Jest Pan szefem i twórcą interdyscyplinarnego zespołu, który zajmuje się technologiami wojennymi, mobilnymi centrami dowodzenia, systemami zarządzania, m.in. właśnie ochroną lasów i bezzałogowymi samolotami. Proszę powiedzieć o każdym z tych projektów.
Miałem zawsze takie marzenie, żeby utworzyć zespół młodych ludzi, którzy nie będą uciekać za granicę, tylko będą razem tworzyć w Polsce rzeczy równie nowoczesne, jak ich koledzy np. zza oceanu. I to w jakiejś mierze się spełniło. Ponad pięćdziesięciu specjalistów z różnych dziedzin pracuje tutaj, aby tworzyć takie złożone rozwiązania. Działamy na kilku obszarach, a jednym z nich są bezzałogowe samoloty. Żeby mogły one poprawnie funkcjonować, musimy budować centra dowodzenia stacjonarne i mobilne znajdujące się na samochodach ciężarowych. Technologie te mają wielokrotne zastosowanie – służą bezpieczeństwu państwa, ale również ochronie przyrody i jej zabezpieczeniu dla przyszłych pokoleń, dzieciom niewidomym, a także mogą być wykorzystywane w zarządzaniu ruchem w mieście, w systemach dla transportu publicznego czy dla transportu szynowego.
Na targach CeBIT w Hanowerze Laboratoria Badawczych Systemów Mobilnych Politechniki Poznańskiej podpisały umowę o strategicznej współpracy z brazylijską firmą IT Assespro Regional PR. Dokładnie czego dotyczy ta umowa?
Brazylia jest dla nas krajem, w którym rozwijamy się w dziedzinie ochrony przyrody. Tam lasy nazywa się płucami świata, dlatego postanowiliśmy zachęcić kolegów z Brazylii do współpracy z nami. W 2006 roku zgłosiliśmy projekt IntelliForest do szacownej organizacji IEEE, który okazał się jednym z dziesięciu najlepszych na świecie. Byliśmy w Waszyngtonie na specjalnych pokazach na uniwersytecie w Georgetown. Stworzyliśmy konsorcja europejsko-brazylijskie dotyczące właśnie systemów ochrony lasów po obu stronach Atlantyku, a na targach podpisaliśmy następną umowę. Nie jest to umowa o konkretną rzecz. Bardziej mówi, że jesteśmy partnerami, którzy sobie ufają, wierzą i chcą wspólnie podejmować i realizować różne przedsięwzięcia. Przykładowo wczoraj dostaliśmy propozycję wspólnego startu w projekcie systemu zarządzania energią i oszczędzania jej w mieście. Pojawił się też projekt związany z ochroną lasów i rzek Brazylii. Uważam, że współpraca inżynierów, którzy mają różne spojrzenia na poszczególne sprawy, może przynieść bardzo owocne rezultaty.
Wspomniał Pan o kosztach zadań związanych z eksploatacją nowego samolotu, który jest tańszy od obecnie używanych. Proszę powiedzieć, ile istnieje typów samolotów bezzałogowych mogących służyć różnym celom?
Specjaliści określili kilka klas tego typu samolotów, począwszy od mikro po bardzo duże maszyny. Służą one do bardzo różnych celów, dlatego ich konstrukcja, silniki, wyposażenie, elektronika, stacje bazowe naziemne itd. są inne. Są też bardzo małe samolociki wielkości owada, które żołnierz wyrzuca z plecaka lub z kieszeni. Rozpoznają teren, a żołnierz widzi na swoim okularze, gdzie kryje się wróg. Używa się ich też do kontrolowania budynków. Natomiast dla permanentnego patrolowania przez kilkanaście godzin w powietrzu służą maszyny większe, taktyczne. Istnieją również maszyny strategiczne typu Global Hawk, które latają po całym świecie, a ich misja może trwać nawet do 36 godzin. Na Politechnice budujemy samoloty klasy mikro, czyli te dwumetrowe oraz klasy taktycznej, czyli troszeczkę większe, a ich eksploatacja jest bardzo tania. Godzina lotu śmigłowcem kosztuje 3 tysiące złotych, samolotu typu Wilga 500 złotych, a takiego klasy mikro poniżej 100 złotych. Jeśli Lasy Państwowe muszą robić np. loty przeciwpożarowe, samolot bezzałogowy wykonuje taką samą pracę taniej, a dzięki lepszym sensorom sprawniej.
Czy to wszystko jest opatentowane?
Prawo patentowe w Polsce to osobny temat. W naszej branży jest o tyle trudno, że jeśli chodzi o software, algorytmy, pewne rozwiązania programowe i rzeczy związane z misjami, dowodzeniem są po prostu niepatentowalne w Europie. W Ameryce wiele rzeczy się patentuje, nawet „ctrl+c”, „ctrl+v”. Handlowanie samymi pomysłami nie jest do końca opłacalne. Trzeba mieć pomysł, pieniądze, możliwość realizacji i dopiero wtedy powstaje rzecz użyteczna i dochodowa.
Czy jest to możliwe, aby w przyszłości powstała gałąź przemysłu realizująca opatentowane pomysły, które napędzałyby polską gospodarkę, żebyśmy wreszcie zaczęli sami produkować, a nie tylko handlować?
Oczywiście najważniejsza jest wizja i idea, ale jestem też zwolennikiem utylitaryzmu nauki. Byłem na konferencji w górach, gdzie podczas obiadu wyszedł stary góral i powiedział: „Ja słyszałem, że dużo mądrych ludzi tutaj się zebrało, daj Panie Boże, żeby coś z tego dla nas dobrego wyszło”. Cały czas mam to zdanie w głowie. Natomiast mechanizmy przełożeń między projektami badawczo-naukowymi, komercjalizacją a produktami rynkowymi, jeśli chodzi o polskie uczelnie, niestety nie są takie proste. Proszę spojrzeć na Zachód, gdzie zakładane są spin-offy, spółki dla studentów, z których potem uczelnia czerpie korzyści. Również świetnym przykładem są Stany Zjednoczone, a u nas naukowców uważa się za ludzi siedzących za biurkami, którzy tylko tworzą te swoje literki przed nazwiskami.
Sądzi Pan, że dopracowanie w sensie prawnym partnerstwa publiczno-prywatnego byłoby jakimś rozwiązaniem?
Zdecydowanie. Tak naprawdę naukowcy nie chcą zajmować się sprzedażą i marketingiem. Moim marzeniem jest mechanizm, w którym naukowcy tworzą dzieło, dokumentację oraz licencję i następnie partner komercyjny to sprzedaje, a potem dzielą się udziałami. Obie strony są zadowolone, każdy robi to, w czym jest najlepszy. Tak robi się na świecie i tak powinno być również u nas.
Skąd Państwo bierzecie pieniądze na te badania?
Z wielu źródeł. Te proporcje jeszcze nie do końca mnie zadowalają, bo jako człowiek kapitalistycznie nastawiony, jeżeli chodzi o gospodarkę, wolałbym, żeby więcej pieniędzy pochodziło z sektora prywatnego, a obecnie to tylko około 10 procent. Jak każdy naukowiec w Polsce piszę wnioski o granty do bardzo różnych organizacji, ministerstw, Unii Europejskiej. Oczywiście cały czas rozmawiamy z biznesem, który czasami chce takie badania zasponsorować, czego dobre przykłady mamy z ostatnich okresów.
Podobno w Waszych archiwach znajdują się koncepcje 280 projektów, a ciągle powstają nowe...
Tak, śmiejemy się czasami, i tu wyłączam tryb „skromność”, że niektórzy cierpią na tzw. bezpłodność umysłową, a akurat my mamy odwrotnie. Nie nadążamy już z wdrażaniem wymyślonych projektów. Jedynym ograniczeniem jest długość doby. Mamy w archiwach dużo fajnych projektów, ale cały czas pojawiają się nowe, na które rynek szybciej reaguje, więc niestety wiele rzeczy odłożonych jest ad acta, nad czym ubolewam.
Skupia Pan wokół siebie młodych ludzi i wspomniał Pan, że zależało Panu, żeby nie wyjeżdżali za granicę – jak to wygląda?
Różnie. Ja też miałem zaraz po studiach propozycję pracy za oceanem, ale postanowiłem zostać w kraju. Na Zachodzie często ludzie wpadają w tryby korporacji, gdzie stają się tylko malutkimi trybikami i ich potencjał dobrych algorytmików, programistów, naukowców przepada. Dlatego pomyślałem, że trzeba im stworzyć takie warunki, żeby po prostu chcieli tu zostać. Dzięki interdyscyplinarności można osiągnąć rzeczy, których w korporacji by się nie stworzyło. Wiadomo, że takich pensji jak w Stanach czy Europie Zachodniej nie zaproponujemy, ale to nie jest najważniejsze. Liczy się rodzina, kultura i odległość od domu. Dlatego wielu postanawia zostać i tworzyć np. samoloty bezzałogowe, o czym chyba każdy chłopak marzy, a nie jechać do Ameryki i testować kod, który napisali koledzy z innego kraju.
Na targach i prezentacjach związanych z naszą prezydencją w Unii Europejskiej miał być pokazany samolot bezzałogowy Bąk i centrum dowodzenia. Jeśli tak, to gdzie?
Mamy pokazać centrum dowodzenia na europejskich targach bezpieczeństwa SRC, jakie w tym roku odbywają się w Warszawie pewnie ze względu na naszą prezydencję w UE. Tak naprawdę jeszcze nie ukończyliśmy tego Mobilnego Centrum Dowodzenia, ponieważ termin wyznaczono na koniec tego roku. Pokażemy go w obecnym stanie, niemniej wydaje się nam, że jest już na tyle atrakcyjny, że może zwrócić czyjąś uwagę. Stworzy to być może nowe możliwości kolejnych projektów i współdziałania.
Czy mógłby Pan nieco dokładniej opowiedzieć o centrach dowodzenia?
Jak już wspomniałem, samoloty bezzałogowe są elementem całego zintegrowanego systemu. Do naszych urządzeń budujemy współdziałające z nimi centra dowodzenia w budynkach, jak i mobilne. W ramach projektu „Proteus” tworzymy bardzo nowoczesne centrum dorównujące, a myślimy, że nawet przewyższające te budowane w innych krajach Europy i świata.
Posiadamy trzy potężne szafy z komputerami i serwerami, cały system mapowy Polski, system łączności pomagający np. łączyć dowódców, strażaków z kimś, kto siedzi w Warszawie przy biurku. To nowoczesna komunikacja z łącznością satelitarną, wygodne konsole, gdzie operatorzy mogą dowodzić samolotami, miastem czy imprezą masową typu Euro 2012 na stadionie. Mogą również „spinać” radiowozy czy wozy strażackie. Posiadamy przedział dowodzenia z wielkimi ścianami wideo, gdzie na ekranie dowódcy mogą obserwować całą sytuację. Jest też możliwość podłączenia kamer i wszystkiego, co jest potrzebne. Mieści się tu pełne zarządzanie klimatyzacją, ogrzewaniem, oświetleniem tylko przez dotyk jak w inteligentnym budynku. Tak naprawdę wszystko jest jednym wielkim zintegrowanym, jeżdżącym systemem komputerów, gdzie pracuje się komfortowo. Myślę, że tego typu pojazdy będą pojawiać się coraz częściej, a to, co widzimy w filmach typu „Szklana pułapka” czy „James Bond”, jest po prostu rzeczywistością.
Co to są systemy rzeczywistości wirtualnej i rozszerzonej?
Odpowiem przykładem. Operator naszego bezzałogowca może chcieć zobaczyć obraz z kamer, które są na pokładzie samolotu. Zakłada więc hełm na głowę i obracając nią, siedząc za biurkiem, steruje głowicą samolotu. Czuje się tak, jak wirtualny Ikar, który leci nad ziemią. To bardzo realne wrażenia, czasami pojawiają się nawet symptomy choroby lokomocyjnej. Gdybyśmy teraz do obrazu rzeczywistego, który widzi obserwator będący w terenie, dodali obraz generowany komputerowo, to mamy rzeczywistość rozszerzoną. Możemy sobie wyobrazić dowódcę przyszłości, który nie siedzi w takim centrum dowodzenia, tylko wychodzi na górkę jak kiedyś Jagiełło pod Grunwaldem, zakłada okulary, przez które widzi otaczające go pole bitwy, pożar czy akcję powodziową. Mając nałożony obraz z komputera widzi przy każdym samochodzie czy samolociku dokładny opis, co to jest za pojazd, może gestami dłoni wydawać im rozkazy, żeby ruszyły w daną stronę, zaczynały gasić pożar, a dowódcy biegli w określonym kierunku. Przypomina to czasami film „Terminator”.
Część z tych wynalazków już miała swoje zastosowanie. Niech Pan powie gdzie?
W zeszłym roku byliśmy poproszeni przez Komendę Główną Straży Państwowej Pożarnej o to, aby wspomóc państwo w akcji powódź. Wielka tragedia dotknęła Sieniawy, Wilków i Sandomierz. Obecne oprogramowanie, które w mobilnym centrum dowodzenia będzie pracowało i pomagało strażakom w przyszłości, już okazało się na tyle dojrzałe, że mogliśmy odebrać zdjęcia satelitarne, wykonać ich bardzo zaawansowane obróbki, a nawet symulację, gdzie woda zalega, w jakich ilościach, jak odpływa itp. Tworzyliśmy złożone analizy i mieliśmy ogromną satysfakcję, ponieważ przeszło 60 jednostek rządowych i straży pożarnej wykorzystywało nasze raporty. Czternastu naszych ludzi pracowało przez dwa tygodnie dzień i noc, żeby pomóc. To największa satysfakcja z pracy.
Co miasto Poznań ma z tego, że tu jesteście?
Jesteśmy podobno miastem know-how, taki mały prztyczek, ale nawet nie ma nas jako Politechniki na liście tych wszystkich partnerów miasta know-how.
W sferze naszych zainteresowań jest coś co nazywa się inteligentnym systemem transportowym. Zajmuję się tym od jedenastu lat, a niektórzy koledzy w zespole jeszcze dłużej. Chodzi tu o transport publiczny, korki, zarządzanie ruchem i jego wykrywanie. Przykładowo możemy opracować, jaki będzie problem z zatłoczeniem na ulicach w ciągu 5, 10 czy 15 minut. To nasz zespół opracował całą koncepcję systemu ITS dla miasta Poznania. System „Mobilne Miasto” to nasze rozwiązanie i jednocześnie kolejny dowód na to, że nauka nawet bardzo złożona zamienia się w praktyczną rzecz, która po prostu służy ludziom.



























