Było to dla mnie także twórcze wyzwanie: odnaleźć się z improwizacją jazzową w stylistyce średniowiecznej kompozycji.
Jak przygotowujesz się do takiego nagrania? Czy to tylko jazzowy komentarz do wokaliz kwartetu Hilliard?
Wydaje mi się, że jest w tym projekcie dużo z jazzu, swobodnej improwizacji, budowania nastroju emocją. Kompozycje śpiewane przez The Hilliard Ensemble są strukturą, w którą wplatam swoje improwizacje i muzyczne komentarze. Zasadniczo każdy z naszych koncertów jest inny, inny w znaczeniu budowania emocji, nastroju. I choć kompozycje, które gramy, są utworami zamkniętymi, to pozwalają mi na sporą swobodę. Oczywiście nie ma tu mowy o tworzeniu wariacji na temat, ale mogę kontrolować spontaniczność i budować nastrój. Te dwa światy precyzyjnie skomponowanego utworu wokalnego i jazzowej improwizacji – coś, co, kiedy przymierzaliśmy się do tego projektu, wydawało się pomysłem karkołomnym – teraz doskonale ze sobą współgrają.
Czy w konwencji precyzyjnej interpretacji wokalnej jest miejsce na improwizowany, jazzowy komentarz?
Na jazz składa się wiele elementów, pośród których niezwykle ważna jest improwizacja – rodzaj emocjonalnego, indywidualnego komentarza. W „Officium” i „Mnemosyne” jazzowa improwizacja nie jest jednak elementem najważniejszym. Tutaj kompozycje wokalne budują brzmienie, a saksofonowy komentarz to swego rodzaju uzupełnienie. Może dlatego nagrania te różnią się znacznie od innych jazzowo-klasycznych pomysłów.
Ile w nowym „Officium” jest prawdziwego Garbarka, jazzmana z zespołów Keitha Jarretta, George’a Russella, Dona Cherry’ego?
W każdym nagraniu – z zespołem jazzowym, z muzykami ludowymi czy z kwartetem Hilliard – jestem twórcą autentycznym, to znaczy muzykiem emocjonalnie związanym z tym, co gram, co tworzę. Nie jestem typowym jazzmanem, chociaż tak właśnie bywam postrzegany. Traktuję jazz bardzo szeroko – od muzyki improwizowanej po komentarz do nagrań etnicznych czy sakralnych.
Pierwszy projekt „Officium” odniósł wielki artystyczny i komercyjny sukces. Jak wytłumaczysz fakt, że album, a szczególnie jego stylistyka, znalazły fanów zarówno wśród słuchaczy jazzu, jak i muzyki klasycznej oraz sztuki wokalnej?
Trudno wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Nikt nie spodziewał się, że album „Officium” okaże się komercyjnym sukcesem. Kiedy nagrywaliśmy tę płytę, traktowaliśmy to przede wszystkim jako eksperyment brzmieniowy. Eicher często poddawał się takim fascynacjom i często w swojej jazzowej wytwórni realizował nagrania odległe od jazzowej stylistyki: od kompozycji Arvo Pärta po klasyczne nagrania np. Keitha Jarretta. „Officium” jest jednym z takich innych projektów akceptowanych zarówno przez miłośników jazzu, jak i muzyki klasycznej.
Projekt „Officium Novum” prezentowany jest w szczególnych miejscach: są to kościoły i bazyliki...
Od samego początku wiedzieliśmy, że musi się wiązać ze szczególną prezentacją. Wybór miejsc koncertów podyktowany jest przede wszystkim repertuarem, brzmieniem oraz najwspanialszą akustyką, jaką mają kamienne świątynie. Nie używamy żadnego nagłośnienia, mikrofonów – cały koncert jest prezentacją akustyczną pokazującą bogactwo brzmienia, nieskazitelność muzyki.
Czy taki odbiór jest wynikiem akustycznej prezentacji, specyficznej akustyki i majestatu świątyni?
Nastrój programu „Officium” lub „Mnemosyne” nie jest możliwy do uzyskania w sali koncertowej czy w teatrze. To brzmienie, muzyka i emocje oraz specyfika kościoła wywołują u słuchaczy pewien rodzaj skupienia i zadumy. Gramy w katedrze Notre Dame i w katedrze kolońskiej, w przepięknych i ogromnych bazylikach, ale także w niewielkich kościółkach.
Zdjęcia z koncertu w Kościele OO. Dominikanów w Poznaniu, jednym z dwóch miejsc w Polsce, w jakich koncertował Jan Garbarek wraz z The Hilliard Ensemble, udostępnił organizator – klub Blue Note – dzięki uprzejmości fotografa Jarosława Lemańskiego.

























