Reklama
czwartek, 28 lutego 2013 22:37

Takie małe oksfordy

Napisane przez  Administrator

Ze Zbigniewem Ajchlerem, prezesem Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych w Izdebnie i Lubosinie, rozmawia "Merkuriusz"

Został Pan odznaczony przez prezydenta Złotym Krzyżem Zasługi za wybitne osiągnięcia w rolnictwie oraz w pracy na rzecz regionu. Jest Pan też laureatem Nagrody Pracy Organicznej, konkursu „Wielkopolski Rolnik Roku”, ostatnio na gali „Agroprzedsiębiorca RP” został Pan wyróżniony tytułem wzorowego agroprzedsiębiorcy. Gratulujemy.

Bardzo sobie cenię te wyróżnienia. Jest to podsumowanie mojej działalności, efekt spojrzenia na zarządzanie spółdzielniami, przede wszystkim „Zdrowie” w Izdebnie, której prezesem jestem już trzydzieści lat. Gdy miałem dwadzieścia pięć lat, jako młody człowiek zdecydowałem się postawić na nią, a ci, którzy postawili na mnie, chyba też nie żałują. Od siedemnastu lat prowadzę spółdzielnię w Lubosinie, którą zastałem jako zbankrutowany kombinat rolniczy. Mam ponadto wraz z kolegą gospodarstwo rolne o powierzchni dwustu hektarów, działam dość intensywnie społecznie, jestem piątą kadencję radnym w Sejmiku Województwa Wielkopolskiego, po raz drugi zostałem wybrany prezydentem Loży Laureatów Nagrody Gospodarczej Województwa Wielkopolskiego, skupiającej najlepsze gospodarstwa z tego regionu. Czasami zastanawiam się, jak daję radę to wszystko ze sobą połączyć. Nie jest to łatwe, ale nikt mi przecież tego nie każe robić, jest to mój osobisty wybór. To mnie napędza.

Jeśli chodzi o ostatnią nagrodę, zarekomendowały mnie aż trzy osoby (zgodnie z regulaminem wystarczy tylko jedna). Byli to wybitni agroprzedsiębiorcy: Tadeusz Łuczak, którego firma odegrała znaczącą rolę w przebudowie polskiego mleczarstwa, Romuald Gąsiorek, właściciel fermy norek w Czerniejewie, i król polskiego świata tulipanów Bogdan Królik. I choć mam z tego wielką satysfakcję, nie pracuję dla trofeów czy honorów, inaczej nie potrafię funkcjonować.

Minister rolnictwa Stanisław Kalemba powiedział, że dzięki takim osobom jak Pan mamy doskonałe rezultaty w międzynarodowej wymianie handlowej produktami rolno-spożywczymi. Tak jak Pan powiedział, w pierwszej spółdzielni jest Pan już od trzydziestu lat. W czym się Pan specjalizuje?

Specjalizujemy się w produkcji trzody chlewnej, prosiąt o najwyższych światowych parametrach. Mieliśmy prosięta polskie, mamy teraz francuskie, do oferty dołączyliśmy też duńskie. Rynek jest bardzo wymagający, konkurujemy nie tylko z polskimi producentami, ale przede wszystkim z duńskimi, holenderskimi czy niemieckimi. Nie ma tu miejsca na bycie partnerem tylko jednej transakcji. W zakładzie w Izdebnie stado podstawowe to czterysta siedemdziesiąt loch, z jednej rocznie mamy ponad trzydzieści prosiąt. Planujemy jeszcze zwiększyć ilość w stadzie o około 25 procent w ciągu półtora roku. W drugiej spółdzielni stado jest większe, bo liczy ponad siedemset macior.

Klient bardzo szybko weryfikuje, czy jest się dobrym, czy złym producentem. Trzeba też widzieć potrzeby klienta. Staramy się więc symbiotycznie ze sobą współpracować, robimy audyty wyjazdowe, uczymy dalszej produkcji. Ta nauka jest na pewno kosztem, ale wiąże nas ze sobą, chcemy współpracować dłużej, być przewidywalni.

Dodatkowo mamy dwa działy produkcji roślinnej, zbóż i rzepaku, a osiągane plony są na najwyższym poziomie europejskim – zbóż rzędu ośmiu ton z hektara w Lubosinie, a w Izdebnie (z racji nieco słabszych gleb) około sześciu. To wszystko powoduje, że jesteśmy zauważani jako dobrzy producenci. Choć, mówiąc nieco żartobliwie, codziennie, gdy jemy śniadanie, obiad i kolację, musimy udowadniać, że nasz produkt jest bardzo dobry i nadąża za duchem czasu i potrzebami klienta. To jest filozofia całego mojego funkcjonowania.

Spółdzielnia w Lubosinie była w stanie upadłości. Jak do tego doszło, że zdecydował się Pan przejąć takie gospodarstwo?

To dłuższa historia. Na początku nie chciałem tego robić. W Izdebnie miałem wszystko ładnie poukładane, był porządek, dyscyplina, były też efekty i raptem musiałbym zaczynać wszystko od nowa. Przesądzili o tym jednak pracownicy tej spółdzielni. Chcieli, żeby było tak jak w Izdebnie. To jest zakład oddalony o trzydzieści kilometrów, bliżej były inne spółdzielnie i inni prezesi, ale akurat zgłosili się do mnie i to mnie ujęło. Niezwykle ważne jest zaufanie, bo na nim buduje się możliwość dalszego funkcjonowania.

img_3387_kopiowanie_ Przysłowiową kropką nad „i” była jeszcze jedna sprawa. W miejscowości Lubosina urodził się i żył ojciec mojej małżonki. Był to człowiek zasłużony dla naszego kraju, choć może nie z pierwszych stron gazet. Przesiedział w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu prawie pięć lat. Odnaleźliśmy ślady rodziny, groby dziadków i ciotek. Zaczęliśmy się zastanawiać i doszliśmy do wniosku, że koło fortuny gdzieś tam się zatoczyło. Choć początki nie były łatwe, bo nawet za potrzebą chodziliśmy do sąsiada.

Czy zdołał już Pan wszystko ulepszyć?

Dzisiaj zostały nam niewielkie inwestycje. Wszystkie ciągi produkcyjne są w pełni zmechanizowane, skomputeryzowane, monitorowane, o każdej porze dnia i nocy mogę obejrzeć, co się dzieje. Oglądając na przykład mecz Radwańskiej w Australii, jestem też tenisistą, organizuję różne turnieje. Byłem ciekaw, co tam w Lubosinie, więc włączyłem specjalną aplikację na swoim palmtopie…

Podglądacz z Pana…

(Śmiech). Tak, podglądacz, ale oczywiście zgodnie z prawem, to taki sposób na dyscyplinę. Jestem zadowolony z postępów. Nie dość, że byliśmy bankrutami i od zera prowadziliśmy zakład, to jeszcze byliśmy obarczeni ogromnymi długami, około 14 milionów złotych. Dzisiaj zakład jest na wyższym poziomie mechanizacji niż Izdebno i przynosi nawet większy zysk, ponieważ są tu grunty bardzo wysokiej klasy. Miałem to szczęście w życiu, że przyjąłem do pracy ciekawych ludzi, jeśli chodzi o kadrę techniczną i zarządzającą. Samemu można wiele zrobić, ale nie na taką skalę. Stąd preferowany przeze mnie dwukierunkowy model na spółdzielczość rolniczą. Zatem po pierwsze muszą to być gospodarstwa rodzinne – i tak jest właśnie u nas, bo z żoną i synem jesteśmy członkami-udziałowcami, posiadamy grunty własne do wspólnego gospodarowania. Druga sprawa – charakter innowacyjny, czyli nie tylko klasyczna produkcja rolnicza, ale też niekonwencjonalne działanie, szukanie różnych rozwiązań zmniejszających koszty produkcji, na które można pozyskać środki z Unii.

Czy można zatem powiedzieć, że najbardziej pociągają Pana zmiany?

Tak, nie lubię stagnacji. Chcemy ruszyć z produkcją norek. Cały świat robi na tym pieniądze. Fermy norek to naturalne zakłady utylizacyjne, gdyż zwierzę to żywi się produktami ubocznymi pochodzenia zwierzęcego. Dania zarabia około miliona euro ze środków publicznych na tym rozwiązaniu. Nasza inwestycja będzie rzędu 30 milionów złotych. Mamy już wszystkie uzgodnienia środowiskowe, czekamy jeszcze na decyzję burmistrza miasta i gminy w Pniewach. Szacujemy, że przyniesie trzydzieści miejsc pracy w okresie docelowym, czyli pięciu lat.

Generalnie będę się nastawiał na innowacyjność prądu, na fotowoltaikę w połączeniu z elementem hybrydowym. Fotowoltaika ma bowiem tę wadę, że prąd produkuje tylko w dzień. Tak się składa, że na tym terenie róża wiatrów jest bardzo urozmaicona, a więc chcemy to połączyć.

Nazwał Pan Lubosin małym oksfordem. Dlaczego?

Określenie to dotyczy pomysłu zapożyczonego z krajów zachodnich, takich jak Holandia, Dania, Niemcy czy Francja. Pomyślałem sobie: skoro ja, Zbyszek Ajchler, otrzymałem Oskara Rolniczego w postaci tytułu Wielkopolskiego Rolnika Roku, w związku z efektami produkcyjnymi, finansowymi, technicznymi w Izdebnie, a laureatów co roku jest dziesięciu, podzielmy się swoim doświadczeniem i utwórzmy gospodarstwa demonstracyjne, w których będziemy szkolić doradców z ośrodków rolniczych i organizować praktyki dla studentów. Mogłem wyjeżdżać dużo na zachód, obserwowałem, jak działają tamtejsze gospodarstwa, stwierdziłem więc: dlaczego nie zrobić tego w swoim kraju, który mnie wykształcił i który poniósł określone koszty, dlaczego nie dać czegoś z siebie. Gdy zostałem prezydentem Loży Laureatów Nagrody Gospodarczej Województwa Wielkopolskiego, tym bardziej miałem motywację, żeby to wcielać w życie. I udało się, władze samorządu województwa zaakceptowały pomysł i dzisiaj funkcjonuje osiemdziesiąt takich gospodarstw.

Mamy nawiązaną współpracę z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu. Niedawno było dwudziestu studentów piątego roku, których prowadził profesor Nowak, i byli oczarowani. Nie ma bariery językowej czy technologicznej, nie ma straty czasu związanej z dojazdem, nie ma po prostu kosztów. Po tych dwudziestu latach transformacji stworzyliśmy grupę świetnych zakładów w różnych branżach: rybołówstwie, produkcji roślinnej, trzody, bydła, drobiu, kwiatów. To takie małe oksfordy z ofertą uzupełnioną o kształcenie zawodowe młodych ludzi.

Podpisaliśmy umowy partnerskie z ośmioma uczelniami Wielkopolski, nasze oferty są w biurach karier, wykładamy na tych uczelniach i sale pękają w szwach. Mówimy o konkretnych tematach, a nie z pożółkłych kartek profesorów, które nie do końca są na topie i studenci zupełnie inaczej to odbierają. No i żadna uczelnia nie jest w stanie mieć takich zakładów.

Niedawno byłem jako prezydent Loży wraz z panią prorektor ds. studiów, prof. Moniką Kozłowską i dyrektorem Wielkopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w telewizji poznańskiej. Z władzami rozmawialiśmy o pomyśle utworzenia cykli programów edukacyjnych na bazie naszych gospodarstw. Przyjęto to z zadowoleniem, jesteśmy na etapie budowania formuły tego przedsięwzięcia. Kolejna sprawa – zależy mi, żeby prace magisterskie były pisane nie w celu spełnienia wymogu formalnego, ale żeby tematy do tych prac rodziły się w gospodarstwach, w których będą prowadzone doświadczenia i żeby właściciel takiego gospodarstwa mógł z nich skorzystać.

Sponsoruje Pan też sport…

Tak, moja firma sponsoruje zajęcia sportowe dla dzieci ze szkół podstawowych w Sierakowie. Zawsze żonie mówię, że jeśli przestanę funkcjonować jako sportowiec, to chyba będzie to już mój koniec. Biegam, ponieważ byłem kiedyś zawodnikiem Olimpii Poznań, byłem jeden rok w kadrze reprezentacji Polski juniorów. No i bieganie jest najtańszą formą ruchu. Ruchu nie zastąpi żadna tabletka.

Robimy różne turnieje, także dla szerszej grupy, na przykład o Puchar Prezesa Spółdzielni. Organizuję też już czternasty rok z rzędu w Szamotułach mój prywatny Ajchler Cup. Jest to największa impreza tenisowa w powiecie, uczestniczy ponad 160 osób i relacjonowana jest przez telewizję. Organizuję wycieczki do parlamentu, znakomicie zostało to odebrane szczególnie przez dzieci, przy okazji zwiedziły Warszawę.

Moja żona bardzo się zaangażowała w sprawy Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Międzychodzie. Teraz podjęliśmy się trudu tworzenia siedziby dla dzieci upośledzonych. Towarzystwem kieruje osiemdziesięciodwuletnia pani, nieprawdopodobnej energii, żona i parę innych kobiet; ludzie biznesu też starają się im pomagać. Zebraliśmy już dwieście tysięcy, a magiczne słowo „dziękuję” cieszy nas wszystkich.

Czy ma Pan ochotę wrócić do polityki? Zrezygnował Pan niedawno z SLD, nie udało się Panu zostać senatorem…

Nie płaczę krokodylimi łzami. Jeśli za największego rywala uważałem profesora Smorawińskiego, rektora Akademii Wychowania Fizycznego, dwukrotnego senatora, przewodniczącego Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie, lekarza, rodzina Smorawińskich pojmowana jest w Wielkopolsce jako biznesowa i markowa rodzina, a jednak otrzymałem większe poparcie i zająłem drugie miejsce, to uważam to za osobisty sukces. Sojusz Lewicy Demokratycznej niestety otrzymał niskie notowania, po raz pierwszy w historii, i mi przypadło właśnie w tym czasie startować. Natomiast ponad 27 tysięcy głosów poparcia to jest fakt ogromnie satysfakcjonujący.

Wróciłby Pan do SLD?

Nie, nie wrócę… Przez wiele lat byłem bezpartyjny, dzisiaj trudno mi się tłumaczyć, że jako bezpartyjny korzystałem z poparcia SLD. Sojusz z mojej bezpartyjności miał ogromne plusy, bo jak wytłumaczyć, że dwukrotnie byłem szefem klubu, nie będąc członkiem partii. Protestuję przeciwko przywództwu Millera, bo to nie jest oferta dla średniego i młodego pokolenia. Człowiek, który był premierem, wprowadził Polskę do Unii Europejskiej, był przywódcą Sojuszu, nie zmienia partii, nie wstępuje do Samoobrony, a potem nie wraca do tego gremium, z którego zrezygnował, to jest chore. Do SLD nie wrócę, również z powodów religijnych, jestem wychowany w duchu katolickim i nie zamierzam walczyć z krzyżem w kraju, który dał światu papieża.       

Zdjęcia udostępnione przez
Zbigniewa Ajchlera

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx