Redakcja

wtorek, 16 czerwiec 2020 17:09

Z satysfakcją w nowe inwestycje

Z wójtem Komornik Janem Brodą rozmawia Mariola Zdancewicz

Gmina Komorniki została wyróżniona w ogólnopolskim rankingu „Lider Rozwoju”, uzyskaliście Państwo także wysoką pozycję w Rankingu Zrównoważonego Rozwoju Jednostek Samorządu Terytorialnego. Jak ważne dla Pana, jako wieloletniego wójta, są tego typu nagrody? 

Gmina Komorniki od lat zajmuje wysokie miejsca w niezależnych rankingach, udowadniając tym samym, że należy do grona najlepiej rozwiniętych gmin w Polsce. W ten sposób konsekwentnie umacnia swoją pozycję samorządu dobrze zarządzającego finansami i odnoszącego sukcesy zarówno gospodarcze, jak i w sferze społecznej. Osiągnięcia te pokazują, że dobrze wykorzystujemy potencjał gminy i jej mieszkańców. Od lat rzetelnie pracujemy na rzecz poprawy warunków życia naszej społeczności. Sytuacja demograficzna i ekonomiczna gminy zmienia się z roku na rok. Uważnie obserwujemy te procesy, by jak najtrafniej odpowiedzieć na potrzeby ludzi. Dla mnie -jako wójta to duża satysfakcja i znak, że podążamy w dobrym kierunku.

Od nowego roku pracę w nowej, pięknej siedzibie rozpoczęły m.in. Ośrodek Pomocy Społecznej oraz Straż Gminna. Proszę opowiedzieć o tym zakończonym już projekcie. 

Pierwszy roboczy dzień 2020 roku był również pierwszym dniem pracy w nowej siedzibie dla pracowników Ośrodka Pomocy Społecznej i Straży Gminnej. Budynek przy ul. Młyńskiej 15 to lepsza jakość obsługi interesantów, a także poprawa warunków pracy dla urzędników. W budynku zlokalizowano również Redakcję „Nowin Komornickich”, biuro Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych oraz nieodpłatnej pomocy prawnej. Ten dwukondygnacyjny obiekt powstał w zaledwie 11 miesięcy. Wyposażony jest w parking dla pracowników oraz dla klientów. Cieszę się, że mogliśmy poprawić jakość kolejnego obszaru – zależy nam na wysokim standardzie świadczenia usług społecznych. 

W jednej z rozmów wspomniał Pan o planach budowy Centrum Kultury i Tradycji. Jak bardzo zaawansowane są prace?

Budowa Centrum jest już na finiszu. Prace trwały od lipca 2018 roku i w ostatnich dniach lutego tego roku odbył się odbiór końcowy obiektu. Obecnie trwają prace wykończeniowe. Generalnym Wykonawcą inwestycji była firma PTB NICKEL Sp. z o.o. a projektantem tego nowoczesnego budynku było biuro projektów APA ARCHES Sp. z o.o. Sp.k. 

Budynek Centrum Tradycji i Kultury zlokalizowany jest u zbiegu ulic Słonecznej i Kościelnej w Komornikach. Przeniesie się do niego Gminny Ośrodek Kultury, a także Biblioteka Publiczna, które obecnie zajmują lokale na drugim piętrze w budynku Ośrodka Zdrowia. Nowe Centrum będzie służyło mieszkańcom jako centralne miejsce spotkań, oferujące bogaty wachlarz usług z dziedziny kultury, sztuki i rozrywki. Do dyspozycji gości będzie sala widowiskowa, pracownie tematyczne, czytelnia. Na terenie obiektu znajduje się 25 miejsc parkingowych, a cały obiekt jest w pełni dostępny dla osób niepełnosprawnych.

Na dzień 30 kwietnia br. zaplanowaliśmy uroczyste otwarcie Centrum, a dla każdego kto 1 maja przyjdzie na Rodzinny Piknik drzwi Centrum będą otwarte. Można będzie zwiedzić nowy obiekt. Wierzę, że nowe miejsce na mapie kulturalnej gminy będzie chętnie odwiedzane przez naszych mieszkańców i dostarczy im wiele interesujących projektów oraz artystycznych doznań, o ile koronawirus nie popsuje nam planów. 

Na jakim etapie są prace związane z budową tunelu w Plewiskach? 

Prace przy budowie bezkolizyjnego przejazdu przez tory kolejowe na ulicy Grunwaldzkiej miały się rozpocząć w tym roku, ale ruszą dopiero w 2021 roku. Wszystko ze względu na protest jednego z mieszkańców. Ostatecznie jednak Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska utrzymała w mocy decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach i w listopadzie ubiegłego roku inwestycja dostała „zielone światło”. Dzięki temu możliwe jest ukończenie prac projektowych, co było warunkiem koniecznym do ubiegania się o środki zewnętrzne. Inwestycja ma kosztować prawie 100 milionów złotych, z czego 85 procent kosztów kwalifikowanych, czyli prawie 60 milionów złotych, to unijna dotacja. 

Węzeł przesiadkowy „Grunwaldzka” znacznie ułatwi życie mieszkańców Plewisk, Komornik czy Poznania. Projekt obejmuje budowę i przebudowę m.in. wiaduktu kolejowego nad ul. Grunwaldzką, dróg dojazdowych do węzła wraz z przebudową skrzyżowań, ciągów rowerowo-pieszych, parkingów Park&Ride i Bike&Ride, energooszczędnego oświetlenia, przystanków autobusowych i kolejowo-autobusowych, montaż elementów systemu informacji pasażerskiej.

Wiele lat walczyłem, aby ta inwestycja doszła do skutku. Jesteśmy tak blisko, więc musi się udać.

W gminie pojawiają się liczne akcje proekologiczne, dotujecie Państwo zmianę ogrzewania na bardziej przyjazne środowisku. Jak dużym zainteresowaniem cieszy się projekt?

Ekologia jest dla nas bardzo ważna. Z początkiem pierwszego kwartału br. ruszy trzecia już edycja przyjmowania wniosków o dopłaty do wymiany starych pieców węglowych na ekologiczne systemy ogrzewania. Jest to akcja, która cieszy się w gminie dużym zainteresowaniem. Co roku zgłasza się więcej osób niż mamy możliwości. W ubiegłym roku w gminnym budżecie przewidziano na ten cel 200 tysięcy złotych. Z uwagi na duże zainteresowanie programem, do którego zgłosiło się 65 wnioskodawców, rada gminy podjęła uchwałę zwiększającą o 125 tysięcy złotych środki przeznaczone na te dotacje. Dzięki temu wszyscy ubiegłoroczni wnioskodawcy mogli skorzystać z tej formy dofinansowania. Zobaczymy jak będzie w tym roku. Mamy zabezpieczone na ten cel odpowiednie środki również w tegorocznym budżecie. 

Jakie inne rozwiązania hamujące zmiany klimatyczne są wprowadzane?

Co roku organizujemy razem z sołtysami wielkie sprzątanie świata, podczas którego każdy mieszkaniec może się przyłączyć i zbierać śmieci w parkach, terenach leśnych i na poboczach dróg – w swoim najbliższym otoczeniu. Uczestnicy akcji otrzymują worki na śmieci i rękawiczki ochronne. Dwa lata temu podczas akcji mieszkańcy zebrali ponad 2 tony śmieci, w ubiegłym roku było ich już ponad 7. Zobaczymy jakie zainteresowanie akcją będzie w tym roku i ciekaw jestem, czy pobijemy kolejny rekord. Jak widać jest to ważna i potrzebna akcja. 

W styczniu podpisał pan umowę na budowę nowej szkoły podstawowej w Wirach, to duże przedsięwzięcie... 

Jest to długo wyczekiwana inwestycja. Nowa szkoła powstanie przy ul. Zespołowej, na terenie dawnego Gospodarstwa Rolnego, który we wrześniu 2019 roku gmina pozyskała nieodpłatnie od Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. 

Wykonawcą zadania jest firma Budimex S.A., która wygrała przetarg na realizację tej inwestycji.

Budynek szkoły będzie się składał z trzech kondygnacji. Znajdzie się tam 26 sal dydaktycznych z zapleczami, 3 świetlice, 2 pracownie językowe, 2 pracownie informatyczne, gabinety specjalistyczne, biblioteka, pomieszczenia administracyjne i techniczno-gospodarcze, pełnowymiarowa sala gimnastyczna 44 m x 22 m z widownią oraz sale do zajęć z gimnastyki korekcyjnej. Budynek będzie przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych i wyposażony w windę. Wraz z salą gimnastyczną będzie on kształtem przypominał literę „U” o powierzchni użytkowej 7092,51 m2 .

Na budynku, podobnie jak w Szkole Podstawowej nr 2 w Plewiskach, zostanie zamontowana instalacja fotowoltaiczna o mocy 90 kW. Na zewnątrz wybudowane zostanie boisko wielofunkcyjne z bieżnią i skocznią do skoku w dal, plac zabaw, 79 miejsc parkingowych, zatoczka dla autobusów oraz parking dla rowerów.

Nowa szkoła będzie przygotowana na przyjęcie ponad 600 uczniów. Koszt budowy nowego kompleksu wyniesie ponad 36 milionów złotych i zostanie poniesiony z budżetu gminy. 

Krótko po podpisaniu umowy nastąpiło przekazanie placu budowy i widać już pierwsze efekty prac – wylane zostały fundamenty, a na terenie budowy pojawił się żuraw. 

Zgodnie z ustaleniami, część edukacyjna obiektu będzie oddana do użytkowania w styczniu 2021 roku, aby na lekcje w drugim semestrze roku szkolnego 2020/2021 uczniowie mogli uczęszczać już do nowego budynku. Od początku kolejnego roku szkolnego dostępna będzie dla uczniów również sala gimnastyczna.

Na początku tego roku gmina otrzymała działkę w Szreniawie wraz ze znajdującym się na nim budynkiem świetlicy wiejskiej, w związku z czym planowany jest jej remont i rozbudowa...

13 lutego podpisaliśmy z Województwem Wielkopolskim notarialną umowę darowizny działki w Szreniawie wraz z budynkiem wykorzystywanym na cele świetlicy wiejskiej. Jest to teren znajdujący się w pobliżu Muzeum Rolnictwa w Szreniawie. Dotychczasowa świetlica jest ciasna i trudno było przeprowadzać jakiekolwiek spotkania z mieszkańcami w tym miejscu. Przekazanie działki umożliwi rozbudowę obecnej świetlicy o dodatkową część, a także wyremontowanie istniejącego budynku. Dzięki temu mieszkańcy sołectwa Szreniawa-Rosnowo będą mieli do dyspozycji większą i nowocześniejszą świetlicę wiejską, taką z prawdziwego zdarzenia. 

Jakie są priorytety wójta Komornik na 2020 rok? 

Intensywnie budować szkołę w Wirach, rozstrzygnąć przetargi i podpisać umowy na projekt i budowę wiaduktu w ciągu ul. Kolejowej w Plewiskach oraz tunelu w ciągu ul. Grunwaldzkiej. 

z zespołem Pracowni Wirusologii Molekularnej Wydziału Biologii UAM w składzie: kierownik prof. UAM dr hab. Robert Nawrot, dr hab. inż. Justyna Broniarczyk, dr Jakub Barylski, dr Martyna Węglewska oraz doktorant mgr Oskar Musidlak rozmawia Merkuriusz

Czym są wirusy, a czym koronawirus SARS-CoV-2 z punktu widzenia biologa? Czy można je zdefiniować?

Wirusy to twory znajdujące się na pograniczu świata nieożywionego i ożywionego, które namnażają się tylko po wniknięciu do wnętrza komórki – są więc wewnątrzkomórkowymi pasożytami. Cząstki wirusów zbudowane są z dwóch głównych składników – białek stanowiących osłonę – tzw. kapsyd wirusowy oraz materiału genetycznego znajdującego się wewnątrz kapsydu. Często posiadają także otoczkę lipidową, białka wypustek na powierzchni i inne elementy. Wirusy mają też różne kształty i rozmiary. Zwykle są bardzo małe i tylko największe z nich dorównują rozmiarami najmniejszym bakteriom. W tym sensie koronawirus SARS-CoV-2 nie różni się niczym od innych wirusów – zawiera materiał genetyczny w postaci nici kwasu rybonukleinowego (RNA) zamkniętego wewnątrz białkowego kapsydu, otoczonego osłonką lipidową, w której znajdują się białka wypustek, tzw. kolce. Gdy po raz pierwszy zaobserwowano pod mikroskopem elektronowym przedstawiciela koronawirusów, jego białka wypustek przypominały koronę, stąd wzięła się nazwa tej grupy wirusów. SARS-CoV-2 należy do grupy wirusów infekujących zwierzęta i ludzi, u których wywołują zakażenia układu oddechowego. Czasami, w wyniku przypadkowej mutacji materiału genetycznego wirus zwierzęcy może uzyskać zdolność zakażania i przenoszenia się nie tylko ze zwierzęcia na człowieka, ale także z człowieka na człowieka. W ten sposób co jakiś czas powstaje nowy typ koronawirusa, czego tym razem, niestety, doświadczamy.

Jak się rozmnaża i w jaki sposób zaraża?

Nie należy mówić, że wirus się „rozmnaża” – w kontekście wirusów używamy słowa „namnażanie”, gdyż poza komórką żywą jakiegokolwiek organizmu wirus stanowi tylko nieożywiony „zlepek” materiału genetycznego i białek. W zależności od typu wirusa mogą one pozostawać przez różny czas poza komórką żywiciela. Dla koronawirusa SARS-CoV-2 mówi się o kilku godzinach do nawet kilku dni potencjalnej zakaźności, gdy znajduje się on na powierzchniach nieożywionych. Kiedy wirus dostanie się drogą kropelkową lub przez dotyk na błony śluzowe dróg oddechowych  przyłącza się do swoistego receptora, czyli białka komórek układu oddechowego i dzięki temu może wniknąć do ich wnętrza. Każdy wirus, także SARS-CoV-2, po wniknięciu do komórki gospodarza realizuje swój  „program namnażania” zapisany w jego genach. Metabolizm komórki gospodarza zostaje zorientowany na produkcję kolejnych kopii materiału genetycznego wirusa oraz produkcję jego białek. Gotowe wirusowe cząstki zakaźne (wiriony) uwalniane są z komórki i mogą wnikać do kolejnych komórek, a poprzez kichnięcie, kaszlnięcie w kropelkach aerozolu przenosić się i zarażać kolejne osoby.

 Czy koronawirus SARS-CoV-2 jest zmutowanym wirusem grypy?

 Nie,  są to dwa zupełnie inne wirusy, należące do różnych rodzin. Wirus SARS-CoV-2 jest przedstawicielem rodziny koronawirusów, natomiast wirus grypy – ortomyksowirusów. Cechami łączącymi te dwie rodziny jest materiał genetyczny w postaci RNA i te same drogi transmisji (droga kropelkowa, bezpośredni kontakt z osobami zarażonymi). Wirusy te atakują komórki układu oddechowego i wywołują choroby, które na wczesnych etapach mają podobne objawy, takie jak wysoka gorączka, kaszel, uczucie osłabienia. Być może z tego wynika błędne traktowanie tych różnych grup wirusów jako jednej. Pomimo podobieństwa początkowych objawów choroby, COVID-19 ma często cięższy przebieg niż grypa sezonowa. W około 15% przypadków przebieg tej choroby jest ciężki, a w 5% bardzo ciężki – są to głównie pacjenci wymagający mechanicznego wspomagania oddychania za pomocą respiratora.

 Czy jest bardziej niebezpieczny niż grypa, jaką znamy dotychczas?

Wirus SARS-CoV-2 to nowy wirus i choć trwają badania, nie ma na razie żadnej szczepionki ani leków, które byłyby skuteczne w zapobieganiu i leczeniu wywoływanej przez niego choroby COVID-19. Natomiast w przypadku grypy dostępne są szczepionki, które zapobiegają chorobie lub jej powikłaniom oraz leki przeciwwirusowe.

Czy są porównania ile osób zmarło w tym roku na grypę w Polsce i innych krajach?

Dane dotyczące ilości zachorowań na grypę w Polsce, Europie i na Świecie można śledzić na bieżąco na stronach Polskiego Zakładu Higieny (PZH), Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) oraz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Publikowane są one w formie cotygodniowych raportów, które przed rozpoczęciem kolejnego sezonu grypowego, tj. październikiem kolejnego roku są podsumowywane w oficjalnym dokumencie udostępnianym na stronach internetowych wyżej wspomnianych instytucji. Z tego względu dane tegoroczne są jak na razie niepełne.

Ilość zachorowań na grypę i przypadków zakończonych śmiercią pacjenta różni się każdego sezonu. Przyjmuje się jednak, że śmiertelność spowodowana grypą utrzymuje się na poziomie 0,1-1%  (dla COVID-19 jest to około 3-4%) i dotyczy w większości osób powyżej 65 roku życia. Według szacunków WHO co roku na półkuli północnej w okresie jesienno-zimowym około 5-15% populacji choruje na grypę. Każdego sezonu na choroby układu oddechowego bezpośrednio związane z grypą umiera od 290- 650 tys. osób z czego około 72 tys. to przypadki śmierci rejestrowane na obszarze Europy. Przykładowo w Polsce od 1.01.2020 do 31.03.2020 zdiagnozowano grypę u prawie 2 mln Polaków, z czego ponad 12 tys. przypadków wymagało hospitalizacji, a 53 zakończyło się śmiercią. Możemy też przyjrzeć się dokładniej sytuacji w poprzednim sezonie 2018/2019, kiedy na grypę sezonową zachorowało w Polsce prawie 4,5 mln osób, a zmarło 150.

 Jak walczyć z koronawirusem i innymi wirusami?

Intensywne badania nad lekami na COVID-19 prowadzone są na całym świecie. Szczególnie interesujące są próby wykorzystania substancji używanych już w leczeniu innych chorób. Leki takie przed wprowadzeniem do użycia zostały dokładnie przetestowane, więc nie wymagają ponownych, czasochłonnych testów bezpieczeństwa i można będzie je szybciej zastosować jako terapię COVID-19. Badane są m. in. substancje stosowane w leczeniu AIDS, zakażeń wirusem Ebola, a nawet malarii. Wyjątkowo obiecująca jest grupa leków, które wcześniej okazały się skuteczne przeciwko wirusom SARS-CoV-1 i MERS-CoV, spokrewnionym z nowym koronawirusem.

Ciekawym tropem są też substancje hamujące pewne elementy odpowiedzi odpornościowej chorych. Okazuje się, że część z najpoważniejszych objawów COVID-19 może być wywołana nie przez samego wirusa, ale zbyt gwałtowną odpowiedź ludzkich systemów obronnych (tzw. „burzę cytokinową”). Niestety, wspomniane terapie są obecnie we wczesnej fazie testów klinicznych lub przedklinicznych. Przyjdzie nam zatem poczekać na ich masowe wprowadzenie do użytku.

Podobnie jest ze szczepionkami. W chwili obecnej prowadzonych jest kilkadziesiąt projektów mających na celu opracowanie szczepionek przeciw wirusowi SARS-CoV-2. Przynajmniej dwie z nich są już na etapie badań klinicznych, ale badania te potrwają prawdopodobnie jeszcze od kilku do kilkunastu miesięcy .

Pozostaje nam zatem dbać o higienę i zrezygnować z niepotrzebnych kontaktów z innymi ludźmi. W szczególności warto unikać większych zgromadzeń i podróżowania na dalsze odległości, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się wirusa. Pamiętajmy, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, lecz także za osoby przebywające w naszym otoczeniu. Warto podkreślić, że każdy z nas może zarażać nawet nie wiedząc, że jest chorym.

 Czy SARS-CoV-2 może powrócić?

Nie ma w tym momencie żadnych wiarygodnych danych dotyczących tej kwestii. Cały czas jesteśmy w pierwszej fazie rozwoju pandemii. Najprawdopodobniej tylko w Chinach zaobserwowano trwały spadek liczby zakażonych. W pozostałych krajach liczba zakażonych osób nadal wzrasta, pomimo wprowadzenia szeregu obostrzeń z izolacją społeczną na czele. Wzrost ten jest jednak nieco wolniejszy. Ewentualna sezonowość wirusa jest ciągle niewiadomą, ale wiele wskazuje na to, że wirus może powrócić jesienią w postaci fali nowych zakażeń, gdy już opanujemy obecną. Czy tak będzie – nie wiadomo, możemy na ten temat tylko spekulować.

 Jak z punktu widzenia wirusologów przebiega pandemia? Czy istniały przesłanki, że coś takiego może się wydarzyć? Jak natura w takim wypadku reaguje? Jakie są mechanizmy obronne organizmu?

Trudno przewidzieć jak będzie przebiegała pandemia SARS-CoV-2, tak samo jak trudno było przewidzieć jej pojawienie się. Pewne przesłanki wskazywały, że średnio co 10 lat pojawia się na świecie nowy typ odzwierzęcego koronawirusa, który ma potencjał pandemiczny. Prawie 20 lat temu w Azji i Kanadzie pojawił się SARS-CoV-1, około 10 lat temu na Bliskim Wschodzie MERS-CoV, zatem naukowcy podejrzewali, że znowu pojawi się koronawirus, który ponownie „przeskoczy” barierę międzygatunkową i będzie mógł zakażać ludzi. Nikt chyba jednak nie podejrzewał, że tak szybko może dojść do pandemii na taką skalę, jak obecna. Oczywiście powstają matematyczne modele, które oparte są na danych zebranych w trakcie innych epidemii oraz informacjach dotyczących przebiegu sytuacji epidemicznej w Chinach. Utrudnieniem w analizach jest zasięg wirusa SARS-CoV-2, który został w tym momencie wykryty już we wszystkich państwach na świecie. Ponadto ciągle pozostaje wiele pytań dotyczących przebiegu choroby, rzeczywistej ilości chorych i zmarłych, ponieważ w wielu miejscach sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie. Wszystko to sprawia, że praktycznie niemożliwe jest przedstawienie jakichkolwiek jednoznacznych scenariuszy. Bazując na posiadanych danych dotyczących Chin, naukowcy i lekarze starają się maksymalnie spowolnić przyrost liczby chorych m.in. poprzez wprowadzenie kwarantanny, która – jak się wydaje – umożliwiła Chinom opanowanie sytuacji.

Wielu badaczy bazując na informacjach o dużym podobieństwie wirusów wywołujących chorobę SARS (SARS-CoV-1, który wywołał epidemię w Azji i Kanadzie w latach 2002-2003) oraz COVID-19 (SARS-CoV-2) przewiduje, że przebieg obu chorób może być podobny. Jest to bardzo optymistyczny scenariusz, ponieważ SARS miał stosunkowo mały zasięg i udało się go dość szybko opanować dzięki skutecznej diagnostyce i izolacji os  ób zakażonych. Pomimo wielu podobieństw występują jednak różnice, takie jak znacznie większa ilość zidentyfikowanych przypadków infekcji SARS-CoV-2. W tym aspekcie epidemia COVID-19 znacznie bardziej przypomina przebieg pandemii grypy „hiszpanki’ w latach 1918-1919. Dlatego często mówi się o możliwości wystąpienia sezonowych fal zachorowań na COVID-19, podobnie jak ma to miejsce w przypadku grypy sezonowej.

Niestety problemem w przypadku pandemii COVID-19 jest brak w populacji odporności na wirusa wywołującego tę chorobę. To właśnie odporność jest warunkiem do skutecznego opanowania pandemii i wyeliminowania choroby. Możemy ją wytworzyć na skutek samodzielnego zwalczenia infekcji przez organizm lub poprzez szczepienia. Wirus ten jest dla nas całkowicie nowy i dopiero pojawiają się pierwsze osoby, które zostały wyleczone i wytworzyły odporność (ozdrowieńcy), a na skuteczną szczepionkę musimy poczekać jeszcze co najmniej kilka miesięcy.

Jest wiele teorii na temat powstania koronawirusa, w tym teorie spiskowe (nawiązujące np. do książki Deana Koontza „Oczy ciemności”). Poproszę o komentarz.

Jako naukowcy jesteśmy otwarci na wszystkie możliwe wyjaśnienia. Obecnie nie ma jednak żadnych dowodów wskazujących, że pochodzenie wirusa SARS-CoV-2 może nie być naturalne. Koronawirusy podobne do SARS-CoV-2 były wcześniej obserwowane w populacjach zwierzęcych (szczególnie u nietoperzy). Co jakiś czas obserwujemy przedostawanie się takich wirusów do populacji ludzkich. Tak właśnie było z wirusami SARS-CoV-1 i MERS-CoV. Wielu naukowców od lat ostrzegało, że wirusy w środowisku naturalnym ciągle mutują  i pojawienie się groźnej choroby, która może przypominać grypę, SARS czy inną infekcję dróg oddechowych to tylko kwestia czasu. Krążąca od jakiegoś czasu teoria o możliwym „skonstruowaniu” wirusa SARS-CoV-2, chociaż nośna i wykorzystywana do celów politycznych, nie jest aktualnie możliwa do naukowego zweryfikowania. Natomiast Dean Koontz, stworzył fikcyjną powieść, w której historia po kilkudziesięciu latach okazała się być podobna do krążących w przestrzeni publicznej teorii spiskowych. Kultura popularna często „wytwarza” przeróżne fantastyczne teorie, które pozwalają ludziom oswoić się z nieznanym i skanalizować społeczne emocje. Jako naukowcy jednak nie zajmujemy się tą sferą, interesują nas twarde dane i fakty.

wtorek, 16 czerwiec 2020 17:03

Samorządowe plany w trudnym czasie

Z panem Tadeuszem Czajką, wójtem Tarnowa Podgórnego,rozmawia Merkuriusz 

Rozmawiamy w trudnym czasie – w Polsce z powodu zagrożenia koronawirusem wprowadzony został stan epidemii.

Rzeczywiście ten czas jest nadzwyczajny. Pierwszy raz byliśmy zmuszeni do powszechnego wprowadzenia takich obostrzeń. Pozamykane są wszystkie placówki oświatowe, instytucje kultury, muzeum, Tarnowskie Termy, Biblioteka… Nie możemy się spotykać, na zewnątrz wolno wychodzić jedynie w sprawach niezbędnych. Ale życie gminne, mimo że w innej formie, toczy się nadal, dlatego i samorząd pracuje. Pracujemy w trybie wyjątkowym, częściowo na miejscu, częściowo zdalnie. 

Mimo tych przeciwności również toczy się budowa Zespołu Szkół Technicznych. Na kiedy planujecie Państwo ukończenie inwestycji? 

Zespół Szkół Technicznych Tarnowo Podgórne to nasza samorządowa odpowiedź na potrzeby lokalnego rynku pracy. Z jednej strony przedsiębiorcy od lat poszukują nowocześnie wykształconych zawodowców, z drugiej strony mieszkańcy chcą, by młodzież w gminie mogła kontynuować naukę na poziomie ponadpodstawowym. 

Przypominam, że organizacja szkolnictwa ponadpodstawowego nie należy do zadań przypisanych gminie, za tę kwestię odpowiada powiat. Widząc jak duże jest zapotrzebowanie lokalnego rynku pracy – zdecydowaliśmy się na samodzielne utworzenie i poprowadzenie Technikum i Szkoły Branżowej I stopnia. Mamy już doświadczenie w tym obszarze – od lat z sukcesem prowadzimy Liceum Ogólnokształcące. 

Decyzję o rozpoczęciu tej inwestycji poprzedziły szerokie badania opinii, które zleciliśmy firmie zewnętrznej. Z dwustoma przedsiębiorcami przeprowadzono badania ankietowe, pogłębione o wywiady. Równolegle zapytano uczniów klas siódmych i ósmych oraz ich rodziców o potencjalne zainteresowanie możliwością nauki w takiej placówce. Uzyskane wyniki potwierdziły, że taka inwestycja jest bardzo pożądana. 

Jednocześnie po podsumowaniu wywiadów z przedsiębiorcami poznaliśmy paletę zawodów, którymi są zainteresowani. Równolegle po spotkaniach w szkołach podstawowych otrzymaliśmy listę zawodów, których chcą się uczyć uczniowie. 

W ten sposób powstała oferta Zespołu Szkół Technicznych.

Pierwszy dzwonek rozlegnie się w szkole 1 września 2020 r. Obecnie przygotowujemy się do procesu rekrutacji do klas pierwszych zarówno w Technikum, jak i w Szkole Branżowej. 

W to przedsięwzięcie zaangażowali się także przedsiębiorcy…

O tak! Jak wcześniej podkreślałem, obecność przedsiębiorców w realizowaniu tej idei jest dla nas bardzo ważna. Najpierw wspólnie tworzyliśmy listę zawodów. Teraz zacieśniamy współpracę – podpisujemy umowy o tworzeniu klas patronackich i wsparciu przy wyposażeniu pracowni zawodowych w nowoczesny sprzęt, organizacji praktyk i stażów i pomocy przy kompletowaniu zespołu nauczycieli przedmiotów zawodowych. Podpisaliśmy już około czterdziestu takich umów – to gwarancja, że uczniowie Zespołu Szkół Technicznych będą mogli realizować swoje marzenia.

W pięcioletnim Technikum kształcić będziemy w zawodach: technik procesów drukowania, technik logistyk, technik informatyk, technik mechatronik, technik elektronik.

Z kolei zawody w trzyletniej Szkole Branżowej możemy podzielić na dwie grupy: te współczesne jak mechatronik czy elektromechanik oraz te, które dotychczas postrzegane są jako tradycyjne: stolarz, krawiec, tapicer, piekarz, cukiernik, w naszej szkole będą nauczane w nowoczesnym, dostosowanym do rynku wydaniu.

Dzięki współpracy z biznesem chcemy także zapewnić system stypendialny dla najlepszych uczniów. 

W tym roku obchodzimy 30-lecie Samorządu w Polsce. Odbyła się już u Państwa z tej okazji konferencja „Bo Gmina jest Kobietą”. Dlaczego warto przypominać mieszkańcom o znaczeniu samorządów? 

Obchodom 30-lecia samorządu gminnego chcieliśmy poświęcić cały rok. Już na początku marca w Pałacu Jankowice zorganizowaliśmy konferencję „Bo Gmina jest Kobietą”. Wówczas w panelu dyskusyjnym udział wzięły: I Zastępca Wójta Ewa Noszczyńska-Szkurat (która objęła wydarzenie patronatem), prezes Metalmexu i właścicielka VA Gallery Violetta Kowalczyk, właścicielka Pracowni Pedagogicznej Skrzydła i prezes Fundacji Mój Mount Everest Marta Żak-Jędrzejewska oraz Radna Gminy i Sołtys Chyb – Ewa Jurasz. Panie rozmawiały o tym, jak to jest być kobietą w Gminie Tarnowo Podgórne. Jak tu się żyje, jak pracuje, jak mieszka? Czy gmina jest rzeczywiście kobietą – czy jest to takie oczywiste, czy jednak kobiety jednak muszą akcentować swoją obecność w codziennej rzeczywistości? 

Wspominaliśmy też początki samorządności w gminie. Doszliśmy do wniosku, że budowanie podstaw samorządu lokalnego nie byłoby możliwe bez udziału kobiet – i tego widocznego – już w pierwszej Radzie Gminy pracowały dwie panie, i tego niewidocznego, a często niedocenianego. Przecież aby radni mogli się spotykać i do późna obradować ktoś – w zdecydowanej większości panie – musiał dbać o domowe ognisko.

Artystycznym akcentem był koncert flecistki i gminnej radnej Karoliny Modzelewskiej przy akompaniamencie pianisty Marcina Dęgi. 

Kolejne wydarzenia z racji epidemii musimy odwoływać bądź przekładać na przyszłość. 

Nie zmienia to faktu, że ta rocznica jest dla nas bardzo ważna. Chcemy pokazywać, przypominać i podkreślać, że dzięki naszej wspólnej samorządowej pracy zmieniło się oblicze Gminy Tarnowo Podgórne. Uważam, że mamy wiele powodów do tego, by odczuwać dumę. Jesteśmy podawani za wzór niezwykle przedsiębiorczej społeczności – wystarczy wspomnieć, że na terenie Gminy funkcjonuje ok. 6000 firm (z czego ok. 80% to mikro i małe przedsiębiorstwa), które generują ok. 55 000 miejsc pracy. Z drugiej strony, cały czas inwestujemy na rzecz podnoszenia komfortu życia mieszkańców: najpierw nasze wysiłki były skupione na poprawie i rozbudowie infrastruktury drogowej, teraz rozwijamy możliwości rekreacji i wypoczynku – powstają place zabaw, boiska sportowe, siłownie zewnętrzne, ścieżki rowerowe, pięknieją też plaże, parki i skwery. Największą inwestycją w tym obszarze było wybudowanie Tarnowskich Term – Parku Wodnego, gdzie wykorzystujemy walory lecznicze wydobywanej w Tarnowie solanki. 

Mam nadzieję, że pokonamy koronawirusa i stan epidemii zostanie zniesiony. Wtedy zaprosimy mieszkańców do wspólnego świętowania 30 lat samorządu gminnego. 

 

wtorek, 16 czerwiec 2020 17:02

SPOŁEM znaczy razem

z panią Grażyną Raniewicz-Lis, Prezesem Zarządu „Społem” Poznańskiej Spółdzielni Spożywców w Poznaniu, rozmawia Mariola Zdancewicz

Ubiegły rok upłynął pod znakiem jubileuszu 100-lecia „Społem” Poznańskiej Spółdzielni Spożywców w Poznaniu. Jak świętowaliście Państwo tę wyjątkową rocznicę?

Pięknie! Właściwie przez cały miniony rok odbywały się różnego rodzaju akcje dedykowane rozmaitym grupom wiekowym i społecznym – naszym klientom, pracownikom i te szerzej zakrojone, skierowane do mieszkańców Poznania. Wśród wielu ciekawych wydarzeń, które zaowocowały ogromną frekwencją, były dwa spacery z przewodnikiem pod hasłem “Społem do składu po sprawunki”, w których wzięło udział dwieście-trzysta osób, chodząc historycznymi śladami Spółdzielni. Z reguły obieraliśmy za cel szeroko rozumiane Stare Miasto, gdzie mieliśmy swoją pierwszą siedzibę w Alfie. Nawiasem mówiąc biurowce nazywane są przez dziennikarzy “Alfami”, choć tak naprawdę tę nazwę własną nosił tylko jeden, ten pierwszy, wybudowany przez naszą Spółdzielnię. 

Oprócz spaceru mieliśmy całoroczny konkurs dedykowany klientom “Społem w rodzinnym albumie”. Prosiliśmy o pamiątki związane z działalnością Spółdzielni, znajdujące się w archiwach domowych. Poznaniacy doskonale kojarzą najstarszy znak handlowy w Polsce, nie każdy jednak wie, że działamy już sto lat. Staramy się obalić stereotyp, według którego funkcjonujemy od 1945 roku. Faktycznie w tych słusznie minionych czasach byliśmy dużą organizacją handlową, zajmującą się dystrybucją żywności, ale nasze korzenie sięgają międzywojnia – odrodzenia Polski po zaborach. Mając świadomość, że mieszkańcy posiadają w swoich archiwach domowych różne artefakty związane z naszą działalnością, gadżety, legitymacje członkowskie, czasopisma czy ulotki z dawnych lat, zebraliśmy je i znalazły miejsce w naszej Izbie Tradycji i Pamięci. Miniony rok zakończyliśmy niezwykle udaną akcją „Świętuj z nami 100 urodziny”. W loterii zdrapkowej wygraną stanowiły karty podarunkowe do realizacji w naszych placówkach handlowych. 

A bal był? Taka rocznica zobowiązuje…

Była wielka gala. Spółdzielnia została założona 29 sierpnia 1919 roku, pierwsze dwa sklepy przy ulicach Górna Wilda oraz Łazarskiej otwarto jednak 10 grudnia i data ta została uznana za początek naszej działalności. Gala jubileuszowa odbyła się 10 grudnia 2019 roku w Hotelu Bazar, w przepięknej Sali Białej. Bardzo nam zależało na tym miejscu, ma ono ogromne znaczenie dla historii Poznania i jednoznaczną wymowę. Wygłoszona w grudniu 1918 roku w tym właśnie hotelu przez Ignacego Paderewskiego mowa była w końcu zaczynem do wybuchu powstania wielkopolskiego. Mury Hotelu Bazar pachną niepodległością… Galę zaszczycili zacni goście, dopisały władze państwowe, byli posłowie, świeżo mianowany Wojewoda Wielkopolski Łukasz Mikołajczyk, pani Katarzyna Kierzek-Koperska wiceprezydent Poznania, przedstawiciele instytucji gospodarczych, z którymi współpracujemy lub jesteśmy członkami. Licznie przybyli także nasi kontrahenci biznesowi. Oczywiście nie mogło zabraknąć pracowników Spółdzielni, działaczy i seniorów. 

Wcześniej, w czerwcu, mieliśmy piknik nad Maltą, zorganizowany wyłącznie dla naszych pracowników, którzy są największym kapitałem przedsiębiorstwa. Była muzyka, tańce, pojawiło się także grono sprawdzonych dostawców, którzy wystawili swoje stoiska. Bawiliśmy się prawie do białego rana. 

Jak zaczęła się Pani przygoda ze spółdzielczością?

Bardzo dawno! W październiku minie czterdzieści osiem lat odkąd zaczęłam pracę w Spółdzielni. Trafiłam tu zaraz po maturze, potem skończyłam studia wyższe i podyplomowe już pracując, ale spółdzielczość funkcjonowała u mnie w domu od małego. We wszystkich wywiadach podkreślam, że wypiłam ją z mlekiem ojca (śmiech). Nie był spółdzielcą z zawodu, jednak od zawsze nosił w sercu idee związane z braterstwem, współistnieniem, współzarządzaniem, działaniem zespołowym. Był osobą niezwykłego formatu, zawodowym żołnierzem, powstańcem wielkopolskim. Urodziłam się kiedy miał pięćdziesiąt cztery lata, rozmówcy często są więc zdziwieni, że nie był moim dziadkiem. Z domu wyniosłam miłość do ojczyzny... Niezwykle ważne i pielęgnowane były u nas wartości międzyludzkie, o które dbali i tata, i mama. Miałam rodziców doświadczonych przez los, mama spędziła siedem lat na Syberii. Rosłam w rodzinie, która ukształtowała mnie jako osobę dość konkretnie określoną w poglądach. Staram się trzymać tych zasad w życiu i być im wierna.

Mam to ogromne szczęście, że praca jest moją pasją. W zasadzie mam dwie rodziny – tę biologiczną, którą kocham i uwielbiam, i tę spółdzielczą, w której żyję i spędzam ogromnie dużo czasu. Mam zaszczyt piastowania od dwunastu lat funkcji prezesa zarządu. To stanowisko sprawiło, że patrzę na firmę kompleksowo i bardziej globalnie. Pomaga to budować prawidłowe relacje i atmosferę spółdzielczą w zespole czterystu osób, z którym mam ogromny przywilej  współpracować. 

Czy realia wolnego rynku są korzystnym gruntem dla rozwoju spółdzielczości?

Zmiany, które nastąpiły po 1989 roku nie były dla nas korzystne. W 1990 roku pojawiła się specustawa sejmowa, która miała dokonać całkowitego demontażu spółdzielczości i pozwolić na przejęcie jej majątku. Udało nam się jednak obronić, spółdzielcy są odważni i zaprawieni w boju, ponieważ przyszło im działać w różnych czasach i wojen, i reżimów, i kiedy towary były reglamentowane, i teraz – w dobie kolonizacji polskiego handlu przez sieci zagraniczne. Operatorów ze stricte polskim kapitałem można policzyć na palcach jednej ręki. To właśnie spółdzielczość ma wyłącznie polski kapitał, właścicielami spółdzielni są jej członkowie i pracownicy. Dla mnie jest to niezwykła wartość – i jako dla człowieka, i przedsiębiorcy. Kiedy nawiązujemy nowe kontakty, zwracamy uwagę na to, czy firma jest rodzima, takie mają u nas zielone światło. Od trzydziestu lat brakuje mi interwencjonizmu państwa w tym zakresie. Państwo powinno bronić polskiego interesu, polskiego handlu.

Proszę z tym wystąpić! 

Pani redaktor, ile my stoczyliśmy już bojów w Sejmie, ile o tym mówimy. Przy inwazji sieci zagranicznych, która już jest za nami, odwrócenie tych tendencji jest bardzo trudne. Nam chodzi przede wszystkim o uregulowania legislacyjne, które pomogą polskiemu handlowi. Na Zachodzie spółdzielcza forma gospodarowania jest niezwykle ceniona, u nas posłowie niestety jej nie znają i nie rozumieją, w związku z tym nie bardzo potrafią odnaleźć się w tej materii. Staramy się promować te treści.

Pamiętam batalię o podatek od handlu detalicznego. Ustawa nie weszła w życie, ale wciąż nam grozi, ponieważ została tylko odsunięta w czasie.

Włączyliśmy się także do walki o niedziele wolne od handlu. Jesteśmy organizacją, która oprócz celu ekonomicznego, ma także cele społeczne. Spółdzielnia jest biznesem, ale jeśli jest tylko biznesem jest złym interesem – to wciąż bardzo aktualne słowa znanego francuskiego ekonomisty Charlsa Gide. Nie jesteśmy oczywiście przedsiębiorstwem charytatywnym, ale prowadzimy działalność kulturalno-oświatową i społeczno-wychowawczą. Funkcjonują spółdzielnie uczniowskie prowadzące sklepiki w szkołach, nad którymi sprawujemy kuratelę. Ci młodzi ludzie uczą się od nas zasad spółdzielczego gospodarowania, wspólnego działania. To są swoiste warsztaty życia. Zawsze podkreślam, że spółdzielczość to nie jest jeden człowiek, sukces spółdzielni to sukces zespołu ludzi, nie ma jednego autora. 

Pracownicy potrafią wypracować relacje między sobą i z osobami, z którym firma współpracuje, tworzyć dzięki nim dobre projekty i pomysły – tym różnimy się od spółek prawa kapitałowego. Bazujemy na nieco innych wartościach lub bardziej je doceniamy. U nas nie ma wyścigu szczurów, każdy członek Spółdzielni ma jeden głos bez względu na ilość posiadanego kapitału. Decydowanie jest współdecydowaniem. 

Czym jest patriotyzm ekonomiczny?

Kupowaniem polskich produktów w polskich sklepach, bo dają one zatrudnienie Polakom. „Społem” Poznańska Spółdzielnia Spożywców w Poznaniu daje pracę czterystu polskim rodzinom. Od tego jak będziemy funkcjonować, ile sprzedamy i zarobimy zależy ich dobrobyt. 

Jestem zwolenniczką i orędowniczką patriotyzmu ekonomicznego. Jeżeli kupujemy w sieci zagranicznej musimy mieć świadomość, że – owszem – są tam polskie towary, polscy pracownicy, ale zyski nie pozostają w kraju. Życzyłabym sobie, aby każdy obywatel – tak jak na Zachodzie, gdzie patriotyzm ekonomiczny jest bardzo szeroko rozwinięty posiadał taką świadomość i kierował się nią podejmując decyzję zakupową. Powoli się to u nas rodzi. Na Zachodzie jest legislacja, którą wystarczyłoby implementować, aby wspierać spółdzielczość spożywców, będącą głównym bastionem polskiego handlu. W kraju jest ponad trzysta spółdzielni spod znaku Społem. Jak już powiedzieliśmy – najstarszego polskiego znaku handlowego. Co ciekawe, nazwę tę wymyślił w 1906 roku Stefan Żeromski. Wychowywany był w otwartym intelektualnie domu, do którego co niedzielę zapraszani byli goście. Ojciec Żeromskiego zawsze mawiał: “Siądźmy społem do stołu!”. Mały Stefan to słyszał, a później nazwał tak czasopismo. To bardzo ładne. Bo “społem” znaczy “razem”. A bycie razem, to bycie na dobre i na złe. I tak działają spółdzielcy. Gdybyśmy nie byli razem, nie przetrwalibyśmy. Zwłaszcza tych ostatnich trzydziestu lat. 

Społem aktywnie działa na rzecz lokalnych społeczności... 

Funkcjonujemy w społeczności lokalnej, włączamy się do wielu charytatywnych akcji, wspieramy je finansowo i rzeczowo. Współpracujemy z Hospicjum Palium, Stowarzyszeniem Na Tak, schroniskiem dla zwierząt,  pojawiamy się na dożynkach miejskich, sponsorujemy Międzyszkolny Uczniowski Klub Sportowy Koszykarek, włączamy się w różne akcje. Prowadzimy Koła Seniora Spółdzielcy, dając możliwość przedłużenia aktywności życiowej, osobom, które już nie pracują zawodowo, a wciąż są młode duchem. 

Co oznacza dla Państwa podążanie z duchem czasu?

…Oznacza od zawsze codzienne zmienianie się dla naszych klientów i mieszkańców Poznania, łączenie w sposób umiejętny tradycji z nowoczesnością. To również nowoczesne sklepy, urządzenia, technologie, kasy samoobsługowe, doładowania do telefonów, do karty PEKA, usługi takie jak Cashback, Moje Rachunki, zakłady Totolotka, mnóstwo akcji promocyjnych, stała obecność w mediach społecznościowych oraz produkty – wypieki z pieców konwekcyjnych, kawa na wynos, hot dogi, kurczaki z rożna. Bardzo ważnym dla nas projektem są także sklepy EKO Społem. To był trudny, autorski projekt. Oferujemy w naszych dwóch placówkach EKO towary dedykowane dla określonego klienta, żyjącego w zgodzie z ideologią EKO, ale też dla osób chorujących na choroby cywilizacyjne, które mogą wspomagać się odpowiednią dietą czy młodych mam, chcącym dawać dzieciom jak najlepsze pożywienie. Projekt się powiódł, mamy sprawdzoną bazę dostawców i stale powiększające się grono klientów. Przed nami nowe wyzwanie – uruchamianie niebawem sprzedaży internetowej. 

 

z prof. Romanem Słowińskim, wiceprezesem Polskiej Akademii Nauk oraz kierownikiem Zakładu Inteligentnych Systemów Wspomagania Decyzji na Politechnice Poznańskiej, rozmawia Mariola Zdancewicz

W swojej pracy naukowej zajmuje się Pan inteligentnymi systemami wspomagania decyzji. Proszę przybliżyć co to oznacza.

Inteligentne wspomaganie decyzji to metodyka naukowego wspomagania rozwiązywania problemów decyzyjnych, które spotykamy w pracy projektowej inżynierów, w decyzjach ekonomicznych lub medycznych. Pojęcie problemu decyzyjnego jest bardzo szerokie, chodzi o to, aby wyekstrahować go z całej złożoności, w jakiej występuje, sformułować w odpowiednich terminach matematycznych lub logicznych i wskazać rozwiązanie, które będzie najbardziej uzasadnione. Podejmowanie decyzji zawsze podlega ocenom, które mają charakter wielowymiarowy. Wielowymiarowość ta pochodzi z różnych źródeł. 

Po pierwsze o decyzjach może rozstrzygać wiele osób, mających różne systemy wartości, a w związku z tym odmienne preferencje. Pojawia się pytanie jak w takim razie wypracować kompromis, pogodzić tych wszystkich ludzi, aby łącznie odnieśli zbiorową satysfakcję. Inne źródło wielowymiarowości występuje nawet przy jednym decydencie, ponieważ warianty decyzyjne oceniane są przez różne, zwykle konfliktowe kryteria. Istnieją na przykład rozwiązania o niskich nakładach inwestycyjnych, ale drogie w eksploatacji, a inne są drogie w inwestycjach, ale tańsze w procesie użytkowania. Dojść może jeszcze wiele innych kryteriów, np. bezpieczeństwo czy łatwość obsługi. Kierując się preferencjami decydenta należy wtedy rekomendować rozwiązanie stanowiące najlepszy kompromis między tymi kryteriami. Trzecim źródłem wielowymiarowości jest podejmowanie decyzji w warunkach niepewności, kiedy warianty decyzyjne, np. inwestycje na giełdzie, nie mają deterministycznych konsekwencji, ale po ich dokonaniu możemy z jakimś prawdopodobieństwem zyskać albo stracić. Wtedy w zależności od tego, czy mamy duszę gracza, czy mamy awersję do ryzyka, będziemy preferowali inwestycje bardziej lub mniej ryzykowne. Uczy nas to, że w problemach decyzyjnych, gdy jesteśmy skonfrontowani z wieloma wymiarami, które mają charakter konfliktowy, musimy poznać system wartości decydentów by zamodelować ich preferencje i wypracować rekomendację zgodną z tymi preferencjami. 

Tym właśnie zajmuje się inteligentne wspomaganie decyzji. Nie musi ono dotyczyć tylko osób fizycznych lub instytucji, ale decydentami mogą być także agenci programowalni. Dzisiaj algorytmy uzyskują już pewien rodzaj osobowości, same decydują o swoich wyborach, w związku z tym możemy mówić o modelowaniu preferencji także sztucznych agentów. Dlatego tak mocno łączy się dziś wspomaganie decyzji ze sztuczną inteligencją. Mamy także coraz więcej sytuacji, kiedy sztuczni agenci, czyli komputery połączone w sieć, porozumiewają się między sobą. Podejmują one decyzje na podstawie doświadczeń z wcześniejszych decyzji, a do nas należy poznanie ich preferencji i rozpoznanie motywów działań, aby globalnie system, który programujemy działał jak najlepiej. To może być taki sztuczny świat, w którym też obowiązują prawa wyboru według pewnego systemu wartości. 

Jaką część ludzkiej działalności i jakie jej dziedziny już dziś mogłyby przejąć maszyny?

Już od dłuższego czasu maszyny przejmują wiele zadań intelektualnych człowieka...

...ale podkreślmy, że im na to pozwalamy.

Tak, niewątpliwie my to zlecamy, a nawet robimy programy, które nas wyręczają w wykonywaniu różnych czynności, szczególnie takich, które są dla nas żmudne, męczące i przekraczające możliwości przekopywania się przez ogromne ilości danych. Weźmy na przykład wyszukiwanie informacji w Internecie i wyobraźmy sobie, że nie byłoby takiego systemu jak Google, który na nasze pytanie od razu podaje listę źródeł według stopnia zgodności z zapytaniem. Bez tego narzędzia tracilibyśmy mnóstwo czasu na przeszukiwanie tak gigantycznej bazy danych, jaką jest Internet. Rozpoznawanie tekstów, mowy i obrazów jest dzisiaj częstym zadaniem zlecanym algorytmom sztucznej inteligencji. Mają one na przykład zastosowanie w automatycznym sortowaniu dokumentów w dużych korporacjach czy placówkach administracji. 

Ciekawe czy weźmie teczkę i zaniesie, gdzie trzeba... (śmiech).

Tak, można je skojarzyć z robotem, który rozniesie pisma. Zresztą systemy poczty pneumatycznej istniały już wcześniej. Z drugiej strony trzeba przyznać, że fizyczna postać dokumentów już też jest zastępowana elektroniczną, tym łatwiej ją kierować do różnych adresatów przy pomocy sztucznej inteligencji. 

Niewątpliwie maszyny przejmują coraz więcej czynności intelektualnych człowieka i na pewno ten trend będzie się rozwijał, ale niekoniecznie musimy dążyć do tego, aby tworzyć sztucznych ludzi. Jak powiedział Stanisław Lem “naturalne tworzenie ludzi jest ciągle tańsze i bardziej efektywne” i…przyjemne …(śmiech). Bardzo często w rozmowach o sztucznej inteligencji pojawia się nieporozumienie polegające na tym, że jej efekt końcowy widzimy jako sztucznego człowieka czy maszynę, która swoim intelektem przerasta nas samych. Tymczasem w zamiarze osób pracujących nad sztuczną inteligencją jest lepsze, efektywniejsze wykonywanie określonych zadań przez algorytmy i specjalizowane roboty. Wiemy, że bardzo dużo cykli produkcyjnych jest zrobotyzowanych. To jest ogromny postęp, ludzie mogą przejść do innego typu pracy, a nie żmudnie wkręcać ten sam zestaw śrubek przez całe miesiące i lata na taśmie produkcyjnej. Intelekt robotów nie jest w żadnym stopniu porównywalny z intelektem człowieka, dedykujemy im tylko pewne zadania. Bardzo często humaniści mają tendencje do przesady jeśli chodzi o konsekwencje rozwoju sztucznej inteligencji, bo wydaje się im, że maszyny, gdy się rozwiną, ubezwłasnowolnią człowieka i będą nim w końcu rządzić. Jednak nawet jeśli po drogach będzie jeździło milion autonomicznych samochodów poruszających się bez kierowców, to jednak nie wpadną one na pomysł, żeby dokonać zamachu stanu. Nawet jeśli będą się porozumiewały, to w celu realizacji określonego zadania. Niektórzy wieszczą rychłe zbliżanie się tzw. punktu osobliwości technologicznej, w którym algorytmy samodzielnie podejmą zadanie świadomego samorozwoju i określą jego kierunki. Ma to doprowadzić do powstania silnej, ogólnej sztucznej inteligencji, dzięki której maszyny same zaplanują swój rozwój i stworzą populację, która wymknie się spod naszej kontroli. 

To się nazywa science fiction (śmiech).

Oczywiście, ale niektórzy biorą to za przyszłość prawdopodobną i prorokują, że nastąpi to już za jakieś trzydzieści lat. Ja nie szedłbym tak daleko, futurologia to bardzo śliski temat. Może rozwija wyobraźnię, ale kiedy cofniemy się do przewidywań sprzed dwudziestu-trzydziestu lat, to widzimy, że bardzo wiele z nich się nie spełniło. Czy przewidywano wówczas rozwój smartfonów do takiego stopnia, w jakim dziś jesteśmy od nich uzależnieni? Nie. Czy ktoś sobie wyobrażał, że telefony będą przy ludziach cały czas w miliardach egzemplarzy i będziemy się w nie wpatrywali przechodząc nawet przez ulicę? Nie, na to się złożyło wiele procesów, przede wszystkim komunikacja satelitarna, której nie przewidywano czterdzieści-pięćdziesiąt lat wstecz. Podobnie sieć internetowa rozrosła się do niespodziewanych rozmiarów, a na taką liczbę odbiorców nie była przecież projektowana! Dziś szacuje się, że wraz z urządzeniami lekkimi i inteligentnymi przedmiotami, jak nawet lodówki, czujniki czy kamery, w najbliższym czasie będzie około dwudziestu pięciu miliardów węzłów sieci, które będą zdolne do wzajemnego komunikowania się. Futurolodzy tego nie przewidzieli i na pewno nie wyobrażali sobie skutków takiego usieciowienia społeczeństwa. Nam w związku z tym też trudno jest mówić o przyszłości sztucznej inteligencji w horyzoncie dwudziestu-trzydziestu lat. Technicy pracują nad tym, aby uciążliwe dla człowieka zadania delegować maszynom, a humaniści często dopracowują do tego ideologie. Mamy więc dziś do czynienia z niby-religią tzw. transhumanistów, którzy prorokują, jak biolog Julian Huxley, że „rodzaj ludzki, o ile tego zapragnie, może dokonać transcendencji siebie”. Ma się to dokonać przez zmapowanie ludzkiego mózgu w pamięć zewnętrzną i wzmocnienie go możliwościami obliczeniowymi maszyny. 

To już było!

Nie było właśnie i sądzę, że długo nie będzie, ale jest to uwodząca obietnica nieśmiertelności tu ...

Myślę o Robocopie! (śmiech)

No tak, już przeszło 30 lat temu fascynowano nas taką wizją, ale wtedy była to czysta science fiction. Dziś niektórzy mówią, że ona się uprawdopodabnia. Nie dalej niż miesiąc temu „Nature Scientific Reports” doniósł, że neuronaukowcom udało się połączyć przez Internet szczurze neurony wyhodowane w Padwie z elektronicznymi synapsami w Southampton, a te ze sztucznymi neuronami stworzonymi na krzemowym mikroczipie w Zurychu. Miało to być dowodem, że możliwe jest stworzenie hybrydowego systemu nerwowego biologiczno-cyfrowego. Należy jednak podchodzić do tego bardzo ostrożnie. W naszym mózgu jest około osiemdziesięciu sześciu miliardów neuronów, a na razie udało się połączyć z maszyną kilka z nich. Nasze wyobrażenie o tym, co się dzieje w mózgu jest ciągle szczątkowe, wciąż stanowi dużą tajemnicę. Wiemy w tej chwili w jakich mniej więcej rejonach mózgu powstają pewne pojęcia, gdzie znajdują się obszary odpowiedzialne za mowę, za abstrakcję, twórczość artystyczną, ruch czy języki, ale nie wiemy w jaki sposób dokonuje się np. kojarzenie, planowanie, jak działa nasza pamięć i podejmowanie decyzji. Przy próbach wyjaśnienia niektórzy dokonują rażących uproszczeń, gdy zaczynają twierdzić, że człowiek jest zdeterminowany procesami biochemicznymi w mózgu i wręcz nie ma wolnej woli. 

To już przesada z tym brakiem wolnej woli, albo żeby miały ją sztuczne twory... To jest niebywałe!

Sztuczne twory formułują pewien rodzaj myśli, języka, może nawet porozumienia. Obserwujemy, że kiedy zadajemy maszynie np. rozpoznawanie obrazów, posługuje się ona podczas wykonywania tego zadania innymi cechami, niż człowiek. My rozpoznając obrazy możemy powiedzieć: to mi przypomina np. pejzaż górski. Maszyna nie ma takiego doświadczenia, ona raczej rozbierze ten obraz na piksele, dla których pomierzy stopnie szarości, intensywność, rozkład kolorów i za pomocą tych sztucznych cech będzie rozpoznawała obraz na podstawie podobieństwa do opisanych obrazów z dużego zbioru znajdującego się w jej pamięci. Fakt, że maszyny posługują się różnymi cechami naprowadza nas intuicyjnie na konstatację, że maszyny rzeczywiście być może wytworzą własny sposób myślenia i nawet ucząc się od środowisk ludzkich będą naśladowały nasze postępowanie. Może będziemy mogli powiedzieć: ten sztuczny piesek czy android zachowuje się zupełnie jak my, bo też wykazuje empatię, czułość, wrażliwość... 

...Ale to my nadajemy nazwy tym zachowaniom.

Tak, my je nadajemy.

Samo w sobie to nie istnieje, jest to pewna kalka. Fenomen polega na tym, że dobrze się zastosowała.

W sztucznej inteligencji nowej generacji autonomiczny agent uczy się przez eksplorację środowiska z wyciąganiem własnych wniosków ze skutków swoich akcji – nazywamy to uczeniem ze wzmocnieniem. Doświadczenie to kształtuje swoistą świadomość agenta, której my możemy nie zrozumieć. Oceniamy go po czynach. Dosłownie tak jak nasze zwierzęta domowe. Też powiemy, że pies jest wierny, że mamy z nim porozumienie, ale nie znamy jego myśli. Dyskusje na temat tego jakie są różnice między świadomością małpy a człowieka nie kończą się. Na pewno zwierzęta posiadają jakiś rodzaj świadomości, ale my jej nie znamy, nie potrafimy jej do końca zrozumieć i podobnie może być z robotami i ze sztuczną inteligencją w przyszłości – będą to twory przypominające ludzi, ale ich świadomość będzie inna. Moim zdaniem one przejmą świadomość człowieka jedynie w sensie behawioralnym. 

Żyjemy w czasach, w których zdążyły się zrealizować fantastyczne wizje wielu pisarzy, reżyserów, wizjonerów, np. Kapitan Nemo ze swoją łodzią podwodną i niemieckie U-Booty. Z drugiej strony znamy przerażające plany nazistów z okresu II wojny światowej, np. założenia stacji orbitalnej skupiającej ogromną energię słoneczną, z możliwością spalenia każdego miasta na świecie. Również budowanie bomby atomowej, a przedtem V1 i V2. W jaką stronę pójdzie nauka i świat? 

To znów wiąże się z pytaniem, czy postęp technologiczny, a w tym wypadku sztuczna inteligencja, będzie wykorzystany dla dobra czy na szkodę człowieka... 

Dobre będzie dobre, a złego się boimy.

I słusznie! Kiedy Nobel wymyślał dynamit mógł sobie wyobrażać, że jest to siła destrukcyjna, która może być wykorzystana źle, ale miała też bardzo dużo pozytywnych skutków i głównie o tym myślał. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją. Autonomiczne obiekty latające mogą być wykorzystane do monitorowania sytuacji zagrożeń czy roznoszenia przesyłek, ale także do przenoszenia broni, w tym biologicznej. Tylko od człowieka zależy jak wykorzysta zdobycze nauki i to jest odwieczny dylemat – czy rozwój będzie służył dobru czy złu…

Mieszkam na uboczu, z okien widzę wąską ulicę, w dali park, w związku z tym okna są mało zasłonięte, pootwierane, a tu pewnego razu na wyciągnięcie ręki przylatuje dron i wisi w miejscu. Nie wiem czy filmował, co robił. Gdybyśmy mieli pewność, że postęp idzie w dobrym kierunku byłoby inaczej, ale w nas tkwi ciągła złość, niepewność. Śmiem twierdzić, że to co się w tej chwili dzieje z koronawirusem nie jest przypadkiem, ale jest to pewna próba lub wręcz wojna biologiczna. 

Faktycznie, nie wiemy skąd wzięło się pierwsze zarażenie człowieka koronawirusem, przekazy na ten temat nie są jasne. Mówimy tu o zagrożeniach związanych ze sztuczną inteligencją, rozwojem maszyn, które mogą przerosnąć człowieka, ale zauważmy, że w tym samym czasie genetycy dokonują manipulacji na genomie ludzkim i tworzą hybrydy. Mimo że najwybitniejsi naukowcy podpisali swego czasu moratorium na wstrzymanie tego typu doświadczeń, wiemy, że w pewnych krajach, w których z takich zakazów nic sobie nie robią, takie doświadczenia ciągle się prowadzi. Ja bym obawiał się bardziej skutków manipulacji genetycznych niż rozwoju sztucznej inteligencji.

Mówiliśmy o eugenice, została ona właściwie potępiona...

Właśnie. Odwołała się Pani wcześniej do U-Bootów i hitlerowskich praktyk, które znały już eugenikę. Niestety to widmo wraca, widać, że jest zakorzenione w złej naturze ludzkiej, w związku z tym istnieje poważna obawa, że ktoś o złych zamiarach wykorzysta kiedyś inżynierię genetyczną do takich celów. Najgorsze jest dla mnie, że niektórzy ideolodzy sprzedają to jako dobro, uważają, że działania, które pozornie zwiększają szansę na dłuższe życie, wyleczenie z pewnych chorób, zapewnią równość i szczęście, którego nie może dać nic innego. 

Równości nigdy nie będzie! Trywializując jeden będzie brzydszy, drugi ładniejszy, jeden będzie miał więcej, drugi mniej...

Jedni będą mieli dostęp do tych technologii, inni będą ich pozbawieni. Tak, to jest mamienie ludzi. Podobnie jak obiecanki, że dzięki przeniesieniu swojej świadomości do maszyny człowiek stanie się nieśmiertelny – to też jest niebezpieczna ułuda. Cóż można powiedzieć – trwajmy przy wartościach pewnych i nie dajmy się zbałamucić.

Rozmawiałam z prof. Kurpiszem, który zajmuje się niepłodnością męską, powiedział, że marzy mu się film science fiction o tym, że na Ziemi będzie tyle ludzi, że już nikt nie będzie mógł się urodzić. Będą dwa komputery, w jednym istota Kurpisza, w drugim moja i będziemy czekać, aż będziemy mogli się urodzić, bo nie ma dla nas miejsca. Sama idea jest frapująca. Kuszą mnie czasem rzeczy fantastyczne, ale do samochodu, który będzie jechał sam nie wsiądę!!! 

My nie wsiądziemy, ale wsiądzie następne pokolenie. To jest tak, jak z każdą nowością, ludzie też reagowali źle na pociągi, samochody, aż w końcu przyzwyczaili się. Pojawiły się na ulicach hulajnogi, których używają młodzi ludzie, powstał system car-sharingu dzięki sieciom społecznościowym, więc na pewno pojawią się małe, autonomiczne samochody. W filmach science fiction widzimy autonomiczne pojazdy latające...

...Niech on sobie lata, ale ja nie chcę z nim latać, jakoś po prostu ufam sobie, że mogę coś zrobić mimo wszystko lepiej, niż ten robot, ponieważ uważam, że mogę mieć większy wybór, niż on.

Tutaj dotykamy poważnego tematu dotyczącego sztucznej inteligencji, który wiąże się z wyjaśnialnością jej modeli. Możemy zdać się na maszyny, żeby sugerowały nam jakąś decyzję, ale jednocześnie pragniemy zrozumieć ich wnioskowanie. Zalecenia muszą być dla nas zrozumiałe i transparentne. Nie chcemy, żeby zarządzały nami “czarne skrzynki”. Jeżeli pojazd autonomiczny znajdzie się w sytuacji kryzysowej, w której będzie musiał dokonać wyboru mniejszego zła, to chcemy wiedzieć jakie decyzje podejmie – czy przejedzie grupę przedszkolaków, które przechodzą przez ulicę, czy starszą osobę, która stoi gdzieś z boku, bo system wartości będzie miał taki, że chroni młode życie w opozycji do starego. Nie możemy całkowicie zdać się na algorytmy. Musimy kontrolować to, co maszyny nam zalecają. W związku z tym wszystkie deklaracje etyczne podkreślają dzisiaj istotę wyjaśnialności modeli sztucznej inteligencji. Niedawno deklaracja taka wyszła także z Watykanu. Nie potępia postępu w zakresie sztucznej inteligencji, ale dołącza do chóru intelektualistów i osób apelujących o moralną odpowiedzialność jej twórców, o kreację transparentnych systemów, dających wgląd w rekomendacje i ich motywacje. 

Obecnie w coraz większym stopniu systemy automatyczne, algorytmiczne wchodzą do sądownictwa. Zwłaszcza w krajach anglosaskich zaczyna się je stosować do oceny przestępstw i występków mniejszej rangi, gdyż ich system sądowniczy jest oparty na precedensach. Taki system musi być w stanie umotywować swoją decyzję, bo inaczej sędzia się pod nią nie podpisze. Należy pogodzić się z tym, że w coraz większym stopniu naszym życiem będą rządziły algorytmy. Niektórzy uważają, że pojęcie demokracji zostanie zastąpione pojęciem algokracji, że będą za nas decydowały algorytmy. W poniektórych krajach faktycznie tak się dzieje, że zachowanie ludzi oceniane jest według pewnych procedur scoringowych, zgodnie z którymi człowiek otrzymuje na starcie określoną liczbę punktów i za dobre sprawowanie zyskuje punkty, a za występki, takie jak zapalenie papierosa w miejscu niedozwolonym, traci je. 

System skoringowy pochodzi z systemów bankowych – kiedy udajemy się po kredyt, bank zbiera różne informacje o naszych dochodach, przeszłości kredytowej, stylu życia i algorytm “wypluwa” wynik w skali od zera do stu, który decyduje, czy się na dany kredyt kwalifikujemy. Taki system przechodzi powoli do oceny globalnej obywateli, zwłaszcza w krajach niedemokratycznych. Czytamy, że taki system oceny ludzi zaczął działać w Chinach i w Indiach. Istnieje wielka baza danych, zawierająca informacje o wszystkich obywatelach, razem z ich wizerunkami, odciskami palców itd. Dzięki zaawansowanym algorytmom rozpoznawania oraz ogromnej liczbie kamer na ulicach i w obiektach każdy ruch człowieka może być śledzony, w związku z czym można dokonywać jego oceny. 

Powstały już filmy science fiction, gdzie obywatele, którzy się nie zakwalifikowali, czyli znakomita większość, żyją tak, jak my dzisiaj, a gdzieś tam na jakimś poziomie funkcjonują ci, którzy mają pieniądze, latają statkami, mają sztuczną inteligencję, żywią się nie wiadomo czym... 

Dokładnie tak. W Chinach osoby, których wynik spadł poniżej pewnego progu, nie mogą kupić biletu na szybki pociąg czy na samolot. Ci natomiast, którzy są “w porządku” mają do tego dostęp. Obecnie przy opłacie za przejazd pociągiem nie wydaje się obywatelom biletów, tylko oni płacąc okazują dowód osobisty i w centralnej bazie danych zostaje zarejestrowany przejazd obywatela X z punktu A do B. Potem kontrola biletu odbywa się na podstawie okazania dowodu osobistego. Taka inwigilacja jest więc niestety możliwa. Sztuczna inteligencja może na podstawie tych wszystkich danych tworzyć profil obywatela, włącznie z określaniem prawdopodobieństwa, że jest na drodze do dokonania przestępstwa. Dotychczas pokazywały to filmy science fiction, a teraz widzimy, że taka rzeczywistość nie jest aż tak odległa i widać jej pewne zręby w systemach totalitarnych. Przyznaję, że to wcale różowo nie brzmi. 

Proszę powiedzieć co z etyką? Filozofią?

Etyka i filozofia to dwie różne sprawy... Jak już wspomniałem, od filozofii sztucznej inteligencji jest niedaleko do ideologii. Ideolodzy na podstawie przesłanek dotyczących możliwości sztucznej inteligencji zaczynają tworzyć różne wizje. Wystarczy poczytać dzisiejszego guru przyszłości Yuvala Harariego, autora trzech wielkich tomów na temat człowieka i społeczeństwa, który prorokuje algorytmiczną zależność człowieka w przyszłych społeczeństwach i kult dataizmu. Zgodnie z tym nurtem “kto ma dane ten ma władzę”, gdyż one mogą prowadzić do wniosków na temat intencji i woli danego człowieka i zbiorowości. Jeśli te teorie znajdą dostatecznie dużą grupę wyznawców to mogą zacząć być naprawdę groźne. Etyka to z kolei wołanie o taki rozwój sztucznej inteligencji, aby działała dla dobra człowieka i jego moralnego wzrostu, i aby respektowała naszą potrzebę wyjaśniania swoich rekomendacji. 

Pamiętamy świat Robocopa, który momentami był wzruszający tylko dlatego, że jego “uczucia” były ludzkie. Czy jest to tylko fikcja?

Wspomnieliśmy już, że maszyny mogą zacząć zachowywać się podobnie do ludzi, jeśli będą uczyły się z obserwacji naszych zachowań. Już dzisiaj widzimy, że systemy sztucznej inteligencji mogą się uczyć na pewnych naszych tekstach zamieszczanych w Internecie, np. z komentarzy, jakie ludzie dodają do różnych informacji. Okazało się, że algorytmy, które uczą się z tych tekstów są tak samo cyniczne i “hejterskie”, jak ludzie, którzy je piszą. To, z czego maszyna się uczy jest więc bardzo ważne. Jeśli za wzór będzie miała nasze złe zachowania, to będzie też podobnie postępować. 

Czy sztuczna inteligencja kiedykolwiek dorówna naszej?

Maszyny raczej będą miały swój świat myśli, swoją inteligencję. Jeżeli ziściłyby się przewidywania osób, które podejmują próbę mapowania mózgu w pamięć maszyny i połączenia zdolności intelektualnych mózgu z efektywnością obliczeń maszynowych, to teoretycznie byłoby możliwe osiągnięcie w maszynie inteligencji, która przerośnie ludzką. Tylko, że moim zdaniem takie zmapowanie jest mało prawdopodobne. Nie wiem także, czy udałoby się przeskoczyć barierę energochłonności obliczeń w maszynie, która operowałaby na tak olbrzymiej liczbie neuronów. 

A skąd by wzięły duszę?

Wierzę, że człowiek ją ma, bo jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Pytanie czy inteligentna maszyna ją także ma jest podobne do pytania, czy nasz domowy przyjaciel pies albo kot ma duszę? To, że z tymi przyjaciółmi możemy nawiązać kontakt afektywny nie wystarcza, by uznać je za takie same istoty jak my.

Czasem czujemy, że ktoś jest bezduszny...

Mamy wtedy na myśli, że ten ktoś nie ma sumienia, że jest bezlitosny. Dusza jest na życie wieczne, a tu i teraz kierujemy się sumieniem, które kształtujemy według wiary i zasad moralnych. 

Czy zatem postęp technologiczny niesie dla człowieka więcej dobrego czy złego?

W postępie technologicznym mają udział oba oblicza natury człowieka – dobre i złe – stąd postęp stanowi wypadkową walki tych sił w każdym z nas. Dlatego postęp technologiczny wymaga wzrostu samego człowieka, nie tylko w zakresie jego wiedzy, ale także ducha, który wspomaga rozpoznanie dobra i zła.

z Burmistrzem Obornik Tomaszem Szramą rozmawia Kasia Górecka

Jest Pan burmistrzem Obornik od dziesięciu lat. Jakie wydarzenia w sposób szczególny utkwiły  Panu w pamięci w trakcie tej dekady?

Takich wydarzeń było tak wiele, że trudno dziś stwierdzić, które z nich zaliczyć do najważniejszych. Cieszę się że przez te dziesięć lat Gmina Oborniki systematycznie rozwijała się i pozytywnie zmieniała swoje oblicze. Ważne jest to, że udało nam pozyskać sporo środków zewnętrznych, które przeznaczyliśmy na wiele inwestycji, poprawiających jakość życia mieszkańców gminy. 

Zanim poświęcił się Pan roli burmistrza przez wiele lat uczył chemii oraz pełnił funkcję dyrektora Liceum Ogólnokształcącego. Czy doświadczenie pedagogiczne pomaga w bieżących obowiązkach?

Nie tyle doświadczenie pedagogiczne, ale doświadczenie w zarządzaniu, którego nabrałem zarządzając jedną z największych szkół średnich w powiecie. Poznałem także jak pracuje samorząd, będąc radnym sejmiku Województwa Wielkopolskiego. Te doświadczenia na pewno pomogły mi rozpocząć pracę w urzędzie na stanowisku burmistrza. 

Tegoroczna wiosna była trudna dla wszystkich. Jak z realiami pandemii radziła sobie gmina Oborniki?

Dla samorządów było to duże wyzwanie organizacyjne i dumny jestem z tego, że Urząd Miejski w Obornikach nie zamknął się dla mieszkańców. Udało nam się wypracować system pracy bezpieczny zarówno dla korzystających z obsługi mieszkańców, jak i pracowników urzędu. Wspólnie z moimi współpracownikami, którym w tym miejscu chciałbym podziękować, a byli to: zastępca burmistrza Piotr Woszczyk, Sekretarz Krzysztof Nowacki i Skarbnik Joanna Gzyl, opracowaliśmy nowe zasady, w myśl których urząd działa w tych trudnych dla nas wszystkich chwilach.  

W całej Polsce obchodzimy właśnie 30-lecie samorządu terytorialnego. W tym roku mija także 20 lat od przywrócenia Powiatu Obornickiego. Co oznaczają te rocznice dla gminy?

Samorząd terytorialny to chyba jedna z najlepszych rzeczy, jakie były efektem przemian ustrojowych w Polsce. To że sami możemy decydować o swoim mieście i gminie, zaspakajając potrzeby mieszkańców w różnych dziedzinach ich życia, daje ogromne możliwości rozwoju. Oborniki wykorzystały te trzydzieści lat samorządności i dziś są pięknym miastem z dobrą infrastrukturą. Pływalnia, kompleksy boisk sportowych, ścieżki pieszo-rowerowe z przepiękną ścieżką po starych torach do Stobnicy, sieć dróg, kanalizacja... Szereg wyzwań oczywiście jeszcze przed nami, ale wierzę w to, że samorząd, jeżeli dostanie możliwość pozyskiwania dochodów własnych, to przeznaczy je zgodnie z potrzebami mieszkańców.  

Z okazji jubileuszu ukazał się specjalny numer zeszytu historycznego, można także podziwiać okolicznościową wystawę przed Biblioteką Publiczną. Jak jeszcze świętowane będzie 30-lecie samorządu w Obornikach? 

W planach mieliśmy na 27 maja galę samorządu obornickiego, jednak z wiadomych przyczyn ona się nie odbyła. Jeżeli jednak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będziemy chcieli spotkać się z  radnymi wszystkich kadencji samorządu, żeby wymienić doświadczenia zdobyte w roku 1990 i 2020. 

W grudniu oddano do użytku małą obwodnicę Obornik. Inwestycja została uhonorowana nagrodą TOPBulider 2020, przyznawaną przez wiodący ogólnopolski miesięcznik dla budownictwa architektury i biznesu o tej samej nazwie. Czy udało się usprawnić ruch w mieście?

Na małą obwodnice mieszkańcy czekali prawie trzydzieści lat. Już w pierwszej i drugiej kadencji samorządu rozmawiano na ten temat, dlatego cieszę się, że miałem przyjemność dołożyć swoją cegiełkę do jej realizacji – jako radny sejmiku zajmowałem się wówczas tematami wpisania tej inwestycji do Wieloletniego Planu Inwestycyjnego, a także sprawami przekazania gruntów. Co dała ta inwestycja miastu? Po pierwsze proszę spojrzeć aktualnie na ulicę Czarnkowską – jest zdecydowanie mniejszy ruch. Po drugie ta mała obwodnica to pierwszy krok wyprowadzenia dużego transportu z centrum, a po trzecie daje ona możliwość remontu ulic Czarnkowskiej oraz Powstańców Wielkopolskich i zmianę organizacji ruchu tak, aby poprawić przepustowość w mieście.  

Oborniczanie mogą się także cieszyć nową odsłoną Łazienek. Jakie obiekty już powstały, a jakie są w planach?

Łazienki systematycznie pięknieją, aktualnie postała tam ścieżka edukacyjna oraz miejska plaża z małą architekturą, którą będziemy cały czas rozwijać. 

Urząd Miasta prowadzi ciekawą internetową inicjatywę jaką jest Obornickie Kalendarium. Każdego dnia pojawiają się tu ciekawostki sprzed lat. Dlaczego przypominanie i pielęgnowanie regionalnej historii jest ważne? 

Poznając historię naszego miasta budujemy lokalną tożsamość. Świadomość tego, że w Obornikach działy się sprawy ważne czy też mniej ważne, daje nam obraz tego, czym zajmowali się nasi przodkowie i jakie tematy były wówczas dla nich istotne. Zrobienie takiego kalendarium to ogromna wieloletnia praca, bowiem każdy przemijający dzień i to, co się w nim wydarzyło jest historią. Wiem, że mieszkańcy Gminy Oborniki czytają je z czego się bardzo cieszę. 

Jakie są Pana plany na najbliższe miesiące?

W tej chwili musimy skupić się na budżecie, zobaczyć jakie będą dochody, żeby zweryfikować plan realizowanych inwestycji. Ten rok będzie ciężki dla samorządów, więc tylko racjonalne zarządzanie może pozwolić na przetrwanie. Oczywiście nie rezygnujemy z inwestycji, a w planach mamy także duże przedsięwzięcia, jak choćby temat budowy nowego Ośrodka Kultury. 

 

wtorek, 16 czerwiec 2020 16:53

Licząc na naukę...

z prof. dr hab. Bronisławem Marciniakiem, dyrektorem Wielkopolskiego Centrum Zaawansowanych Technologii UAM, rozmawia Merkuriusz

Rok temu został Pan uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a zimą otrzymał nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego podczas Gali Nauki Polskiej. To wielki zaszczyt i ważne odznaczenia. Gratulujemy!

Byłem zaszczycony przyjmując te wyróżnienia. Są one nie tylko rezultatem mojej indywidualnej pracy, ale także moich najbliższych współpracowników, z którymi miałem okazję pracować jako rektor, a teraz jako dyrektor Centrum Zaawansowanych Technologii UAM. 

Media obiegła informacja o prowadzonych w Centrum Zaawansowanych Technologii pod kierownictwem prof. UAM dr. hab. inż. Jakuba Rybki badaniach nad stworzeniem testu immunologicznego dedykowanego diagnostyce SARS-CoV-2. Proszę przybliżyć temat. 

Grupa biotechnologów pracująca w zespole prof. UAM Jakuba Rybki w Centrum Zaawansowanych Technologii, we współpracy z Wydziałem Biologii pod kierunkiem prof. Krzysztofa Sobczaka włączając się w walkę z epidemią koronawirusa rozpoczęła prace nad opracowaniem testu serologicznego do immunodiagnostyki SARS-CoV-2. Test ten opiera się na dwóch białkach wirusowych, które wiążą się specyficznie z odpowiednimi przeciwciałami obecnymi we krwi pacjentów. Test ma odpowiedzieć na pytanie, czy dany pacjent posiada przeciwciała, czyli czy miał kontakt z wirusem i jest odporny na SARS-CoV-2. Jest to czuły i specyficzny test pozwalający przetestować duża liczbę próbek w stosunkowo krótkim czasie.

Protokół tego testu prof. Rybka otrzymał od prof. Floriana Krammera ze Szkoły Medycznej w Nowym Jorku – kolegi ze studiów doktoranckich w Wiedniu. Opublikowany i udostępniony przez prof. Floriana Krammera test został u nas przeniesiony na warunki polskie i udoskonalony. Dla biotechnologów procedura testu wydaje się prosta, ale ja, jako chemik muszę przyznać, że jest ona skomplikowana i złożona.

Testy pilotażowe zostaną wykonane przy współpracy z Katedrą Immunologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu pod kierownictwem prof. Grzegorza Dworackiego – syna prof. Sylwestra Dworackiego, byłego prorektora naszego Uniwersytetu. Tak więc, test poddawany jest obecnie wewnętrznej walidacji. Mam nadzieję, że na kilkuset próbkach przebadanych wewnętrznie okaże się, iż metoda się sprawdza. 

Test odpornościowy będzie bardzo przydatny przede wszystkim dla służb medycznych oraz osób dopuszczanych do pracy. Ma także istotne znaczenie dla szkolnictwa. Wiarygodne rozróżnienie między osobami podatnymi i odpornymi na infekcję może znacznie ułatwić i przyspieszyć powrót do normalnego życia. Zależy nam na tym, aby test był tani, miarodajny i masowo przeprowadzany.

Kiedy będzie mógł być wykorzystywany w powszechnej diagnostyce? 

Walidacja wewnętrzna powinna być ukończona w najbliższych dniach. Kolejnym etapem będzie uzyskanie certyfikacji od odpowiednich instytucji i dopuszczenie testu do wdrożenia, a następnym zdobycie środków finansowych niezbędnych do wprowadzenia testu na skalę masową. 

Także w Poznaniu, w Instytucie Chemii Bioorganicznej PAN, powstał pierwszy polski test na obecność koronawirusa. Czy możemy być dumni z poziomu wielkopolskiej nauki?

W odróżnieniu od testu genetycznego z ICHB PAN, wskazującego, czy pacjent jest aktualnie nosicielem wirusa, test immunologiczny pozwala stwierdzić, czy posiada przeciwciała, czyli czy miał kontakt z wirusem i jest na niego odporny. Zatem, oba testy mają ważne zadanie do spełnienia i możemy być dumni z osiągnięć wielkopolskich biotechnologów. 

Najważniejszym dla nas zadaniem jest teraz przekonanie polskich agencji badawczych, aby przyznały nam środki umożliwiające wprowadzenie testu na skalę masową oraz na jego udoskonalenie. 

Centrum Zaawansowanych Technologii wyposażone jest w nowoczesną biodrukarkę 3D. Trwają prace nad stworzeniem za jej pomocą implantu łąkotki. Czy naprawdę istnieje szansa, że człowiek będzie w stanie wydrukować tkankę czy wręcz narząd? 

Tak! Problemem jest już tylko to, jak organizm przyjmie implant. Obecnie ze względu na epidemię badania te nieco ucichły, ponieważ nasza grupa biotechnologów jest niewielka, ale prawdopodobnie wrócimy do tych badań po wakacjach letnich. 

Drukarka 3D wykorzystywana jest także przez pracowników Centrum do walki z pandemią – drukowania sprzętu medycznego. Dlaczego tak ważne jest, żeby nauka odpowiadała na aktualne potrzeby społeczeństwa i zmieniała rzeczywistość? 

Funkcjonuje u nas cała sieć drukarek 3D, przy pomocy których, we współpracy z przedsiębiorstwami poznańskimi, drukujemy przyłbice oraz adaptery do masek filtracyjnych dla ratowników medycznych. Koronawirus zmobilizował Centrum do dwóch zadań – wspomnianego testu immunologicznego oraz produkcji przyłbic dla ochrony osobistej. Te ostatnie badania przedwdrożeniowe prowadzone są w Zespole Hal Technologicznych CZT UAM z inicjatywy i pod kierownictwem prof. UAM dr hab. Roberta Przekopa. 

W ostatnim czasie zdecydowano się na zastąpienie druku 3D w produkcji przyłbic ochronnych klasyczną metodą z zastosowaniem wtryskarki. Dzięki współpracy z kluczowym partnerem, firmą STER, udało się uruchomić naszą wtryskarkę i doprowadzić do tego, że bardzo łatwo, w ciągu godziny można uzyskać ponad siedemdziesiąt sztuk przyłbic. Członkowie młodego zespołu badawczego prof. Przekopa zaangażowali się w ten projekt jako „wolontariusze”, wpisując się w misję i rolę Uniwersytetu, którą jest działanie na rzecz społeczności lokalnej. Wyprodukowanych kilka tysięcy przyłbic ochronnych zostało przekazanych, m.in. służbie zdrowia, jednostkom edukacyjnym, w tym uniwersyteckim. Otrzymujemy bardzo wiele listów z podziękowaniami od szpitali, straży i szkół.

Jakie wyzwania staną przed Centrum w bliższej i dalszej przyszłości? Czy prace skupiać się będą przede wszystkim wokół działań na rzecz medycyny?

CZT UAM jest multidyscyplinarnym ośrodkiem zajmującym się badaniami, rozwojem i innowacjami (B+R+I), nastawionym na ścisłą współpracę z gospodarką. Rola Centrum jako naukowego partnera innowacyjnego przemysłu, to podejmowanie zadań, prac badawczo-rozwojowych oraz kształcenie kadr naukowo-technicznych dla potrzeb gospodarki. Centrum stanowi istotne ogniwo pomiędzy badaniami podstawowymi i aplikacyjnymi. 

Badania w Centrum podążają w dwóch zasadniczych kierunkach. Jeden, związany jest z medycyną i zdrowiem, drugi – z nowymi materiałami i technologią chemiczną. Nasza jednostka składa się z części chemicznej wraz z halą technologiczną, części biotechnologicznej wraz ze zwierzętarnią oraz usługowego laboratorium unikalnej aparatury. Mamy specjalistów z kilku dyscyplin naukowych, m.in. chemii, biologii, inżynierii materiałowej, których łączy przestrzeń laboratoryjna. Idea prof. Bogdana Marcińca – twórcy i pierwszego dyrektora CZT, która pojawiła się piętnaście lat temu, teraz procentuje. 

Naszym najważniejszym celem jest doprowadzenie do współpracy różnych ośrodków badawczych Wielkopolski. Placówka ma trzy główne zadania: badania podstawowe, badania stosowane i komercjalizację, jest więc mostem łączącym naukę z przemysłem w regionie. 

To trudne wyzwanie szczególnie na klasycznym uniwersytecie, gdzie większość pracowników zaangażowana jest w badania podstawowe i karierę akademicką – doktoraty, habilitacje i profesury. Badania stosowane nie należą jeszcze u nas do popularnych. Centrum ma na celu przełamanie tej tendencji, co robimy we współpracy z Politechniką Poznańską i Uniwersytetem Medycznym. W ubiegłym roku, już po raz drugi, znaleźliśmy się na zaktualizowanej Polskiej Mapie Infrastruktury Badawczej. To duże osiągnięcie, dające nam szansą uczestniczenia w konkursach badawczych dedykowanych jednostkom z Mapy. Naszym hasłem są technologie przyrostowe i inżynieria biomedyczna. 

Czym wyróżnia się Centrum Zaawansowanych Technologii na tle podobnych placówek?

Przede wszystkim doświadczoną i kreatywną kadrą naukowo-badawczą, tym, że funkcjonujemy na Uniwersytecie na kampusie Morasko oraz współpracą z konsorcjantami – Politechniką Poznańską, Uniwersytetem Medycznym, Uniwersytetem Przyrodniczym, Instytutem Chemii Bioorganicznej PAN oraz przede wszystkim z naszymi najbliższymi sąsiadami – Wydziałem Chemii i Wydziałem Biologii UAM. Po drugie, jednostka dysponuje zaawansowaną infrastrukturą badawczą, w tym laboratorium unikalnej aparatury wykonującym usługi badawcze. Po trzecie, mamy nowoczesne zaplecze laboratoryjne, hale technologiczne, zwierzętarnię i szklarnię, które służą nie tylko naszemu uniwersytetowi, ale wszystkim konsorcjantom. Centrum jest miejscem syntezy, badania i testowania nowych materiałów i biomateriałów. W końcu – taką mam nadzieję – jesteśmy skutecznym partnerem do współpracy z gospodarką. 

CZT jest otwartą placówką, w której każdy może wykonywać lub zlecić swoje badania. Jesteśmy otwarci i chętni na współpracę. Działamy w służbie Wielkopolsce. 

Klika lat temu zagnieździła się u Państwa firma Selvita?

Tak, jest to doświadczona już firma syntetyzująca związki organiczne. W budynkach CZT zajmuje laboratoria o powierzchni ponad pięciuset metrów kwadratowych. Nie tylko wynajmuje u nas pomieszczenia, ale także korzysta z unikalnej aparatury badawczej. Nie jest to jedyna jednostka zewnętrza w budynkach CZT UAM. Wiele firm z branży chemicznej i biotechnologicznej wynajmuje znajdujące się tu przestrzenie i prowadzi swoją działalność. 

Podsumowując CZT UAM to: doświadczona i kreatywna kadra naukowo-badawcza, jednostka naukowa dysponująca nowoczesną infrastrukturą badawczą, zaplecze laboratoryjne, w tym hale technologiczne i zwierzętarnia służące opracowaniu i testowaniu technologii i biotechnologii nowych materiałów oraz skuteczny partner dla rozwoju innowacyjnego biznesu.

wtorek, 16 czerwiec 2020 16:47

Optyk na Łazarskim ciągle modny

z Wieńczysławem Blochem rozmawia Maja Netter

„Bloch Optyk” z powodzeniem funkcjonuje na poznańskim rynku od ponad 25 lat. Dziś w mieście działa pięć salonów optycznych oraz sklep internetowy. Jak to się zaczęło?

Zaczęło się na Łazarzu w 1995 roku od jednego salonu mieszczącego się na 25 metrach kwadratowych. Z biegiem lat zwiększaliśmy powierzchnię do ponad 100 metrów, uruchomiliśmy szlifiernię, otwieraliśmy salony w centrach handlowych Avenida i Posnania oraz w Plewiskach. Z każdego z nich jestem dumny, ale wielką radość sprawia mi też fakt, że cały czas jesteśmy w miejscu, gdzie firma powstała, czyli na Rynku Łazarskim 4.

Salon optyczny Bloch Optyk odwiedzają liczne osobistości ze świata polskiego show biznesu. Państwa okulary noszą m.in. Katarzyna Bujakiewicz, Małgorzata Ostrowska czy Andrzej Piaseczny. Wielu powraca i zostaje Państwa stałymi klientami.
Co cenią sobie w Państwa salonach? 

Myślę, że nie tylko osoby z show biznesu zostają naszymi stałymi klientami. Kluczem do sukcesu jest budowanie relacji z odwiedzającymi nasze salony. Wszystko zaczyna się od uśmiechu. Staramy się wsłuchiwać w ich potrzeby i doradzać najlepsze rozwiązania, a przede wszystkim chcemy, by czuli się u nas jak w gronie bliskich osób – bo klienci i pracownicy Bloch Optyk to prawie rodzina. 

Z uwagi na zagrożenie epidemiologiczne sporo się dziś mówi o możliwości zakażenia koronawirusem przez oczy. Czy można skutecznie je chronić?

Jest jeszcze trochę niewiadomych związanych z przenoszeniem koronawirusa, ale wielu specjalistów zwraca uwagę, iż noszenie okularów pomaga zapobiegać zakażeniu. Stanowią one bowiem mechaniczną barierę oraz uniemożliwiają przypadkowe dotkniecie oczu. Dlatego osoby, które na co dzień nie noszą okularów dobrze by je zakładały na czas wychodzenia z domu – oczywiście w ich przypadku mówimy o tzw. zerówkach czyli soczewkach bez korekcji. 

Pamiętajmy także o regularnym czyszczeniu okularów, zwłaszcza po powrocie do domu – nie należy używać do tego płynów na bazie acetonu czy alkoholu, by nie uszkodzić oprawek i powłoki antyrefleksyjnej, a jedynie płynów do dezynfekcji lub ciepłej wody z mydłem czy innym detergentem.

Z pewnością obserwuje Pan zjawisko mody na okulary. Jakie marki i modele są obecnie najmodniejsze, co się nosi?

Nosimy teraz duże oprawy, one są najpopularniejsze. Wraca moda na model Aviator, bardzo modny w latach 80. i 90., zresztą generalnie widać w modzie powrót do tamtych czasów. Atrakcyjny jest styl, który moglibyśmy określić jako „paryski” – kabriolety i tego typu klimaty. Bardzo charakterystyczne modele posiadają w swojej kolekcji marki Chloe i Dior. 

Nie każdy jednak przy wyborze okularów kieruje się modą, w przypadku okularów słonecznych wiele osób bardzo docenia markę Maui Jim, która ma soczewki z najlepszą na świecie ochroną oczu przed szkodliwym promieniowaniem. Okulary powstały na Hawajach, co samo w sobie może stanowić rekomendację – chronią i jednocześnie zapewniają największy komfort widzenia w słoneczne dni, uwypuklając piękno i różnorodność kolorystyczną przyrody.

Czy okulary wciąż wygrywają z soczewkami kontaktowymi? 

IMG 0524Soczewki kontaktowe zawsze powinny łączyć się z okularami, ponieważ są sytuacje, w których nie powinno się ich używać (np. w czasie przeziębienia, alergii czy podrażnienia oczu). Zarówno soczewki kontaktowe, jak i okulary mają swoich zwolenników, ale wybór soczewek coraz rzadziej jest motywowany niechęcią do okularów. Oprawy są teraz tak ładne, że traktujemy je już prawie jak biżuterię, a zaawansowane technologie optyczne powodują, że jesteśmy w stanie zrobić estetyczne, lekkie okulary nawet przy dużych mocach korekcji wzroku.

Żyjemy w czasach, w których wiele godzin dziennie spędzamy przed komputerem i często nie mamy możliwości skrócenia tego czasu z uwagi na wykonywaną pracę. Problem dotyczy także dzieci. Jak dbać o wzrok, gdy nie możemy sobie pozwolić na redukcję czasu spędzanego przed monitorem? 

Wybierając soczewki okularowe warto zdecydować się na takie, które mają powłokę filtrującą światło fioletowo-niebieskie, które delikatnie ocieplają obraz, redukując zmęczenie oczu, bóle głowy i problemy z zasypianiem po wielogodzinnym „naświetlaniu się” zimnym światłem z ekranów czy oświetlenia ledowego. Gdy mamy konieczność wielogodzinnej pracy w bliży czyli np. przed monitorem komputera, warto ustawić sobie przypomnienie w telefonie, by co 20 minut spojrzeć w dal (przynajmniej na 6 metrów), aby rozluźnić spiętą akomodację. A w przypadku osób dorosłych możemy dodatkowo zastosować soczewki relaksacyjne, które odciążają układ wzrokowy przy pracy w bliskich odległościach. 

Jakie Pan nosi okulary?

Nie mam jednej ulubionej marki. Lubię je co jakiś czas zmieniać, co też zawsze odmienia lekko nasz wygląd. Jednak wybieram najlepsze soczewki, ponieważ musimy pamiętać, że to one decydują o naszym komforcie widzenia. W moim wieku potrzebuję już soczewek progresywnych czyli takich, w których korekcja płynnie przechodzi od tzw. dali, przez odległości pośrednie do bliży, a najnowocześniejsze konstrukcje zapewniają szerokie pole widzenia we wszystkich odległościach. Mam oczywiście wielowarstwową powłokę antyrefleksyjną, powłokę redukującą światło niebieskie do pracy przy komputerze oraz powłoki użytkowe, zapewniające łatwe i komfortowe czyszczenie oraz szybkie odparowywanie, co w obecnych czasach jest bardzo przydatne.

wtorek, 18 luty 2020 23:14

Podniebne plany

O projekcie „AEROSFERA. Lotnisko rzeczy” z Jego Magnificencją Rektorem Politechniki Poznańskiej
prof. dr hab. inż. Tomaszem Łodygowskim, Krzysztofem Maciejewskim zastępcą dyrektora Aeroklubu Poznańskiego im. Wandy Modlibowskiej oraz dr inż. Cezarym Mazurkiem pełnomocnikiem dyrektora IChB PAN ds. Poznańskiego Centrum Superkomputerowo-Sieciowego, rozmawia Mariola Zdancewicz.

Jesteśmy po obchodach rocznicy, która zdarza się raz na 100 lat i pod tym względem wyróżnieni. Jak Pan ocenia ten szczególny jubileusz? 

TŁ: Wszystkie zaplanowane uroczystości udało się sprawnie i godnie przeprowadzić. Uroczystość główna była prawdziwie akademicka, cieszyliśmy się z obecności wszystkich gości, którzy przyjęli zaproszenie. Nasza społeczność akademicka, była usatysfakcjonowana formą obchodów, jaką zaproponowaliśmy, z czego również jesteśmy bardzo zadowoleni.

Miał Pan to szczęście być właśnie wtedy rektorem..

…jest to swego rodzaju wyzwanie, ale i przyjemność. 

Wydarzeń związanych ze stuleciem było wiele, przewijały się przez cały rok. 

Pod koniec jubileuszowego roku miałem także wykład w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk, była to prezentacja na temat trudnych początków uczelni, najwcześniejszych lat jej funkcjonowania i wieloletnich utrudnień. Rada powstańcza była inspiratorem idei powstania uczelni. Potrzeba była zasadniczym powodem powołania Wydziału Budowy Maszyn. Pierwsi kandydaci na studia musieli mieć roczne doświadczenie praktyczne, najczęściej w zakładach Cegielskiego. My, po stu latach mówimy o studiach dualnych, połączeniu praktyki z nauką, a to pojawiło się u nas już na początku drogi! Z pierwszego rocznika do końca dotrwało tylko sześć osób, a przyjętych było dwudziestu ośmiu. Do II wojny światowej dyplom zdobyło siedmiuset szesnastu absolwentów.

Należy pamiętać, że sto lat w kontekście tradycji akademickich to niewiele, ale wystarczyło nam na zbudowanie w miarę silnego potencjału akademickiego, mamy z czego być dumni. 

Rzeczy dzieją się dalej, w związku z tym chcę zapytać o to, co najnowsze. Koniec ubiegłego roku zaowocował otrzymaniem dofinansowania od Zarządu Województwa na realizację projektu „AEROSFERA. Lotnisko rzeczy”, który realizowany jest przy współpracy z Instytutem Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk (Poznańskim Centrum Superkomputerowo-Sieciowym), Aeroklubem Poznańskim im. Wandy Modlibowskiej oraz Andrzejem Szymańskim „LARS”...

Nie ma wątpliwości, że lotnictwo jest u nas wiodącą gałęzią przemysłu, a to dlatego, że wszystko, co w technice trudne, najpierw pojawić się musi właśnie w lotnictwie. Elementy związane z eksponowanym dzisiaj przemysłem 4.0 czy bezpieczeństwem muszą być na odpowiednio wysokim poziomie. Stąd pomysł na Aerosferę, która łączy wiele elementów. Jednym z nich są szkolenia lotnicze, które nas interesują, ponieważ prowadzimy takie kierunki, jak lotnictwo i kosmonautyka. A to tylko część projektu, w jego ramach podjęte zostaną także zagadnienia z zakresu bezpieczeństwa lotnictwa, transportu lotniczego, czyli kwestie, które są przyszłością gospodarki.

Nie chcemy zapominać o ludziach, bo samolot musi mieć pilota, tak jest dzisiaj i będzie przez następne kilkadziesiąt lat. Mamy jednak świadomość – i ten kontekst także jest elementem Aerosfery – że samoloty mogą latać bez pilotów. Główną przeszkodą jest psychika pasażerów, trudno nam się przyzwyczaić do myśli, że samolot może lecieć sam, ale wiemy już, że technicznie jest to jak najbardziej możliwe i jesteśmy w stanie to zrobić. Projekt dotyczy też między innymi zaproponowania nowych metod obsługi transportowej samolotów, przy użyciu specjalnych pojazdów bezobsługowych. Na przestrzeni lotniska wszystko można przewidzieć – jak ma wyglądać ruch, gdzie będą podjeżdżać wózki – i wszystko to da się zrobić bez dodatkowych nakładów ludzkich. Trzeba jednak mieć informatykę, automatykę i robotykę na odpowiednio wysokim poziomie. 

To samo dotyczy obsługi dronów, ale także innych – na lotnisku możemy testować to, co wynika z naszej współpracy z przemysłem, czyli autonomiczne pojazdy. Miejsce testów musi być bezpieczne, więc lotnisko nadaje się do tego idealnie. 

Jakie możliwości projekt daje pracownikom i studentom Politechniki?

Tworzy pole do popisu jednym, jak i drugim. Wśród studentów mamy osoby pasjonujące się nowoczesnymi kierunkami i dla których Aerosfera to ogromna szansa rozwoju, lepszej pracy naukowej oraz możliwość testowania swoich pomysłów w idealnych warunkach.

Prowadzimy kilka specjalności, na przykład lotnictwo i kosmonautyka, które będą mogły korzystać z projektu, mamy specjalności związane z napędami i wszystkim tym, co związane z budową dronów czy ich oprogramowaniem. 

Planujemy także budowę stacji – obserwatorium astronomicznego w obrębie lotniska. Mamy już jedno takie obserwatorium na Piotrowie, będące wielkim osiągnięciem naszych kolegów z automatyki i robotyki. Urządzenia optyczne w nim użyte zostały kupione, ale całe sterowanie jest ich pomysłem. Przebijają się ze swoimi projektami do Unii Europejskiej czy Europejskiej Agencji Kosmicznej. Planujemy też zbudować podobne obserwatorium na terenie lotniska, dające możliwość sterowania i oglądania obiektów, które latają w kosmosie, a wraz z kolegami z Ukrainy – budujemy właśnie nanosatelitę. Obserwowanie ich przebiegów jest w zasięgu ręki. 

Nasze szeregi zasilają także eksperci, którzy prowadzą kursy dotyczące sterowania pojazdami autonomicznymi. 

To projekty przyszłościowe, ale żeby je rozwijać trzeba środków. Nie da się tego robić bez pieniędzy. I nie mam tu na myśli tylko pasjonatów, którzy wykonują innowacyjne prace i powinni zarabiać pięciokrotnie więcej. Środki są potrzebne przede wszystkim na to, żeby przygotować zaplecze techniczne. 

Jest to szansa, i obyśmy ją umieli wykorzystać. Dofinansowanie, które udało nam się otrzymać z Urzędu Marszałkowskiego, jest znaczące, ale nie załatwia sprawy na dłuższy okres. 

 


 

Czym jest projekt „AEROSFERA. Lotnisko rzeczy“ z perspektywy Aeroklubu Poznańskiego?

KM: Projekt AEROSFERA wpisuje się w plan rozwoju lotniska. Dla lotniska w Kąkolewie to szansa stworzenia unikatowej infrastruktury badawczej. Przykładem może być planowana budowa profesjonalnego oświetlenia pasa startowego, które z jednej strony służyć będzie do testów i prac poligonowych, z drugiej zaś będzie miało zastosowanie praktyczne i użytkowe. Pozwoli to na prowadzenie szerszej działalności Aeroklubu w zakresie szkoleń lotniczych, obsługi ruchu lotniczego poprawiając tym samym bezpieczeństwo wykonywania operacji lotniczych.

W obszarze zainteresowań projektu znajduje się szereg tematów, które równocześnie wpisują się w zakres działalności Aeroklubu. Tu za przykład mogą posłużyć: organizacja, funkcjonowanie i eksploatacja infrastruktury lotniskowej, nadzór i kontrola lotów, czy też bezpieczeństwo wymienionej już infrastruktury i stref ruchu lotniczego. 

Jestem przekonany, że to powstanie w ramach AEROSFERY służyć będzie także operatorowi lotniska w codziennej pracy.

Czy zmodernizowane lotnisko w Kąkolewie będzie dostępne dla wszystkich? Kto będzie mógł korzystać?

Dostępność lotniska wynika z jego statusu. Od ubiegłego roku Kąkolewo (kod ICAO: EPPG) posiada status lotniska publicznego. Dzięki temu będzie dostępne dla statków powietrznych General Aviation. Prowadzona będzie działalność komercyjna związana z ich obsługą, a dzięki dobrej komunikacji z Poznaniem drogami szybkiego ruchu A2 i S5, Kąkolewo może stać się alternatywą dla małego ruchu lotniczego w obliczu rosnącego obciążenia operacjami samolotów liniowych i czarterowych lotniska Poznań-Ławica.

 


 

 

zdjecieCzym jest projekt „AEROSFERA. Lotnisko rzeczy” z perspektywy Poznańskiego Centrum Superkomputerowo-Sieciowego?

CM: Od ponad 25 lat PCSS realizuje misję rozwoju zastosowań technologii informacyjno-komunikacyjnych w obszarze cyfrowej nauki, cyfrowej gospodarki i innowacyjnego społeczeństwa.

W nurt ten wpisują się także zastosowania w lotnictwie nowej generacji. Stopniowe zwiększanie poziomu wsparcia lotnictwa w zakresie automotyzacji, robotyzacji, wirtualizacji i systemów cyber-fizycznych, w tym bezzałogowych statków powietrznych, stanowi podstawę do budowania coraz bardziej zaawansowanych systemów informatycznych. 

W takim procesie niezwykle istotny jest dostęp do infrastruktury badawczej, która może stanowić laboratoryjne środowisko prowadzenia prac badawczych i rozwojowych łącznie w przestrzeni fizycznej oraz w wirtualnej domenie przechowywania i przetwarzania dużych ilości danych (Big Data).

W ramach projektu „AEROSFERA. Lotnisko rzeczy” PCSS planuje wykorzystać możliwości nowej przestrzeni eksperymentalnej i laboratoryjnej na lotnisku w Kąkolewie połączonej z infrastrukturą sieci naukowej PIONIER oraz usługami gromadzenia i przetwarzania danych. Dzięki temu otwierają się kolejne obszary zastosowań nowoczesnej infrastruktury obliczeniowej oraz wizualizacyjnej PCSS. Efektem bliskiej współpracy ekspertów z zakresu lotnictwa i zaawansowanych technologii będą nowe, bezpieczne i wydajne rozwiązania również dla kontroli ruchu lotniczego z uwzględnieniem wielu wyzwań związanych z zastosowaniami dronów w najbliższej przyszłości.

W PCSS wykorzystujemy ogromny potencjał infrastruktury teleinformatycznej i wielu dedykowanych laboratoriów, w tym floty bezzałogowych statków powietrznych, które są podstawą innowacyjnych zastosowań m.in. w rolnictwie, logistyce i edukacji. Wspólnie z Politechniką Poznańską i Polską Agencją Żeglugi Powietrznej podejmujemy ogromne wyzwanie współtworzenia innowacyjnych cyfrowych usług i rozwiązań dla lotnictwa nowej generacji w ramach inicjatywy NaviHUB. 

Jakie technologie i rozwiązania służące studentom Politechniki Poznańskiej zostaną wprowadzone?

PCSS współpracuje z Politechniką Poznańską stwarzając zarówno studentom, jak i pracownikom naukowym dogodne warunki współpracy z wykorzystaniem potencjału e-infrastruktury, bazy laboratoryjnej oraz doświadczeń w zakresie realizacji projektów badawczo-rozwojowych. Prowadzimy ciągłe programy praktyk i staży w obszarach zastosowań robotyki, sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwa. Oferta ta zostanie rozbudowana w związku z uruchamianym projektem w zakresie zaawansowanych systemów Internetu Rzeczy, efektywności energetycznej oraz zaawansowanej wizualizacji.

Co obejmować będzie nowoczesna baza laboratoryjna PCSS?

W hangarze o powierzchni ok. 1500 m2 mamy ponad 500 m2 laboratoriów, których tematyka obejmuje najważniejsze składniki nowoczesnej infrastruktury lotniska. Budujemy więc zaplecze badawcze m.in. dla technologii autonomicznych, energooszczędnej infrastruktury, bezpieczeństwa i ochrony eksploatacji, systemów kontroli lotów.

W ramach nowych laboratoriów PCSS planowane są prace B+R oraz nowe obszary zastosowań bezzałogowych statków powietrznych w zakresie lotnictwa, w tym nowe aplikacje i systemy teleinformatyczne do monitorowania i kontroli lotów dronów, monitoring stanu psychofizycznego pilotów i kontrolerów, rolnictwa precyzyjnego i budownictwa precyzyjnego,ochrony środowiska, klimatu i leśnictwa, logistyki i transportu oraz energetyki.

Z panią dyrektor Instytutu Zachodniego dr Justyną Schulz rozmawia Mariola Zdancewicz

Instytut Zachodni powołano w trakcie wojny, w grudniu 1944 roku, zatem założyciele podjęli się współpracy z agresorem. W jakim celu został powołany?

W 1944 roku osoby będące urzędnikami Polskiego Państwa Podziemnego, podlegające rządowi w Londynie, powołały Instytut Zachodni w celu przygotowywania procesu włączania ziem zachodnich i północnych w granice Polski. Osoby te związane z prof. Zygmuntem Wojciechowskim już w czasie wojny, podczas seminariów na tajnych kompletach prowadziły zajęcia na temat przesunięcia naszej przyszłej granicy na zachód. 

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.