Reklama
środa, 19 grudnia 2012 19:03

era jazzu

Napisane przez  Administrator

Ponad dwieście wspaniałych koncertów dla półmilionowej widowni, edycje płyt i ekskluzywnych wydawnictw, warsztaty oraz wystawy – to dorobek piętnastu edycji Ery Jazzu.

Najpełniej i najpiękniej o tym ambitnym projekcie, jego początkach, o ciekawych spotkaniach z wybitnymi muzykami i anegdotkach opowie Dionizy Piątkowski, szef i twórca Ery Jazzu

 

Jazz to u nas ostatni krzyk mody. Ale ta moda się nie skończy. Bo jazz to muzyka emocji...

Chciałbym opowiedzieć o tym, co robię. Moja przygoda z muzyką zaczęła się od nauki gry na gitarze: dawno, dawno temu, w latach sześćdziesiątych. Karierę muzyczną zakończyłem po jakichś dwóch latach. Doszedłem bowiem do wniosku, że talentu nie mam za grosz. Myślę, że była to dobra decyzja, jedna z najważniejszych w moim życiu, mimo że byłem młodym człowiekiem. Pamiętam, że razem z kolegą zrobiliśmy z pomocą „Młodego Technika" gitarę basową. Takie były czasy: trzeba to było wszystko kupić w składnicy harcerskiej, wyciąć i na tym się grało.

Dlaczego zająłem się akurat muzyką jazzową? Jest taki moment w życiu każdego młodego człowieka, gdy trafia na określone nagranie. Przypominam sobie lata siedemdziesiąte, gdy wydało mi się, że ta muzyka jest „właściwsza". Kiedy po paru latach słuchałem nagrań Johna Coltrane'a, ballad Stana Getza czy gitarzystów, okazywało się, że ta muzyka jest bliższa mojemu sercu. Mimo że słucham wielu, wielu nagrań, coraz mniej słucham muzyki moich dzieci. Myślę jednak, że taka jest już przywara rodziców, bo czasami nic z tej muzyki nie rozumiem. Chodzi mi tu o te nowe trendy elektroniczne, te wszystkie dance'owe i klubowe brzmienia.

Tak się mi życie fajnie potoczyło, że skończyłem bardzo ciekawe studia: etnografię i zrobiłem specjalizację folklor muzyczny. To już było bardzo blisko do jazzu. Gdyby trzydzieści lat temu ktoś powiedział mi, że będę żył z jazzu albo że będę odcinał kupony z tego, co po drodze robiłem jako hobby, to wtedy powiedziałbym: „Stary, to jest niemożliwe, ja tu otworzę w Mosinie jakiś butik albo będę handlować pomidorami i będzie fajnie i wesoło". To jest chyba taka dyrektywa, szczególnie dla młodych, by robić coś konsekwentnie. Mówię to głośno, a jestem chyba obok Tomka Stańki, Leszka Możdżera i jeszcze paru osób kimś, kto mówi: „Tak, z jazzu można żyć". Pamiętam, jak około dziesięciu lat temu Tomek Stańko powiedział do mnie: „Słuchaj, zostań moim menedżerem, razem świat zawojujemy", a to był dla niego wówczas trudny okres w życiu. Nigdy nie byłem menedżerem i nie chciałem nim być. Później, gdy Tomek podpisał umowę z ECM i nagrał parę fajnych płyt, okazało się, że jest dziś jednym z najlepszych muzyków na świecie. Spotykam wielu muzyków z okolic ECM, na przykład ostatnio mówi do mnie Jan Garbarek: „Widziałeś, jaką Tomek ma ładną marynarkę? On chyba bardzo dużo zarabia" – to jest takie znamienne.

dsc_6388 Moja praca związana z jazzem, z historią jazzu to napisanie kilku książek, związanie się zawodowo z radiem, prasą (dziś mało piszę, ale staram się nie unikać tego zawodu). Moja praca pozwoliła mi objechać cały świat wte i wewte, spotkać najważniejszych ludzi – wielkich artystów. Jeśli ktoś mnie pyta o najważniejsze dokonania, odpowiadam, że – poza rodziną – jest to dla mnie na przykład zjeść kolację – z Cassandrą Wilson, Al Di Meolą czy Johnem McLaughlinem, pogadać, pojeździć przez tydzień z Herbiem Hancockiem – to jest bardzo przyjemne, bo to są doznania nie tego typu, że dziś się widzimy i więcej się nie spotykamy. Jeśli z kimś się przebywa przez tydzień we wspólnych hotelach, wspólnych samolotach, na wspólnych posiłkach, to wtedy się nie opowiada o głupotach.

Spotyka się też ludzi, o których nie chciałoby się pamiętać. Po latach pamięta się, że coś było albo bardzo dobre, albo bardzo złe. Wśród tych ponad dwustu koncertów jest może dziesięciu artystów, z którymi dziwnie mi się pracowało, ale są też ludzie, do których czuję ogromną serdeczność i gdy się spotykamy, jest fajnie. Gdy Al Di Meola mówi do mnie: „O! Cześć! Dobrze, że jesteś, wpadnij na obiad do New Jersey" – to jest bardzo przyjemne, że jest taka relacja, bo jestem facetem, który (jakby na to nie patrzeć) handluję muzyką (są na to określenia: impresario, promotor). Wydaje mi się, że dzięki sytuacjom, które czasami pozwalają realizować własne, prywatne marzenia, w tej chwili spotykam na swojej drodze największych muzyków, głównie jazzu, ale też muzyki klasycznej, rocka. Znam więc McLaughlina, Garbarka, z którymi jestem zaprzyjaźniony, ale też takiego faceta, wesołka, który mnie bardzo ujął swoim stylem bycia: Boba Geldofa. Wylądował na lotnisku w przechodzonych kapciach, spranych spodniach i T-shircie. Przedtem wysłany przez menedżera rider techniczny, który był zwariowany: limuzyny, koniaki... A okazuje się, że to jest normalny facet, jeden z nas. Siada i mówi do mnie: „Zapomnij o tym, wiesz, faceci siedzą w Londynie i nie mają co robić, więc wypisują takie rzeczy". To jest przykład na to, że zazwyczaj ci najwięksi artyści, im są wybitniejsi, tym większą mają zdolność postrzegania samego siebie jako partnera.

Studiowałem czarną muzykę i jazz w Stanach w latach 1979–1980. Ogromnym szokiem było dla mnie, kiedy pojechałem na uczelnię i okazało się, że uliczkami kampusu spaceruje pięciu czy dziewięciu... laureatów Nobla. Na takim uniwersytecie jak Berkley czy Oksford facet, który dostał Nobla, do roboty też musi chodzić. Najbardziej wtedy uderzyło mnie spotkanie między mną – studentem, a wykładowcami, muzykami. Relacje były takie kumpelskie... Nie było tej ściany, która dzieliłaby uczniów i profesorów.

W związku z tym, że pracuję przy muzyce jazzowej, poznaję ludzi trochę jakby w innym stylu – to nie są rockmani, którzy muszą ileś tam telewizorów wyrzucić z hotelu. Jazz jest – jak ktoś kiedyś ładnie powiedział – najbardziej ambitną muzyką z dziedziny muzyki popularnej, kawałek dalej jest już klasyka. W związku z tym muzycy też są troszeczkę inni, choć niektórzy też rozrabiają, jak mój ulubieniec, Al Di Meola. Cudowny facet, ale niezwykle rozrywkowy. Od trzydziestu lat żyje w takim transie: 250 koncertów rocznie non stop. Ściągałem go prywatnym samolotem. Facet żyje bez zegarka. Jest bardzo fajnie, jak się wszystko udaje, ale zdarzają się sytuacje takie jak na przykład we Wrocławiu. Na koncert na rynku czekało wtedy kilkanaście tysięcy ludzi. Na niego nic nie działa, nawet to, że samolot już odlatuje... Muzycy przylecieli, a głównego artysty nie było. Wyciągałem go z Palermo jakimiś dziwnymi liniami do Berlina, tam czekała taka aerotaxi (polecam: 10 tysięcy kosztuje lot z Berlina do Wrocławia). Miałem satysfakcję nie dlatego, że straciłem tę kasę, ale dlatego, że Al Di Meola usiadł w takim samolocie, że spojrzał w lewo: był dół i w prawo: był dół. Meola wysiadł na lotnisku w Wrocławiu... biały. Nie wiedział, jak się nazywa, tak był przerażony – takie sytuacje się zdarzają.

Najprzyjemniej mi się pracuje z Johnem Scofieldem. To dusza człowiek, facet genialny, artysta mało skomplikowany w sensie organizowania mu koncertów, ma multum pomysłów, bardzo sumienny, godzący się na wszystko...

dsc_1076 Z kolei takim pomnikowym, nostalgicznym jest John McLaughlin, muzyczny geniusz. On gra tę swoją skomplikowaną muzykę, ale ma fioła na punkcie Indii. Pomysł był taki, aby powrócić do klimatu muzyki z lat siedemdziesiątych. Zaprosił do współpracy swoich hinduskich kolegów i dali kilka koncertów w Europie. Pamiętam, że przerażające było to, jak zadzwonił do mnie, mówiąc, że jest na lotnisku w Zurychu (koncert ma się odbyć o godzinie 20 w Sali Kongresowej), a tak zwany emigration officer nie chce przepuścić jednego muzyka – tablisty pakistańskiego, który nazywa się Zahir Hussein. Był to czas, kiedy nazwisko Hussein znaczyło tyle co „podłącz mnie do prądu" i jakiś dureń w Zurychu na lotnisku, rozmawiając z Husseinem, powiedział: „Nie polecisz". No więc guru McLaughlin odrzekł: „Jeśli mój brat hinduski nie leci, to ja go nie zostawię w biedzie". Hussein miał taką dziwną wizę: był Pakistańczykiem, miał pakistański paszport, mieszkał w Stanach, miał security... w ogóle pomieszanie z poplątaniem. Nie wiem, jak to załatwiłem, ale o godzinie 14 Zahir Hussein miał wizę. Konsul z Zurychu jechał z całym biurem na lotnisko, żeby poprzybijać co tylko możliwe i jak już wszystko było załatwione, okazało się, że samolot, którym artyści mieli do Warszawy przylecieć – wyleciał, lecz następny miał tylko cztery wolne miejsca. Zaczęła się zabawa pod tytułem: kto ma zostać (dwóch muzyków musiałoby zostać). No więc najpierw zapakowaliśmy tego Husseina, żeby już był w powietrzu, z Husseinem poleciał McLaughlin i dwóch muzyków. Jak już oni wylądowali, ucieszyłem się bardzo, że wszystko ładnie zagra, załatwiliśmy nawet zespół, który miał ich supportować w razie spóźnienia. John McLaughin mnie bardzo zaskoczył: wszystko było gotowe, tylko nie było tych dwóch muzyków, nazwijmy ich: „peryferyjnych" – grających na tablach. Nikt by nie zauważył w Kongresowej, że ich nie ma. Jednak on mi o godzinie 21.00 (a o 21.30 lądował następny samolot z Zurychu) powiedział, że nie wyjdzie na scenę bez wszystkich swoich braci, dopóki nie będą razem: „Nie gramy". Takich opowieści jest bardzo dużo!

Jest taka wokalistka – największa na świecie – Dionne Warwick. Robiliśmy dwa czy trzy lata temu koncert, wspaniały koncert, lecz pamiętam o jednej sytuacji, która mnie jakby od niej odsunęła. W riderze było napisane, że do garderoby chce trzy szampany takiej dziwnej firmy (po dwieście dolarów za butelkę) albo równowartość w gotówce. Jak się później okazało, było piętnaście takich koncertów i wszędzie otrzymywała równowartość w gotówce. No to albo chce pić tego szampana, albo nie. Wykonaliśmy taki manewr, że w garderobie czekały trzy rozpakowane butelki tego szampana, którego oczywiście ona nie wypiła. To są takie sytuacje, które może nie dobijają, ale powodują, że zaczyna się postrzegać niektórych artystów jako ludzi, których interesuje tylko kasa.

Robiliśmy jako pierwsi w Polsce koncert Diany Krall i to była jazda bez trzymanki. Diana Krall jest wielką gwiazdą. Przyjechał kwartet do Warszawy, a z tym kwartetem, który miał pojawić się na estradzie, dodatkowo 34 osoby: garderobianka, fryzjerka, pani od prawej ręki, pani od lewej... po prostu cuda! W riderze mieliśmy do wybudowania na zapleczu Kongresowej kuchnię według projektu. Budowa tej kuchni trwała dwa dni, gdyż trzeba było wodę doprowadzać itp. Nasze dwie dziewczyny pojechały z kucharkami wszystko zorganizować i pokupować z kartki to, co ta ekipa chce zjeść, miała być też kostkarka do lodu, która nie robi kółek, tylko gwiazdki czy misie jakieś – nie pamiętam. Jak to wszystko było gotowe, to Diana przyjechała i około godziny 22 wzięła butelkę francuskiej czy szwajcarskiej wody mineralnej, wrzuciła sobie do szklanki dwa te misie z lodu, o 22.30 wyjechała. Nic nie tknęła – człowieka szlag trafia! Mówię do mojej ekipy: „Do rana możecie to wszystko zjeść i zdemolować tę kuchnię" – nie miałem już sił.

W ubiegłym roku odwołałem koncert. Lubię pokazywać artystów niejazzowych, którzy grają jazz. Okazuje się, że bardzo fajne jazzowe, swingowe płyty nagrywa Charlie Watts (perkusista z zespołu The Rolling Stones). Gdy się pojawiła taka możliwość, że może przyjechać na jeden, jedyny koncert do Polski, zaraz podpisałem umowę. Natychmiast trzeba było wpłacić ogromne pieniądze (tak działają agencje z „tamtej strony"), cieszyłem się chyba przez pół roku. Wszystko było już gotowe do odpalenia, gdy biuro zespołu przysłało mi wiadomość, że koncertu w tym terminie nie będzie. Będzie może dwa tygodnie później, bo Charlie Watts musi polecieć z Jaggerem do Nowego Jorku, gdyż rusza jakaś trasa i muszą coś omówić z prawnikami. Dobrze, przełożyliśmy termin o te dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach agencja Stonesów pisze do mnie, że jednak nie za dwa tygodnie, tylko za trzy miesiące, bo prezydent Francji wraz z małżonką zaprosił Charliego Wattsa na kolację akurat na ten czwartek wieczorem. Przesuwanie terminu trwało trzy lub cztery miesiące, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że będzie pełna Kongresowa, sprzedane będą wszystkie bilety, a jak wyjdę na estradę, to każdy z widzów będzie trzymać w ręce pomidora, by mi przysolić.

Myślę, że trzymanie się pewnego harmonogramu, pewnych ustaleń jest rzeczą najważniejszą. Moi koledzy z Warszawy nienawidzą mnie za to, jak pracuję, bo ja pracuję po poznańsku: z kalendarzem, gdzie mam zapisane wszystko, co trzeba zrobić. Myślę, że takie podejście jest właściwe – fajniej jest, jak artysta chce wystąpić, bo cię lubi i chce do ciebie przyjechać, niż kiedy artysta, który przyjeżdża, mówi jak Gato Barbieri: „Cieszę się że jestem w Holland", mówię do niego: „Poland", a on: „Tak, tak, Holland" – jemu jest obojętne, gdzie gra.

Z drugiej strony są bardzo miłe skojarzenia, takie jak w ubiegłym roku, gdy zaprosiłem po raz kolejny Marcusa Millera. Mam kilka telefonów do różnych ludzi i dzwonię kiedyś do niego: „Słuchaj, mam taki problem, może przyjechałbyś tutaj w taki a taki dzień?". Marcus mówi: „Dobrze, będziemy wracać z Japonii, to się zatrzymamy w Polsce, ale nie chcę żadnej Kongresowej czy innej wielkiej sali". Po raz pierwszy zagrałem w Polsce Marcusa w małej sali: w klubie „Palladium" na tysiąc osób, na stojąco. Nawet dla naszych VIP-ów zlikwidowaliśmy krzesła i zrobiliśmy „amerykański klub". Jak pisali dziennikarze i krytycy: był to najlepszy koncert Marcusa Millera w Polsce. Wszystkie były doskonałe, ale ten stworzył możliwość bliższego spotkania z publicznością i to zajarzyło tak, że on się świetnie bawił, koncert trwał ponad trzy i pół godziny, bo facet był nie do zatrzymania. To są takie bardzo miłe sytuacje związane ze współpracą z gitarzystami.

O płytach winylowych, które posiadam, mógłbym opowiedzieć indywidualnie o każdej z nich: w jaki sposób ją zdobyłem, skąd ją mam... Pamiętam tylko, że jak już doszedłem do tego, iż miałem prawie wszystko z jazzu, co chciałem mieć – wymyślono CD. To był chyba 1983 rok, gdy pojechałem na Midem i to zobaczyłem. Rok później poleciałem do Stanów i mój znajomy z dużej wytwórni płytowej dał mi cały karton płyt kompaktowych. Mówię: „Eee tam, nie chcę tego. Wy tu w Stanach jakieś głupoty wymyślacie". Potraktowałem to tak jak te taśmy do odtwarzaczy samochodowych, które nie mają końca, są zapętlone i grają non stop, ale zabrałem ten karton. Pamiętam, że współpracowałem wówczas z „Trójką", były takie rewolucyjne audycje – zabierałem wówczas takie małe urządzenie, które chodziło jak traktor i nazywało się odtwarzacz płyt kompaktowych – tego nikt w Warszawie nie miał. Jechałem do Warszawy, opowiadałem, jaki to też dźwięk będzie słychać, włączałem tę płytę, po czym 8 milionów słuchaczy, którzy mieli zwykłe radia, słuchało tego dźwięku tak samo, jak gdyby włączony był z taśmy czy winyla. To był taki rewolucyjny czas: pamiętam, że część wytwórni płytowych przysyłała wówczas listy w rodzaju: „Czy chce pan otrzymywać płyty CD, bo likwidujemy dział winyli itd.". Dużo płyt kupuję, ale dużo po prostu dostaję – to bardzo komfortowa sytuacja. Mam duży dział płyt niesłuchanych – nie dlatego że nie wyrabiam, ale wiele płyt jest takich, które odsłucham raz czy dwa razy, odkładam na stół, a gdy ponownie na nie trafię – odkładam na półkę. Płyty mam ułożone alfabetycznie, a więc w razie potrzeby wiem, gdzie czego szukać. Bardziej interesuje mnie w tej chwili muzyka młodych wydawana przez małe wytwórnie, niż kolejne „Sony'" czy „Warnery". Wiele rzeczy zbierałem przez lata i jak się patrzy później na postęp technologiczny, okazuje się, że wiele działań było bezsensownych. Zbierałem nagrania koncertów na VHS w czasach, gdy nie było w Polsce telewizji satelitarnych. Na przykład dzwoniłem do kolegi z Monachium: „Nagrywaj mi koncert Jeffa Becka, o 2.30 w nocy będzie na 3 Sat", on to nagrywał i mi przysyłał. Uzbierałem tego ponad tysiąc: rzeczy unikatowe, ale jak się okazało, miałem całe ściany tym zawalone. Później, kiedy moja żona wymyśliła generalny remont domu, musiałem się z tym przenieść do garażu. Wszystko było pochowane w kartoniki, skatalogowane – przeleżało to w garażu pięć lat. Mówię w końcu: „Wyrzucam! Wyrzucam bez skrupułów". Otwieram pierwszy karton, czytam: „The Rolling Stones z Muddy Watersem" – przecież nigdzie tego nie ma – co mam z tym zrobić. Po jakimś czasie znalazłem w Stanach taką maszynę dla idiotów, która przerabia VHS na DVD – dwa miesiące przegrywałem wszystko. Teraz nie mam zajętych 20 metrów ściany – tylko metr, bo mam to wszystko na płytach. Oczywiście nigdy tego nie oglądam – ale mam. Cały czas jednak miałem jeszcze te VHS-y: „Nie mogę tego wyrzucić!". Byłem w Gorzowie, gdzie mój kolega ma taki fajny klub Pod Filarami i prowadzi małą akademię jazzu. Zgadaliśmy się i wziął to do klubu, dzięki czemu cała kolekcja nie przepadła.

Dionizy Piątkowski – entuzjasta i promotor jazzu, etnomuzykolog, który gdyby nie było jazzu, z pewnością by go wymyślił. By realizować swoje pomysły, prowadzi cykl koncertowy Era Jazzu i aby wszystko usystematyzować, napisał pierwszą w Polsce „Encyklopedię jazzu".

Więcej na www.jazz.pl

Reklama
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria
  • Galeria

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, redakcja@merkuriusz.com.pl 

xnxx