Z Andrzejem Chwalińskim, kierownikiem Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa w Nowym Tomyślu i Andrzejem Pawlakiem, pomysłodawcą i komisarzem II Światowego Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa rozmawia Merkuriusz
Jesteśmy w przeddzień II Światowego Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa w Nowym Tomyślu...
Andrzej Chwaliński: W tym roku założenia i cele były podobne jak w 2008 roku, kiedy to odbył się również u nas pierwszy festiwal. Służy on przede wszystkim promocji wikliny. Pragniemy przedstawić możliwości, jakie daje ten wartościowy surowiec, nie tylko do celów plecionkarskich, ale w szerokim zastosowaniu. Na terenie Muzeum są stworzone stanowiska, ekspozycje plenerowe reprezentujące zastosowanie tej rośliny. Doskonały na to przykład stanowi wysypisko śmieci, na którym nie tylko wiklina jest w stanie urosnąć, ale przywraca tę zdegradowaną ziemię naturze. Takich możliwości jest więcej.
Podczas Festiwalu na terenie Muzeum będzie wiele wystaw.
A.Ch.: Przedsięwzięcie jest robione z dużym rozmachem. W salach muzealnych na parterze znajdują się dwie wystawy, jedna jest naszą wystawą stałą, poświęconą historii wikliniarstwa i plecionkarstwa, ale na potrzeby festiwalu została zmodernizowana i uzupełniona o nowe, atrakcyjne eksponaty, druga natomiast przygotowana przez Stowarzyszenie Plecionkarzy i Wikliniarzy pokazuje nam odmiany wikliny i materiały plecionkarskie. Jako fachowcy chcą zaprezentować wszelkie materiały, którymi posługują się na co dzień, i te, które przy okazji festiwalu dotrą do nas z całego świata. Na piętrze zaś prezentujemy historię chmielarstwa.
W stodole na dole przygotowujemy wystawę koszy wykonanych przez Stowarzyszenie na wzór tych powstałych na przestrzeni stu lat. Na górze znajdują się artystyczne i użytkowe wiklinowe formy poplenerowe z ostatniego dziesięciolecia, odkąd muzeum organizuje plenery wikliniarskie. Muszę dodać, że jesteśmy jedyną taką placówką w Polsce, gdzie przyjeżdżają artyści na dziesięć dni z gotowymi projektami i je wyplatają. Są wśród nich takie nazwiska, jak: Sylwia Górna, Halina Bors-Najgrakowską, Jędrzej Stępak, Maria Zwolińska, która zajmuje się ceramiką, ale łączy swoją pasję z wikliną.
Następna bardzo ważna ekspozycja to salicarium, od łacińskiej nazwy wierzby – Salix, czyli rodzaj plantacji z 55 odmianami wikliny uprawianej na poletkach, prezentująca ogromny potencjał edukacyjny i badawczy.
„Niezwykłe oblicza wikliny” to Wasze motto...
Andrzej Pawlak: Chcemy pokazać nie tylko koszyki i fotele, ale przypomnieć też zapomniane rozwiązania, takie jak np. zabezpieczenie faszyn na rzekach, stawach, jeziorach i rowach melioracyjnych. Wskrzeszenie tego jest równoznaczne z nowymi miejscami pracy. Kiedyś wikliniarstwo dawało wiele możliwości zarobkowania, nie ożeniło się z żadną maszyną i jest to ciągle ręczna praca. Niestety polityka hurtowników jest taka, że kupując tysiąc koszyków muszą dostać niższą cenę. Ale czy to jest jeden koszyk, czy tysiąc, to każdy trzeba samemu zrobić. I tutaj hurt nie ma nic do rzeczy! Dzisiaj ludzie wolą postawić płot betonowy czy z siatki, zamiast zamówić piękny wiklinowy, a przecież wyroby wiklinowe znane są od wczesnego średniowiecza i słyną ze swej wytrzymałości i urody.
Czy chcecie Państwo, by plecionkarze byli pod ochroną? Czy to jest ginący zawód?
A.P.: Może nie tyle, że pod ochroną, tylko żeby byli bardziej doceniani. Chcielibyśmy przywrócić świetność temu zawodowi. To jest tak, że koszyk, który jest wyceniony na 25 zł, dla większości jest za drogi. Tak naprawdę powinien kosztować 60 zł, a wyjątkowe unikaty 200 zł, tylko nikt tyle za niego nie da. Osobiście odbierałem kilkanaście koszyków ze Stanów Zjednoczonych, gdzie za jeden płaci się 500 dolarów i tam się sprzedaje. Taka sama sytuacja jest we Francji i Niemczech. Gdyby przeciętny Polak zamiast reklamówki kupił sobie jeden koszyk, byłaby inna sytuacja.
Pamiętam projekt jednego z supermarketów, który proponował właśnie koszyk zamiast reklamówki jako nowy pomysł na swoje urodziny.
A.P.: To „Piotr i Paweł”, zamówili u nas dwieście sztuk z wypalonym logo i do dzisiaj ich nie odebrali. Kosze czekają na chętnych.
A wracając do pytania o ginący zawód, człowiek z wyższym wykształceniem robiący krzywe bohomazy za przeproszeniem jest twórcą ludowym, a plecionkarz, którego praca liczona jest od sztuki, nie jest twórcą ludowym, tylko podmiotem gospodarczym. Co miesiąc płaci normalny VAT, a jeśli chce mieć niższą 7-procentową stawkę, musi kupić świadectwo etnograficzne na każdy wyrób, za który płaci z góry nie mając pewności, czy sprzeda towar.
Skoro władze zdecydowały się podjąć temat plecionkarstwa i wikliniarstwa, to mogłyby zapytać nas o zdanie.
Macie Państwo specjalny program szkoleniowy...
A.Ch.: Taką działalność edukacyjną w zakresie plecionkarstwa w Muzeum prowadzimy już od kilku lat. Są to warsztaty organizowane dla dzieci i młodzieży. Ostatnimi czasy wprowadziliśmy również weekendowe warsztaty dla osób upośledzonych umysłowo bądź ruchowo, jako terapię zajęciową. W okresie festiwalu taka działalność będzie przez organizatorów zaakcentowana. Plecionkarze będą edukować dzieci i młodzież oraz w jakimś stopniu rehabilitować osoby niepełnosprawne. Będzie m.in. wiklinowe przedszkole, gdzie rodzice odpłatnie będą mogli zostawić swoje pociechy.
A.P.: Chcemy pokazać, że w ciągu pół godziny można nauczyć się podstaw plecionkarstwa. Osoba zainteresowana wykupując zestaw będzie umiała sama wypleść koszyk. Program szkoleniowy nie tylko obejmuje sprawy manualne, ale również i historię. Może to być w przyszłości uzupełnieniem oferty turystycznej. Biura podróży już się tym interesują.
A.Ch.: Pokażemy też wielopokoleniową rodzinę wyplatającą, gdzie ta umiejętność przechodzi z ojca na syna.
Zostanie też zorganizowany kiermasz przywiezionych wyrobów z różnych stron świata. Do wyboru będą kapelusze, torebki, puzderka i oczywiście tradycyjne koszyki, a wszystko to prace ręczne!
A.P.: Interesowała nas wielokulturowość oraz różne materiały plecionkarskie firm z całego świata. Będą afrykańskie i wietnamskie pięknie wykonane kosze, które nieznane są w naszej szerokości geograficznej. Nie zabraknie też polskich wyrobów.
Gdybyśmy mieli więcej miejsca, powiedzmy wszystkie ulice Nowego Tomyśla, to proszę mi wierzyć, że byłoby tu siedemset stoisk z całego świata.
Czy okoliczne sklepy wspierają Państwa w organizacji festiwalu?
A.P.: Oni rozumieją to w złym pojęciu, że jest to konflikt interesu. Gdyby otworzyli sklepy w tym czasie, mieliby 300-400 procent wyższe obroty każdego dnia. Tak jak jest w takich miastach jak Monachium czy Stary Hamburg, gdzie centrum miasta jest obstawione budkami, a za budką otwarty jest inny sklep. Koniec imprezy oznacza koniec zwiększonych dochodów, bo wyjeżdżają tysiące przybyłych na zakupy.
Jest Pan osobą, która tym żyje...
A.P.: Jeździłem przez 30 lat po świecie, żeby zdobyć wiedzę i doskonale wiem, o co mi chodzi. Gwarantuję, że na kolejnych imprezach będą się bić, żeby móc tu przyjechać i żeby płacić, bo już w tej chwili mówi się o Nowym Tomyślu jako najważniejszym organizatorze, a o konkursie, na którym przyznawane jest Grand Prix Festiwalu, jako o wiklinowym Oskarze.
Trzeba będzie tu być, w grę wchodzi prestiż i duże pieniądze. Marzy mi się wybudować Światowe Centrum Wikliny w Nowym Tomyślu.
Czy festiwalem zainteresowane są osoby ze sfer rządowych? Czy ktoś jest Państwa patronem?
A.P.: Honorowym patronatem objęło nas Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a także Wojewoda Wielkopolski, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego i posłowie na Sejm RP. Wspiera nas wiele innych podmiotów, które tutaj trudno wymienić i wszystkim bardzo dziękujemy.
Oprócz tego przyjadą projektanci z całej Europy, bo chcą znaleźć osoby, które wykonają ich projekty.
Proszę powiedzieć, jaka gwiazda będzie na tegorocznym Festiwalu?
A.P.: Doda, Golec Orkiestra, Marcin Daniec. Każda z tych gwiazd jest na swój sposób rozpoznawalna i myślę, że przyciągnie tłumy do Nowego Tomyśla.
Zapraszamy na Festiwal i Jarmark Chmielo-Wikliniarski do WikliNowego Tomyśla.


























