Redakcja

poniedziałek, 26 październik 2020 20:13

Jest w orkiestrach dętych jakaś siła...

z kapelmistrzem Orkiestry Miasta Poznania przy MPK Poznań Sp. z o. o. Jarosławem Goerlichem rozmawia Mariola Zdancewicz

W tym roku Orkiestra Miasta Poznania przy MPK świętuje 65-lecie istnienia...

Orkiestra zawiązała się po różnych próbach kształtowania w latach 1952-1954. Na początku był zespół smyczkowy, następnie pojawił się akordeon, ale to nie była jeszcze namiastka orkiestry dętej. Była też zmiana dyrygenta, znalazł się człowiek, który pozwolił nabrać wiatru w żagle. To emerytowany kapitan wojska polskiego Zygmunt Woźniewicz, który pracował już wcześniej z orkiestrami. Stopniowo zaczął wprowadzać zmiany w kierunku utworzenia orkiestry dętej. W tamtych czasach dostęp do tego typu instrumentów nie był łatwy, na początku pożyczano je z różnych instytucji, część zakupiła działająca przy MPK rada zakładowa. Tak rozpoczęła się nasza historia. Za datę utworzenia orkiestry uważa się dzień pierwszej próby, czyli 7 stycznia 1955 roku. Już w tym samym roku zespół brał udział w uroczystościach pierwszomajowych. Na początku trzon muzyków stanowili pracownicy MPK...

A  dzisiaj?

A dzisiaj jest odwrotnie, nie ma nikogo. Kiedyś muzykowanie było bardzo popularne. Każdy kto miał możliwość uczenia się gry na jakimkolwiek instrumencie, praktykował to i wykorzystywał. Nawet jeśli nie zajmowano się tym zawodowo, a z reguły tak było, muzykowano w różnego rodzaju zespołach. Nie było telewizji, radia, a gra na instrumencie była formą rozrywki, spędzenia czasu w towarzystwie, które łączyła wspólna pasja. Dlatego też prawie każdy z pracowników umiał coś na instrumencie zagrać. 

Tak to funkcjonowało przez kilkanaście lat. Pan Woźniewicz przeszedł na emeryturę i 1 lutego 1968 roku orkiestrę objął poznański muzyk, pedagog i aranżer Marian Frankowski, którego znała większość osób związanych ze środowiskiem muzycznym w naszym mieście. Pracował w Teatrze Muzycznym oraz Zespole Szkół Muzycznych na Głogowskiej. Jako muzyk-pedagog miał styczność z młodzieżą, kiedy więc stopniowo starsza generacja odchodziła, Frankowski zachęcał młodzież do wstąpienia w szeregi orkiestry. Ukończenie muzycznej szkoły średniej gwarantowało coraz lepszy poziom artystyczny. Im więcej osób z wykształceniem muzycznym pojawiało się w zespole, tym bardziej poziom zaczynał rosnąć. Jako młody człowiek – był koło czterdziestki, kiedy obejmował orkiestrę – pan Marian miał myślenie postępowe. Zmieniał repertuar, wprowadzał nowocześniejsze opracowania, sam umiał aranżować, przekładać określony rodzaj muzyki na orkiestrę dętą. Sporo takich opracowań znalazło się w repertuarze orkiestry. Pojawiła się wtedy moda adaptowania muzyki klasycznej, co stanowiło spore pole do popisu. Sukcesywnie zmieniał też skład zespołu, poziom rósł. 

W międzyczasie dołączyłem do orkiestry jako muzyk. Uczyłem się wówczas na Głogowskiej. Dwa lata odsłużyłem w wojsku w orkiestrze reprezentacyjnej. Po służbie zapukałem do drzwi pana Mariana i… zostałem przyjęty do orkiestry. Po ukończeniu średniej szkoły poszedłem na studia, wtedy też pan Marian zaproponował mi praktykowanie jako dyrygent. Uczyłem się od praktycznej strony, poznawałem nie tylko zagadnienia muzyczne – przy tak dużym zespole pojawia się mnóstwo kwestii organizacyjnych, administracyjnych, czy prawnych, w których należy się orientować. 

W październiku 2002 roku objąłem orkiestrę już oficjalnie, wcześniej byłem drugim dyrygentem, aż w końcu zamieniliśmy się rolami ze względu na stan zdrowia mojego poprzednika. Dwa lata później pan Marian odszedł i zostałem sam. Stanąłem więc przed faktem organizacji wielkiego jubileuszu – w 2005 roku orkiestra świętowała 50-lecie. Było to moje pierwsze poważne wyzwanie. Postanowiłem zaprosić na uroczystość Marka Seyfrieda – nieżyjącego już dyrygenta orkiestry z Krakowa przy Hucie Sędzimira, z którym zarówno Marian Frankowski jak i ja, utrzymywaliśmy kontakty. 

Skład orkiestry cały czas się zmieniał, dochodzili nowi muzycy, którzy nie pracowali w zawodzie. Jeszcze za czasów pana Mariana przybyło sporo muzyków-emerytów z orkiestry wojskowej. Kiedy przejąłem „dowództwo” w orkiestrze, miałem do czynienia z osobami starszymi od siebie, trzeba było nauczyć się w tym odnajdywać. Starałem się to robić spokojnie, z kulturą i wyczuciem, to przecież właśnie oni tworzyli tę orkiestrę. Współpraca układała się, czas upływał i niebawem minie dwadzieścia lat, odkąd zacząłem prowadzić zespół...

W lutym Orkiestra zagrała jubileuszowy Koncert Galowy w Auli UAM... Proszę opowiedzieć o tym wydarzeniu.

Koncerty jubileuszowe rządzą się swoimi prawami. Zawsze staramy się przy ich okazji „przemycić” coś wyjątkowego, na przykład utwory z solistami, z którymi orkiestra współpracuje od dłuższego czasu, np. z Teatru Wielkiego i Teatru Muzycznego. 

Na pierwszym jubileuszu, który przyszło mi organizować zaprosiłem jako gościa specjalnego poznańskiego muzyka-akordeonistę pana Wiesława Prządkę. Na drugim, czyli 55-leciu wystąpił z nami chór Teatru Wielkiego. Na 60-leciu w roli dyrygenta pojawił się Krzesimir Dębski, który napisał dla nas specjalny utwór oraz grupa tancerek z poznańskiej Szkoły Baletowej. 

Na tegoroczny jubileusz zaprosiliśmy poznańską piosenkarkę młodego pokolenia Kasię Wilk. Pisaniem aranży, przełożeniem muzyki pani Kasi na orkiestrę dętą zajął się mój zastępca Tomasz Kaniewski. Koncert był podzielony na dwie części. Pierwsza była nieco klasycyzująca, w drugiej pokazaliśmy siebie od zupełnie innej strony. Koncert prowadzony był przez Zbyszka Grochala i Radka Elisa.

Nakręciliśmy też z tej okazji coś w stylu teledysku – ekipa filmowa wybrała się z nami tramwajem ze Zwierzynieckiej na Ogrody i z powrotem, na trasie oczywiście graliśmy. Kilka ujęć sfilmowano też na naszej sali prób. Filmik nosił tytuł „Współbrzmienie” i pojawił się w ramach cyklu „Widziane po drodze” w TVP, w którym emitowane są wydarzenia kulturalne z regionu.

Krótko po tym wielkim muzycznym święcie wybuchła pandemia. Jak z trudnymi realiami tegorocznej wiosny i lata radziła sobie grupa tak silnie wpisana w życie miasta, które na dłuższy czas właściwie zamarło? 

Można powiedzieć, że orkiestra też zamarła. W marcu, kiedy ogłoszony został lockdown, siłą rozporządzeń zmuszeni byliśmy odwołać wszystkie próby. Kolejne rozpoczęliśmy dopiero w drugiej połowie czerwca, już nie na Słowackiego, bo tam jest bardzo mało miejsca. Spotykaliśmy się na dworze, w obrębie zajezdni na Franowie, są tam duże tereny, które wykorzystaliśmy na próby marszowe. 

Już w sierpniu na Święcie Bamberskim mogliśmy zaprezentować to, co udało się wyćwiczyć. Wszystkie inne uroczystości były odwoływane, albo obchodzone w bardzo okrojonym składzie. 

Mieliśmy w planach drugi koncert jubileuszowy czy też cykl koncertów. Zaplanowany był na kwiecień, więc niestety nie mógł się odbyć. 

W lipcu z kolei miała być trzecia edycja koncertów w Parku Wilsona, też została odwołana, nikt nie chciał brać odpowiedzialności, nie wiadomo było ile publiki się pojawi. 

Może uda nam się coś zorganizować na jesień, jeśli będzie sprzyjająca koniunktura. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy już normalnie funkcjonować. A póki co odbywają się próby, skupiamy się na przygotowywaniu nowych rzeczy.

A jak wypadła parada pojazdów MPK? To kolejny wielki jubileusz – 140-lecie komunikacji miejskiej w Poznaniu. 

Pogoda początkowo nie była ciekawa, być może poranne opady wystraszyły trochę Poznaniaków, ale ostatecznie rozpogodziło się i było bardzo przyjemnie.

Tak się składa, że okrągłe jubileusze MPK przypadają zawsze w tym samym roku, co „lecia” orkiestry. Podejrzewam, że nikt tego nie planował, ale wyszło bardzo ciekawie – można się wzajemnie wspierać i wspólnie świętować. Parada miała miejsce na zewnątrz, mogła się więc odbyć, choć pierwotnie miała mieć miejsce w maju. 

Co roku z okazji św. Katarzyny – patronki pojazdów szynowych w kościele Matki Boskiej Bolesnej odbywa się msza, a przed nią orkiestra daje krótki koncert. Myślę, że w tym roku się to odbędzie. Zapraszamy!

Orkiestra zdobywa wiele nagród, doceniana jest w kraju i za granicą. Jaki jest Państwa przepis na sukces?

…To najtrudniejsze pytanie. Trudno podać przepis… Ważni są przede wszystkim ludzie, zaangażowanie, dobry repertuar, ale istotny jest także dobry mecenas, który pozwoli orkiestrze rozwijać się i spełniać te najbardziej podstawowe potrzeby. Naszym mecenasem jest MPK Poznań – utrzymuje orkiestrę na poziomie administracyjnym, lokalowym. Aktywne jest także związane z zespołem stowarzyszenie Akolada, które wspiera nas pod kątem artystycznym, często jest organizatorem koncertów.

Muzyka lubi porządek, jest to nieodzowna cecha tej dziedziny sztuki. Każdy bałagan jest bardzo destrukcyjny i do niczego dobrego nie prowadzi. Materiał dźwiękowy w dużym zespole musi być porządny, dochodzi do tego interpretacja, smak muzyczny. Wszystko to ma wpływ na odbiór orkiestry i jest oceniane podczas wszelkich konkursów, zwłaszcza za granicą. Społeczeństwo na Zachodzie bardzo sobie ceni zespoły takie jak nasz, są one bardziej popularne i doceniane, ludzie znakomicie się bawią przy ich muzyce. Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy takich czasów także w Polsce i muzykowanie przeżyje swój renesans. Naszej młodzieży i dzieciom nie bardzo chce się zmagać z nauką gry na instrumencie, która wymaga dużo cierpliwości, odporności. A szkoda, bo wypracowuje się przy tej okazji cechy charakteru, które są w życiu bardzo potrzebne. 

Mam nadzieję, że moda na muzykowanie, o której Pan wspomniał, wróci. Urodziłam się w małym miasteczku, ale pamiętam z lat dziecinnych, że tam przy każdej okazji grała orkiestra. 

W małych miejscowościach takie zespoły były bardziej doceniane przez społeczeństwo i ówczesne władze. Wiem, że pieniędzy na wszystko brakuje, ale jeśli przestaniemy kultywować tego typu tradycje, nie będzie miał kto zagrać na uroczystości państwowej. 

Proszę sobie wyobrazić, że w samym Poznaniu za moich czasów było dwanaście orkiestr przy różnych zakładach. Kiedy zabierałem się do badań pod kątem pracy magisterskiej na temat orkiestr, było ich już tylko osiem, a gdy już ją pisałem – zostały trzy albo cztery. Zespoły eliminowały się w zastraszająco szybkim tempie, zadziałała przede wszystkim ekonomia...

Stowarzyszenie Akolada, które działa przy naszej orkiestrze, wznowiło cykl koncertów w Parku Wilsona i na Starym Rynku. Kiedyś sprawował nad tym pieczę Polski Związek Chórów i Orkiestr, patronował i prowadził, ale wszystkie te organizacje z braku finansów poupadały. Pomyślałem kiedyś, żeby to reaktywować. Pojawiły się dwie edycje rok po roku przy wsparciu Urzędu Miasta. Udało się reaktywować ideę i ludzie faktycznie zaczęli przychodzić... Warunki są tam doskonałe, świetna akustyka,  to jedna z najlepszych muszli koncertowych w Polsce!

Latem instytucje kulturalne w mieście są zamknięte, więc podobne koncerty są znakomitym sposobem na wypełnienie tej luki. 

Siedzibą Orkiestry jest piękny budynek Domu Tramwajarza przy ul. Słowackiego, który był miejscem integracji wielu pokoleń poznańskich pracowników komunikacji miejskiej. Czy wciąż odbywają się tu próby? Wspomniał Pan o zajezdni na Franowie...

Dom Tramwajarza jest siedzibą orkiestry. Chwilowo jednak przenieśliśmy się na Franowo ze względów bezpieczeństwa, mamy tam do dyspozycji dużo większą salę, możemy zachować spore odstępy między sobą. Naszą bazą wypadową w dalszym ciągu jest ulica Słowackiego. Obecnie budynek nie jest własnością MPK, lecz miasta pod Zarządem Komunalnych Zasobów Lokalowych, a od strony artystycznej administruje nim Estrada Poznańska. Działalność artystyczna w Domu Tramwajarza jest obecnie zawieszona i my też póki co tam nie funkcjonujemy, ponieważ sala, którą mamy do dyspozycji jest niestety zbyt ciasna. 

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi sposób funkcjonowania orkiestry. Nie wszyscy muzycy regularnie chodzą na próby, zależy to od sytuacji życiowej i codziennej pracy. Orkiestra ma status amatorski, nie wiąże się z wynagrodzeniem, muzycy przychodzą więc tak często, na ile pozwala im czas. Sama sala prób to jeszcze nie wszystko, orkiestrze potrzebne są też szatnie, magazyn, biuro, biblioteka... Zespół liczy obecnie pięćdziesięciu jeden muzyków, do tego dochodzą osoby zajmujące się administracją i sprawami technicznymi. Jest nas dużo, ale dzięki temu orkiestra jest dyspozycyjna. Potrzeby lokalowe są jednak dość duże, prawdopodobnie więc trzeba będzie się z  tym wkrótce zmierzyć.

 

z Nadleśniczym Wiesławem Bulińskim z Nadleśnictwa Krotoszyn rozmawia Merkuriusz

Wtajemniczonym Nadleśnictwo Krotoszyn kojarzy się jednoznacznie z dębami…

Absolutnie, dąb w Krotoszynie zajmuje ponad siedem tysięcy hektarów. To prawie czterdzieści procent powierzchni nadleśnictwa. Lasy te nazywane są zwyczajowo  dąbrowami krotoszyńskimi. Należą do najcenniejszych obiektów leśnych w Europie Środkowej, dostarczają  drewno, zachowując jednocześnie unikatowe walory środowiska przyrodniczego. W naszym nadleśnictwie znajduje się jeden z dwóch dużych, liczących ponad cztery tysiące hektarów, zwartych kompleksów lasów dębowych w Polsce.

Wspomniał Pan o cennym drewnie. Czy właśnie z nim wiąże się Giełda Krotoszyńska?

Aukcja Cennego Drewna Dębowego organizowana jest w Krotoszynie od 1990 roku. Było to pierwsze takie wydarzenie w powojennej historii Polski. Sprzedaje się na niej drewno dębowe pochodzące z nadleśnictw zgrupowanych w poznańskiej dyrekcji. Zwykle ponad połowa wystawianego surowca pochodzi z Krotoszyna. Warto wspomnieć, że jest to jedyne w Polsce miejsce, gdzie można kupić drewno w trakcie ustnej licytacji. W styczniu przyszłego roku aukcja odbędzie się już po raz trzydziesty.

Dlaczego zdecydowano się na taką formę sprzedaży?

Przed zmianami ustrojowymi roku 1989 drewno do zakładów przetwórczych dostarczano na podstawie potrzeb ilościowych i jakościowych poszczególnych fabryk. Wszystko odbywało się po cenach regulowanych. Tym samym zasadom podlegało drewno okleinowe. Wraz ze zmianą sytuacji polityczno-gospodarczej możliwe stały się modyfikacje dotychczasowych zasad sprzedaży. Poznańscy leśnicy zdawali sobie sprawę z wyjątkowości surowca. Ten fakt, w powiązaniu ze względami ekonomicznymi, zadecydował o poszukiwaniu najlepszego sposobu sprzedaży.  Warto wspomnieć, że w tym czasie nikt nie potrafił określić wartości takiego surowca „na wolnym rynku”. Ówczesny zastępca dyrektora ds. technicznych Okręgowego Zarządu Lasów Państwowych w Poznaniu, Zbigniew Żywicki, podjął decyzję o zorganizowaniu pierwszej aukcyjnej sprzedaży drewna w powojennej Polsce, która odbyła się 17 grudnia 1990 roku. Ceny były ponad dwukrotnie wyższe od tych uzyskiwanych na rynku krajowym. Stały się one również podstawą do powstania pierwszego komercyjnego cennika na drewno w powojennej historii Lasów Państwowych. Tak rozpoczęła się historia Międzynarodowej Aukcji Cennego Drewna Dębowego, która od 1992 roku odbywa się zawsze w trzeci czwartek stycznia.

Czym odznacza się drewno przeznaczane do sprzedaży na aukcji?

Sprzedajemy tu najcenniejsze kłody pochodzące z normalnych cięć przewidzianych w Planie Urządzenia Lasu. Nigdy nie wyszukuje się najcenniejszych drzew w innych miejscach niż te zaplanowane. Drewno odznacza się równomiernym, wąskim usłojeniem, jednorodną barwą i niewielką ilością wad. Wszystkie te cechy powodują, że jest ono szczególnie cenione w przemyśle okleinowym. Możliwość pozyskania tak interesującej dębiny jest efektem cech genetycznych, specyficznych warunków przyrodniczych oraz pracy wielu pokoleń leśników. Aby podkreślić wyjątkowość surowca pochodzącego z płyty krotoszyńskiej (nadleśnictwa Krotoszyn, Jarocin, Piaski i Taczanów), zarejestrowano znak towarowy „DĄB KROTOSZYŃSKI”, który nabija się na kłodach pochodzących z tego terenu.

Czy wartość dąbrów krotoszyńskich mierzy się tylko cenami drewna?

Jak już wspomniałem, dąbrowy krotoszyńskie należą do najcenniejszych kompleksów leśnych w Europie Środkowej. Decyduje o tym nie tylko, a może nie przede wszystkim, wartość techniczna drzewostanów. Są to lasy wyjątkowe ze względu na skomplikowany układ przyrodniczy, który się tu wytworzył. Osobliwością jest również fakt, że tak żyzne i cenne lasy zachowały się w rolniczym krajobrazie Wielkopolski. Wykształciły się tu ważne siedliska przyrodnicze, głównie grądy i kwaśne dąbrowy zasiedlone przez wiele równie cennych gatunków zwierząt. Naszą wizytówką są dzięcioły. Odnotowano tu osiem z dziesięciu występujących w Polsce gatunków, z dzięciołem średnim na czele. Jest to drugi co do znaczenia (po Puszczy Białowieskiej) obszar występowania tego gatunku w Polsce. Z tych powodów nasze lasy objęto ochroną w ramach dwóch obszarów Natura 2000. Możliwości rozwoju tych złożonych ekosystemów zależą w dużej mierze od podłoża. Nasze dęby rosną na specyficznych, ciężkich i nieprzepuszczalnych glebach, w których nie występuje podsiąk wody gruntowej. Skazane są zatem na gospodarowanie wyłącznie wodą opadową. Z tego powodu nie wykształcają one palowego systemu korzeniowego sięgającego na kilka metrów w głąb ziemi, ale rozwijają go płasko pod powierzchnią, podobnie jak świerki. Dlatego są bardzo wrażliwe na zaburzenia klimatyczne.

Oprócz walorów przyrodniczych w naszych lasach występuje również wiele zachowanych obiektów kultury materialnej. Jednymi z ciekawszych są kurhany z epoki brązu, których mamy ponad sto. Nagromadzenie tych obiektów jest wyjątkowe w skali kraju. Występują  zarówno w skupieniach po kilkadziesiąt, np. cmentarzysko w Smoszewie liczące trzydzieści pięć sztuk, jak i pojedynczo. Zachowanie tych grobowców nienaruszonymi jest dla nas bardzo istotne. Dwa miejsca – cmentarzysko w Smoszewie i kurhany w pobliżu Gliśnicy – są przygotowane do zwiedzania. W Smoszewie odtworzono konstrukcję jednego z kurhanów i zbudowano nad nim kładkę, aby każdy mógł się zapoznać z budową kopca. 

W okolicach Krotoszyna znajdziemy także wiele miejsc związanych z historią regionu, np. Studnię św. Marcina, Dąb Rozdrażewskich, Krzyże Jubileuszowe ustawione w 1933 roku przez Olgierda Czartoryskiego czy liczne pomniki, kamienie i kapliczki upamiętniające zarówno dawnych właścicieli okolicznych majątków, jak i wydarzenia nie tak odległe. Staramy się, aby pamięć o tych miejscach nie zaginęła, np. w tym roku planowaliśmy akcję sadzenia klonów Dębu Rozdrażewskich. Jest to dąb rosnący w miejscu, gdzie według legendy mieli się gromadzić mieszkańcy okolic Krotoszyna, by pod wodzą Jakuba Hieronima Rozdrażewskiego stawiać opór najeźdźcy szwedzkiemu w czasie potopu. Niestety pandemia pokrzyżowała nasze plany.

W lasach nadleśnictwa znaleźć można ponad dwadzieścia pomników przyrody, będą też nowe. O jakich okazach mowa?

Krotoszyńskie pomniki przyrody to przede wszystkim okazałe drzewa, głównie pojedyncze okazy, ale mamy też cztery grupy drzew i jedną aleję. W tym roku zaproponowaliśmy objęcie kolejnych czterech drzew tą formą ochrony. Oprócz tego są również trzy głazy narzutowe.

Jednym z pomników na terenie Nadleśnictwa Krotoszyn jest pewien owiany tajemnicą kamień, zwany “diabelskim”... Czy rzeczywiście jest diabelski?

Z głazem narzutowym w leśnictwie Sokołówka o obwodzie ponad siedemnastu metrów  związana jest  legenda, dzięki której został on nazwany diabelskim kamieniem. Jest to duży okaz, a czy jest diabelski? Dość powiedzieć, że każdy może zobaczyć odciśnięte na nim ślady czarcich kopyt i czarciego „siedzenia”. Warto go odwiedzić, aby poznać legendę zapisaną na tablicy informacyjnej, zgodnie z którą mieszkaniec jednej z okolicznych wsi powinien zostać wpisany do panteonu bohaterów narodowych i... odpowiedzieć sobie na pytanie kim był.

We wrześniu po raz drugi odbyła się akcja #sadziMY z Prezydentem. Jak przebiegła? Ile sadzonek rozdano?

Dzięki inicjatywie Prezydenta RP i Pierwszej Damy każdy mógł posadzić własne drzewko. Była to okazja do zwrócenia uwagi na rolę drzew i lasów w przyrodzie, a także na drewno jako najbardziej ekologiczny surowiec. Ideą akcji jest to, aby sadzonki rozdawane przez leśników trafiły poza las, czyli żeby jak najwięcej drzew pojawiało się w naszym otoczeniu. Każde z tych małych drzewek ma szansę stać się dorodnym przedstawicielem swojego gatunku, wiążąc w czasie wzrostu węgiel z atmosfery i tworząc w swoim otoczeniu korzystne warunki dla innych roślin, grzybów czy zwierząt. Mieszkańcy Krotoszyna i okolic odebrali w tym roku kilkaset sadzonek przygotowanych przez nasze nadleśnictwo.

Jakie priorytety i wyzwania stają dziś przed Państwem?

Od kilku lat obserwujemy znaczne braki w ilości opadów atmosferycznych. Bezśnieżne zimy i gorące lata z niewielką ilością opadów powodują duże zakłócenia w funkcjonowaniu ekosystemów leśnych. Braki wody są tak duże, że nawet rok bieżący, który nie był szczególnie gorący, a opady były powyżej średniej (według danych z naszej stacji meteo do tej pory spadło czterysta sześćdziesiąt pięć milimetrów deszczu), nie poprawił sytuacji. Drzewa zmagają się ze stresem, ich odporność maleje, a ciepłe i suche lata sprzyjają szkodnikom, głównie owadom. Nakręca się spirala chorobowa. Wiadomo, na pochyłe drzewo kozy skaczą. Obserwujemy wzmożone usychanie drzew, które musimy możliwie szybko usuwać z lasu, aby szkodniki w nich się rozwijające nie zabijały kolejnych. To duże wyzwanie. Ciągle liczymy na to, że następna zima będzie śnieżna i pozwoli rozpocząć proces odbudowy zasobów wody w glebie.

Aby przeciwdziałać problemowi suszy, aktywnie włączamy się w programy budowy małej retencji nizinnej. Stawiamy zastawki, budujemy zbiorniki wodne i mokradła, krótko mówiąc staramy się zatrzymać jak najwięcej wody w lesie. 

Wyzwaniem jest także komunikacja ze społeczeństwem. Coraz więcej ludzi interesuje się lasem i często każdy ma swoje cele z nim związane. Intencje różnych grup interesariuszy są często sprzeczne ze sobą. My musimy próbować to wszystko pogodzić, znajdując złoty środek. Cały czas staramy się prowadzić trwale zrównoważoną gospodarkę leśną tak, aby nieprzerwanie dostarczać na rynek drewno, jednocześnie nie powodując utraty leśnych walorów przyrodniczych. Warto zwrócić uwagę na fakt, że żadnej powierzchni, z której wytniemy drzewa nie porzucamy i na każdej z nich możliwie szybko wprowadzamy nowe pokolenie. To powoduje oczywiście pewne zakłócenia krajobrazu, ale rany szybko się zabliźniają. Nasze lasy są certyfikowane przez organizacje międzynarodowe, które potwierdzają, że gospodarujemy w nich zgodnie z najwyższymi standardami. Potwierdzeniem prawidłowej gospodarki w naszych lasach są również wyniki inwentaryzacji zasobów leśnych wykonywanej co dziesięć lat przed sporządzeniem Planu Urządzenia Lasu. Z dekady na dekadę wzrasta zapas drewna na pniu, średni wiek drzewostanów, ilość martwego drewna w lesie etc. Liczby te są dowodem na to, że pomimo ciągłego użytkowania, las nie musi tracić wartości przyrodniczej. Funkcje gospodarcze, społeczne i przyrodnicze da się pogodzić. To w krotoszyńskich lasach gospodarczych wyznaczono obszary Natura 2000, sześć rezerwatów, ponad dwadzieścia pomników przyrody. To pod ich sklepieniem ukryte są skarby kultury materialnej, jak wspominane kurhany. Zatem nie trzeba się martwić, bo nasze lasy są w dobrych rękach.

Ten rok to także wyzwania związane z pandemią COVID-19. Zwiększa się niepewność otoczenia gospodarczego, co przekłada się na konieczność podejmowania działań zabezpieczających ciągłość funkcjonowania nadleśnictwa.

poniedziałek, 26 październik 2020 20:07

Ambasadorzy

z płk prof. Mieczysławem Strusiem herbu Korczak, Wiceregentem Unii Polskich Ugrupowań Monarchistycznych, rozmawia Mariola Zdancewicz

W sobotę 5 września w Bazylice Mniejszej w Szamotułach odbyła się sto siedemdziesiąta druga Inwestytura Królewskiego Orderu Św. Stanisława Biskupa Męczennika, połączona z obchodami pięćdziesiątej rocznicy Koronacji Cudownego Obrazu. Organizatorami wydarzenia była Konfraternia Środkowo-Pomorska oraz Konfraternia Szlachecka.

Jesteśmy po uroczystości Inwestytury. Jakie wartości przyświecają ludziom, którzy dziś są tu obecni?

To pytanie fundamentalne. Każda aktywność życiowa, każde zadanie musi być wykonywane z sercem, wtedy kończy się sukcesem. Życie ludzkie jest pasmem zarówno triumfów, radości, jak porażek. Jeśli człowiekowi przyświecają wartości wywodzące się z Dekalogu, wtedy łatwiej jest je pokonać, ale także prościej jest osiągać sukcesy i radować się nimi, tak jak dzisiaj robią uczestniczący w wydarzeniu ludzie z całej Polski. Śladem Świętego Stanisława Biskupa Męczennika przybyli, żeby oddać mu hołd. 

Uważam, że Polacy jako Naród są wybitnie tolerancyjni, przez całe wieki do Rzeczypospolitej garnęli się ludzie z północy, ze wschodu, zachodu i południa jak do Ziemi Obiecanej. Panowały tu odpowiednie warunki, tolerancja dla innych wyznań i kultur, dlatego przybysze mogli się tu rozwijać i spełniać. Dzisiaj natomiast mniejszość próbuje siać zamęt. 

Jesteśmy solą w oku państw, które już ostrzyły sobie zęby na nieco inną historię naszego kraju. To się nie powiodło. 

W okresie ostatnich trzydziestu lat próbowano ułożyć dla nas zupełnie inną rolę w Europie, rolę taniej siły roboczej, pariasa i usługodawcy, który będzie pracował na rzecz innych, lepiej ich zdaniem wykształconych i lepiej przygotowanych cywilizacyjnie, niż my... 

A przecież Enigmę rozszyfrowaliśmy. Choć Niemcy chwalili się, że jest nie do rozgryzienia!

Przez trzynaście lat między rokiem 1926 a 1939 wykonaliśmy gigantyczny rozwój cywilizacyjny i gospodarczy: zbudowaliśmy Centralny Okręg Przemysłowy, Gdynię i wdrażaliśmy wiele wynalazków rodzimych inżynierów. Posiadaliśmy też w 1939 roku najlepszy na świecie samolot bombowy „Łoś” czy 7TP – pierwszy czołg na świecie z silnikiem Diesla o zapłonie samoczynnym  z peryskopem obrotowym. 

Nie mordowaliby nas, gdyby nasz potencjał nie był istotny… 

...W Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Bykowni, Charkowie czy Kuropatach spoczywają tysiące polskich oficerów określonych jako element, którego nie da się zrusyfikować. Byli to najczęściej młodzi ludzie, patrioci, którzy zostali powołani do wojska, by bronić Ojczyzny i decyzją Stalina rozstrzelani, a ich rodziny wywiezione na Sybir. Była to z góry zaplanowana eliminacja elit. Podobnie Niemcy, którzy już o godz. 4:40 pierwszego września 1939 roku zrzucając bomby na bezbronne miasto Wieluń atakując szpital, pokazali czym będzie ta wojna… Wybierano i unicestwiano tych, którzy mogli być przywódcami. Mocno współczujemy wszystkim, którzy w trakcie wojny ponieśli ofiary, ale tym się różnimy od innych nacji, że w Niemczech ginęli najczęściej szeregowcy, prości ludzie, a elita została, podobnie w Rosji. Nawet w przypadku Żydów, ofiar Holocaustu – ginęli słabo wykształceni biedni ludzie, bogaci często potrafili się wykupić i uratować. W naszym Narodzie natomiast doszło do zaplanowanej przez jednego i drugiego agresora eliminacji inteligencji. Tej elity po wojnie nam brakowało i dzisiaj brakuje. Pan premier Mateusz Morawiecki mówił niedawno ilu mielibyśmy laureatów Nagrody Nobla, ile osiągnięć, gdyby wszyscy ci ludzie, nad którymi pochylamy się w Katyniu, żyli... 

Święty Stanisław Biskup i Męczennik, powiedział do króla Bolesława Śmiałego: „źle czynisz, źle się prowadzisz i uciskasz poddanych”. Poniósł karę najwyższą, ale spowodował ogromną przemianę w życiu króla i Polaków, którzy wygnali go z kraju. W Rzeczypospolitej zaczęło dziać się inaczej. Jest taka maksyma łacińska verba docent, exempla attrahunt, czyli słowa uczą, ale przykład przekonuje. Dziś nikt nie wymaga od nas takiego poświęcenia, ale nasza obecność przywołuje te wartości i pamięć o nich przywraca.

Przed chwilą udało nam się odznaczyć bardzo młodych ludzi, którzy chcą uczestniczyć w ruchu monarchistycznym, związkach szlachty polskiej, czyli w stowarzyszeniach, które są szlachetne z nazwy, statutu i regulaminu. To dobrze wróży na przyszłość, mimo iż degradacja tożsamości narodowej wśród młodzieży była w ostatnich latach bardzo mocna. Działo się to i nadal występuje m.in. w efekcie ataków polskojęzycznych, ale niekoniecznie polskich, środków opiniotwórczych. A media to przecież czwarta władza, niektórzy uważają nawet, że pierwsza, ponieważ potrafi pomieszać ludziom w głowach.

Mój znajomy  mawia „przeżyliśmy Ruska i Tuska”, więc i inne rzeczy przeżyjemy (śmiech). 

Nasz naród jest dziś atakowany, mówi się, że nie ma tu prawa, chce się nas uczyć prawodawstwa, a przecież pierwsza w Europie konstytucja pojawiła się nie gdzie indziej, jak w Polsce! Następnie po stu dwudziestu trzech latach zaborów, gdy odzyskaliśmy niepodległość, stworzyliśmy państwo nowoczesne. Kobiety otrzymały wówczas prawo wyborcze, to również był ewenement na skalę europejską, tworzyliśmy podwaliny nowoczesnego państwa. Jeśli zaś chodzi o unię, to pięćset pięćdziesiąt lat przed Unią Europejską stworzyliśmy swoją – najpierw z Litwą, a potem także z Rusią.

Mało kto wie, że Bolesław Chrobry, Otton III i święty Wojciech znali się, posługiwali się łaciną  podobnie jak ówczesne elity i należeli do najbardziej wykształconych ludzi w Europie. To też był  pewien rodzaj unii...

Czym możemy spuentować?

Jeśli elity w różnym wieku będą się spotykać i jednoczyć, tak jak dziś, patriotyzm i przywiązanie do polskości będzie kultywowane, to myślę, że Polska nie tylko będzie rozwijała się najszybciej w Europie cywilizacyjnie, ale będzie również przodować w tym, co wartościowe. Nasz wielki Święty Jan Paweł II powiedział, że Europie potrzebna jest Polska, żeby stąd wyszła iskra, która będzie ewangelizować i, jak kiedyś przed wiekami, znów będziemy ambasadorami tego, co dobre, co piękne i prawe.

 

poniedziałek, 26 październik 2020 20:05

Trochę Sardynii w Poznaniu

z Małgorzatą Kozłowską z restauracji Smak Italy rozmawia Merkuriusz

Idąc ulicą Szyperską, która pięknieje, niespodziewanie i muzycznie zaprasza nas „Smak Italy”, a właścicielka na coś włoskiego...

...Przez dwadzieścia dwa lata mieszkałam we Włoszech – mówi pani Małgosia – więc nasza kuchnia jest prawdziwie włoska, domowa. Nie są to dania typowo restauracyjne, wykwintne, lecz takie, jakich nauczyła mnie moja włoska rodzina – proste, swojskie i smaczne. W Polsce jestem od pięciu lat, a od roku moimi smakami i zdobytą na południu wiedzą dzielę się z Poznaniakami przy ulicy Szyperskiej 3.

Proszę przypomnieć swoją włoską historię.

Wyjechałam do pracy jako bardzo młoda dziewczyna, planowałam zostać na chwilę, a wyszło nieco dłużej... We Włoszech poznałam mojego męża. Przez dwadzieścia lat mieszkałam na Sardynii, a dwa ostatnie lata spędziłam w Turynie, skąd pochodzi Carlo. 

Sardynia to cudowna wyspa – piękne morze, plaże, krajobrazy. Mówi się, że to raj na ziemi. Nie ma wielu zabytków, ale jest bardzo malownicza przyroda. Wyspę okrzyknięto wręcz „europejskimi Malediwami”, głównie ze względu na lazur morza i klify. Sardynia to także wspaniali, uśmiechnięci ludzie, którzy mnie „zaadoptowali”, świetnie się tam czułam pod każdym względem. Co ciekawe, mieszkańcy Sardynii nie czują się do końca Włochami, niektórzy wręcz obrażają się, gdy zostają nimi nazywani. Mój pochodzący z kontynentu mąż też był dla Sardyńczyków jak obcokrajowiec. Nie jest więc prosto „wkupić się” w ich łaski, nie otwierają się łatwo, ale kiedy już to zrobią, to na zawsze.

Miałam sporo szczęścia do ludzi i nigdy nie odczułam żadnej niechęci, mimo iż z wyglądu bardzo się od nich różnię. Przeciętni Sardyńczycy, nawet mężczyźni, mają około metra pięćdziesięciu, ciemną karnację, a ja – metr osiemdziesiąt, blond włosy, jasna cera... 

Co sprawiło, że postanowiliście Państwo przyjechać do Polski?

Sytuacja ekonomiczna we Włoszech zaczęła robić się nieciekawa, pojawiły się problemy z pracą, z roku na rok było coraz trudniej, zwłaszcza dla cudzoziemców. Sardyńczycy są bardzo solidarni. Jeśli ma się restaurację i świetnie gotuje, to jeszcze nie wszystko, ponieważ jeśli kolega prowadzi lokal, mieszkańcy wyspy będą woleli zapłacić więcej i dać zarobić swojemu. 

Branża gastronomiczna, w której pracowałam przez całe życie, stała się już tylko sezonowa, nawet Sardyńczycy mieli problem z zatrudnieniem. Latem pracowało się więc ponad siły, a na zimę rzadko starczało na przetrwanie. Powrót był więc przemyślaną decyzją. Mój mąż wcześniej wyjechał do Turynu, a ja dopóki miałam pracę, chciałam zostać na Sardynii. Związek na odległość okazał się jednak trudny, dodatkowo pracy było coraz mniej, doszłam więc do wniosku, że coś trzeba zmienić. Mąż jako pierwszy zaczął wspominać o wyjeździe do Polski, ja się bałam... Choć od zawsze tliło się marzenie, żeby kiedyś wrócić i otworzyć pizzerię i przez lata nie dawało mi spokoju. 

 A dlaczego Poznań?

Wiele lat temu zupełnie przypadkiem kupiłam tutaj mieszkanie. Pochodzę spod Warszawy, w okolicach mieszka mój tata i reszta rodziny. Do Poznania przyjeżdżałam całe życie, ponieważ miałam tu „przyszywaną” rodzinę, z którą byłam mocno związana. Moja kuzynka musiała bardzo szybko sprzedać mieszkanie, ponieważ przenosiła się z mężem i dziećmi do innego województwa. To była okazja. W Polsce nie miałam zdolności kredytowej, ale odłożyłam trochę pieniędzy. Na mieszkanie w Warszawie nie było mnie stać, a tu prawie mogłam za nie zapłacić, resztę dopłacałam na raty. Kiedy zapadła decyzja o przyjeździe do Polski, naturalnie nasze kroki skierowaliśmy do Wielkopolski...

Jechała tu Pani z myślą, że otworzy coś swojego?

Tak! Marzyłam o tym ... W Alghero, pięknym nadmorskim kurorcie, gdzie mieszkałam, znajduje się pizzeria Les Arenes, w której sprzedaje się metrową pizzę. Od pierwszej wizyty zakochałam się w niej. W tamtych czasach nikt czegoś podobnego w Polsce nie robił i wymyśliłam sobie, że ja to rozpocznę! Metrowa pizza nie jest okrągła, podaje się ją na desce i robiona jest na długość, jeśli jedzą ją cztery osoby każda dostaje dwudziestopięciocentymetrowy kawałek. To taki inny sposób podania, który naprawdę robi wrażenie... mój mąż przez trzynaście lat był piekarzem, następnie prowadził swoją restaurację i dwa punkty gastronomiczne, więc bardzo dobrze się na tym biznesie zna. Mieliśmy więc dobry start i do wszystkiego dochodziliśmy sami, na przykład do idealnego ciasta na pizzę. W przypadku metrowej pizzy ciasto do tradycyjnej, okrągłej potrawy nie sprawdziło się. Metodą prób i błędów udało się jednak wypracować przepis, według którego dzisiaj wyrabiamy ciasto. 

Dlaczego warto wybrać właśnie Pani lokal?

Włoskich restauracji w Poznaniu jest bardzo dużo i wiele z nich jest dobrych, konkurencja jest więc potężna. Nasze miejsce jest stosunkowo nowe, funkcjonuje dopiero od roku. W międzyczasie przytrafiła się pandemia i związany z nią lockdown – na trzy miesiące restauracja została zamknięta. Był to bardzo trudny czas, tym bardziej, że dotknął nas w pierwszym roku działalności, kiedy nie zdążyliśmy jeszcze wyrobić sobie renomy i pozyskać stałej klienteli. 

Na poznańskim rynku wyróżniamy się tym, że kładziemy nacisk na kuchnię sardyńską. Ponadto, jak już wspomniałam, serwujemy metrową pizzę, która ma swój niepowtarzalny urok. Cały czas próbujemy też wprowadzać nowe sardyńskie dania, na tyle, na ile pozwalają na to dostępne produkty. Nad wszystkim staram się sprawować pieczę, doglądać, sama też gotuję. 

Wyrabiamy, co warte podkreślenia, własną kiełbasę, przyprawy do niej przysyła mi koleżanka, która cały czas mieszka na Sardynii, dzięki czemu smakuje tak, jak powinna. Muszę się pochwalić, że ostatnio gościliśmy w naszych progach Sardyńczyka, który zamówił danie z sosem z tej kiełbasy. Zapytałam jak smakowało. Odpowiedział, że zamawiając potrawę miał wiele obaw, ale jest zszokowany efektem, że smakuje prawie tak, jak na wyspie! Z ust Sardyńczyka był to więcej niż komplement. 

Jakie to danie?

Są to gnocchetti alla campidanese, czyli małe muszelki makaronowe ze specjalnym sosem z naszą sardyńską kiełbasą. Musi ona trochę odleżeć i dopiero po czasie można z niej przygotować sos.

Robimy też pierogi, czyli sardyńskie ravioli culurgiones. Są specyficznie klejone w formie warkoczyka, trzeba mieć trochę zdolności manualnych, żeby to zrobić. Wszystko robimy sami, na miejscu.

Na co chiałaby Pani zaprosić młodych, zabieganych Poznaniaków?

Młodych na pewno na pizzę ciętą z metra. Zważywszy na to, że obok są dwie szkoły, mamy opcję pizzy na kawałki dla studentów. Jest to bardzo popularne także we Włoszech – biorą ją do ręki, składają na pół jak kanapkę i biegną dalej, dlatego zainspirowani tą modą postanowiliśmy wprowadzić ją u nas. Kawałki odgrzewane są w piecu, na kamieniu, a trwa to zaledwie minutę – doskonałe rozwiązanie dla zabieganych. 

Mamy także program lojalnościowy dla studentów i sąsiadów, więc cenowo propozycja jest atrakcyjna. Stołują się u nas pracownicy Instytutu Logistyki i Magazynowania i innych okolicznych biur. Codziennie od 12:00 do 16:00 mamy dwudaniowe lunche za 20 złotych, czasami jest to makaron, czasem sałatka, deser, zupa, różnie. Dzwonimy jak jest gotowe, pracownicy wyskakują na chwilę z biura i odbierają posiłki. Współpraca sąsiedzka nieźle się układa.

 

Przyjemnie tutaj, przytulnie i muzyka włoska...

Tak miało być – domowo. Nigdy nie planowałam otwarcia restauracji „wysokich lotów”, zależało mi na przytulnej trattorii jak we Włoszech, czyli miejscu, w którym właściciel zamienia kilka słów z gośćmi, wchodzi do kuchni, dogląda, jest obecny. Bardzo się staramy, aby właśnie tak to wyglądało... I chyba się udaje.

czwartek, 22 październik 2020 21:04

Charakteryzuje nas wielkopolskość

z Prezesem Jakubem Michałowskim i Wiceprezesem Krzysztofem Kuczem z Wielkopolskiej Akademii Nauki i Rozwoju rozmawia Merkuriusz

Czym jest Wielkopolska Akademia Nauki i Rozwoju?

Jakub Michałowski: Jesteśmy firmą doradczą, która kompleksowo pomaga polskim samorządom rozwijać się i nadganiać to, co mamy do nadrobienia w kontekście rozwoju  gmin i miast na Zachodzie. 

Kiedy szesnaście lat temu wybieraliśmy nazwę, chcieliśmy, żeby była ona dość obszerna. Zaczynaliśmy w głównej mierze od kursów i szkoleń, byliśmy w tej dziedzinie liderem. Z czasem  zaczęliśmy specjalizować się w przygotowywaniu wniosków o fundusze unijne. Myślimy, że drugi człon nazwy jest teraz bardziej adekwatny – działalność edukacyjna i szkoleniowa jest już znikoma, stawiamy właśnie na rozwój, który dajemy i sobie, i przede wszystkim naszym klientom. 

Słowo ◊Wielkopolska” w nazwie wzięło się natomiast z dużego przywiązania do regionu, z którego pochodzimy, do poznańskich wartości. Czasem nas to stygmatyzuje wśród klientów spoza województwa, ale często jest też wyznacznikiem jakości. Kiedy działamy na terenie regionów wschodnich często słyszymy, komplementy pod adresem poznańskiej pracowitości. Wielkopolskość nas charakteryzuje. 

“Akademia” ma jednak dość wąskie znaczenie. Czy mieliście Państwo może nieco inne plany na początku?

Krzysztof Kucz: Planów mieliśmy mnóstwo. Cechą charakterystyczna naszej firmy jest to, że cały czas się zmieniamy, staramy się rozwijać i dopasowywać do potrzeb naszych odbiorców. Rozpoczynaliśmy jako firma szkoleniowa, edukacyjna, stąd człon ◊akademia”. Rozwój przez kolejne szesnaście lat działalności warunkowała sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy. Odkrywaliśmy nowe obszary, w których możemy się sprawdzić, w ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy, czyli specjalizacji pod kątem wsparcia i współpracy z polskimi samorządami. 

JM: Obaj studiowaliśmy w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa. Ja byłem przewodniczącym Rady Studentów i poznawałem tajniki zarządzania uczelnią pod kątem marketingowym. Nie ukrywam, że jednym z moich dalekosiężnych planów było przekształcenie się w uczelnię. Rynek jednak bardzo się rozwijał. Jesteśmy rocznikiem wyżu demograficznego, z czasem jednak liczba osób trafiająca na prywatne uczelnie zmniejszała się, uznaliśmy więc, że nie byłaby to najlepsza droga rozwoju. Jak widać po uczelniach publicznych i niepublicznych profil nauczania zmienia się na coraz bardziej specjalistyczny. 

Swego czasu nawiązaliśmy współpracę z Wyższą Szkołą Gospodarki w Bydgoszczy, planowaliśmy wspólne prowadzenie studiów podyplomowych, ale projekt ten pozostał na razie w sferze planów. Z bydgoską uczelnią cały czas jednak współpracujemy, choć na trochę innej niwie. Stanowimy zespół ekspertów w Ministerstwie Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Niemniej jednak nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa i możliwe, że podążymy akademicką drogą. 

Podczas czerwcowej Gali Finałowej XVII edycji konkursu o tytuł Poznańskiego Lidera Przedsiębiorczości Wielkopolska Akademia Nauki i Rozwoju otrzymała prestiżowe wyróżnienie od Kapituły Konkursu, której przewodniczył starosta poznański Jan Grabkowski. Proszę o komentarz.

KK: Nagroda była podsumowaniem naszej wieloletniej pracy na rzecz samorządów oraz ukoronowaniem pewnego etapu rozwoju firmy, doszliśmy bowiem do punktu, w którym staliśmy się doradcą dla gmin w większości obszarów ustawowych, którymi się one zajmują. Nie piszemy już pojedynczych projektów, lecz działamy kompleksowo, świadczymy usługi doradcze przy tworzeniu dokumentów o charakterze strategicznym, planistycznym, sprawozdawczym. Można powiedzieć, że mamy realny wpływ na zrównoważony rozwój polskich samorządów. Zostało to zauważone i docenione przez Kapitułę, a nam dodało wiatru w żagle, upewniło, że droga, która podążamy jest odpowiednia, a rozwój w tym kierunku potrzebny i przyszłościowy. 

Jesteście Państwo ekspertem w dziedzinie pozyskiwania funduszy unijnych. Skąd czerpaliście  wiedzę zakładając firmę?

JM: Jak wspomniałem jesteśmy absolwentami Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa, ja politologii, Krzysztof stosunków międzynarodowych. Założenie firmy zbiegło się w czasie z akcesją Polski do Unii Europejskiej. Na rynku nie było wtedy ekspertów, wszyscy uczyliśmy się na bieżąco. Moment był idealny. Wiedza wyniesiona ze studiów nie przydała się jednak w projektach, które zaczęliśmy prowadzić. Jak się okazało teorię i praktykę czekało silne zderzenie. Do wiedzy, którą posiadamy doszliśmy ustawiczną pracą, poznawaniem programów i samokształceniem. 

Jako absolwent studiów licencjackich wziąłem udział w ministerialnym programie stażowym. W jednej z poznańskich gmin prowadziłem Punkt Informacji Europejskiej, który miał prowadzić mieszkańców do podjęcia odpowiednich decyzji przy referendum akcesyjnym. Można powiedzieć, że dołożyłem swoją cegiełkę do tego, żeby Polska dostała się do Unii, a gmina, w której pracowałem miała najwyższą frekwencję wśród osób głosujących ◊na tak”w powiecie poznańskim. 

Przyczyniacie się Państwo do poprawy jakości życia mieszkańców wielu polskich gmin. Jaki projekt był szczególnie ważny, szczególnie go pamiętacie?

KK: Większość projektów, które piszemy jest ważna, ponieważ w głównej mierze realizowane są w obszarze społecznym, przynoszą więc bardzo realne korzyści. Każde miejsce żłobkowe, przedszkolne czy utworzony klub seniora daje satysfakcję. Jesteśmy często zapraszani na inauguracje obiektów, na rzecz których pisaliśmy projekty. Są to fantastyczne spotkania…

JM: Trzynaście lat temu pozyskaliśmy dofinansowanie na naukę języka angielskiego w przedszkolach oraz projekty dla Ochotniczych Straży Pożarnych. Były to najmniejsze przedsięwzięcia w naszej historii, ale pierwsze i wspominamy je z sentymentem. Wtedy angielski w przedszkolach był zupełnym novum. Wielu wójtów, którym wspominaliśmy o takiej możliwości, reagowało sceptycznie. Można zatem powiedzieć, że byliśmy prekursorami, dziś lekcje języka angielskiego są w podstawie programowej. Ministerstwo podjęło taką decyzję na podstawie doświadczeń podobnych do naszych. 

Drugim przykładem są projekty dla Ochotniczych Straży Pożarnych, w ramach których mogliśmy wesprzeć strażaków m.in. kursami kwalifikacyjnymi z zakresu prawa jazdy czy pierwszej pomocy. Dziś ze zgrozą patrzymy, że trzynaście lat temu strażacy-ochotnicy nie mieli pojęcia o udzielaniu pierwszej pomocy czy brakowało im uprawnień do kierowania autami strażackimi, które prowadzili. Dziś wiemy jak ważne jest bezpieczeństwo. Na OSP i profesjonalną straż zawodową przeznaczane są znaczne środki, ale wtedy byliśmy pionierami. Był to dla nas impuls do rozwoju, dlatego te niewielkie i odległe czasowo projekty wspominam tak dobrze. 

KK: Kontynuując to, o czym wspominał Jakub chciałbym dodać, że podobnie było ze współtworzeniem pierwszych samorządowych żłobków i klubów seniora, w których braliśmy udział. Polityka senioralna wtedy raczkowała. Teraz takie placówki są już standardem, jednak my tworzyliśmy je jako pierwsi w Polsce. 

JM: Poszczycić możemy się bardzo skomplikowanym projektem Centrum Integracji Międzypokoleniowej w Błotnicy, w gminie Przemęt. W ramach przedsięwzięcia udało się stworzyć miejsce, w którym pod jednym dachem znajduje się dzienny dom pobytu, żłobek oraz cztery kluby seniora. Projekt finansowany był z czterech źródeł, z dwóch programów Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego oraz Maluch+ i Senior+. Skala przedsięwzięcia – infrastruktury i działań społecznych była bardzo duża. Siedzibę Centrum otwierała pani minister Marlena Maląg. Docierają do nas informacje, że w innych gminach projekt promowany jest jako wzór dobrych praktyk. 

W tym roku obchodzimy 30-lecie samorządu terytorialnego, czyli Państwa głównego klienta. Na co kładziecie Państwo nacisk po szesnastoletniej współpracy?

KK: Na kompleksowość wsparcia i profesjonalizm. Staramy się być doradcą jednostek samorządowych w pełnym tego słowa znaczeniu. Musimy nie tylko wiedzieć jak napisać wniosek unijny, ale także jak dana jednostka funkcjonuje, jakie są podstawy prawne i wszelkie uwarunkowania z tym związane. Nie tylko świadczymy usługę pozyskiwania dotacji, ale również proponujemy rozwiązania. Wspólnie z klientami przeprowadzamy diagnozę potrzeb, aby w pełny sposób dowiedzieć się czego dane gminy potrzebują, gdzie jest problem i jak możemy go zniwelować. Sam wniosek jest tylko narzędziem, za pomocą którego je rozwiązujemy. Nasi klienci doceniają to, że proponujemy im gotowe, sprawdzone rozwiązania, a nasza usługa jest kompleksowa. Raz podjętą współpracę kontynuujemy w latach kolejnych. Z niektórymi samorządami jesteśmy związani już ponad dziesięć lat. 

Firm, które piszą i realizują wnioski jest bardzo dużo. Czym się Państwo wyróżniacie? 

JM: …Wąską specjalizacją. Podejmujemy tylko te tematy, w których jesteśmy ekspertami i możemy być doradcami. Drugą rzeczą, która nas wyróżnia biznesowo, jest pobieranie opłaty wyłącznie za projekty zakończone sukcesem. Daje to nam motywację do pracy, widzimy, że takie rozwiązanie jest korzystne i dla klienta, i dla nas. 

Czym jest idea Smart City, którą Państwo upowszechniacie i wdrażacie w polskich samorządach?

JM: To idea inteligentnego miasta dla ludzi, nie dla samego siebie. Zrozumienie tej idei w pierwszej kolejności przez włodarzy, a następnie mieszkańców, jest drogą do satysfakcjonującego życia. 

KK: Z ideą Smart City wiąże się zrównoważony rozwój, czyli taki, który respektuje i uwzględnia wszystkich uczestników życia z różnych grup społecznych, przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska. Przykład może stanowić ruch drogowy, w kontekście którego należy uwzględniać potrzeby kierowców, pieszych i osób korzystających ze ścieżek rowerowych, ponieważ wszyscy są równoważnymi uczestnikami miejskiego życia. Należy opracować takie rozwiązania, które pomogą w optymalny sposób funkcjonować wszystkim grupom. 

Jesteście Państwo Podmiotem Zewnętrznego Zapewnienia Jakości. Co to oznacza? Czym jest Zintegrowany System Kwalifikacji?

JM: Naszym wyróżnikiem jest śledzenie trendów i zmian w przepisach, jedną z tego typu dziedzin jest Zintegrowany System Kwalifikacji. Polska, mimo że jest już ponad piętnaście lat w Unii Europejskiej, cały czas nadgania pewne rzeczy lub dostosowuje swoje przepisy i prawodawstwo. System kwalifikacji, który działa w naszym kraju od kilku lat, jest ujednoliceniem systemu kwalifikacji kształcenia obowiązującego w Unii od wielu lat. Najprościej mówiąc, szkolnictwo zarówno na poziomie szkół średnich, jak i uczelni wyższych nie nadąża za zmianami rynkowymi. Powstaje wiele nowych kwalifikacji, a specjalistów w ich zakresie uczelnie i szkoły nie są w stanie kształcić. System ma potwierdzać umiejętności i kwalifikacje poszczególnych osób, które posiadają możliwości wykonywania określonego zawodu. Szybszą ścieżką jest nieformalne zdobywanie wykształcenia, w systemie pozaszkolnym, przede wszystkim poprzez praktykę. Jeśli ktoś tak jak my jest specjalistą w zakresie pozyskiwania środków unijnych i chciałby to pokazać pracodawcy w Polsce lub Unii Europejskiej, może to zrobić za pomocą podejścia do certyfikacji w takim obszarze. Nasza firma z kolei jest Podmiotem Zewnętrznego Zapewnienia Jakości, który wspiera Ministerstwa w nadzorze nad certyfikacją osób w Instytucjach Certyfikujących. 

KK: Nadzorujemy firmy, które egzaminują. Musimy zapewnić, aby sposób przyznawania kwalifikacji był jednolity, na określonym poziomie i zgodny z tym, jak ta kwalifikacja jest opisana. Założeniem całego systemu jest także ujednolicenie kwalifikacji na poziomie unijnym, żeby certyfikat przyznany w Polsce miał taką samą wartość w innych krajach członkowskich, żeby były one wzajemnie uznawane. 

Wielkopolska Akademia Nauki i Rozwoju działa z powodzeniem już od szesnastu lat. Jesteście Państwo laureatami licznych wyróżnień, zdobywcami certyfikatów. Jaki jest Państwa przepis na sukces?

JM: Kiedy zakładaliśmy firmę były w niej cztery osoby. Razem z Krzysztofem wypracowaliśmy system pracy w każdym obszarze naszej działalności. Zajmowaliśmy się wszystkim tym, za co odpowiedzialni są dziś nasi pracownicy. Krzysztof pisał wnioski, ja obsługiwałem projekty, wiemy więc doskonale z czym wiąże się praca w firmie. Dzięki temu możemy przekazywać wiedzę i wiemy czego wymagać. Dzielimy się też obowiązkami – Krzysztof zajmuje się nadzorem merytorycznym nad pracami firmy, a ja – kontaktem z klientem. Ciągle jesteśmy wśród naszych pracowników lub klientów. Wiemy czego oni potrzebują i będąc blisko jesteśmy w stanie dostarczać usługi i rozwiązania takie, jakich klient potrzebuje – to jest najważniejsze! Kluczem do sukcesu firmy są ludzie, z którymi pracujemy, a jest już ich ponad piędziesieciu. Dzięki naszemu zespołowi firma się rozwija. Nie było by firmy bez tak zaangażowanych i pracujących z pasją osób jakie mamy.

KK: Jeśli prześledzimy szesnaście lat funkcjonowania firmy, to widać, że w każdym roku rozszerzaliśmy zakres naszych usług, nie boimy się zmian i wchodzenia w nowe obszary. Cały czas zmieniamy się i staramy podchodzić do tego w odpowiedzialny sposób, czyli najpierw samemu posiąść wiedzę w danym obszarze i w oparciu o nią rozwijać usługi.

JM: Siedem lat temu, kiedy była tworzona nowa perspektywa unijna, która niebawem będzie już tą starą, przygotowywaliśmy dwadzieścia wniosków rocznie, obecnie jest ich ponad dwadzieścia miesięcznie. Mocno zmieniliśmy firmę, weszliśmy na drogę tylko i wyłącznie wspomagania samorządów i przygotowywania projektów w tej skali. Dostrzeżenie i wykorzystanie szansy było naszym największym sukcesem. To że firma tak się rozwija, że otrzymaliśmy wyróżnienie Polskiego Lidera Przedsiębiorczości, jest kwestią odpowiedniego przestawienia się. Dzisiaj, mimo że środki unijne będą dystrybuowane od przyszłego roku, bardzo mocno pracujemy nad nową perspektywą unijną, czyli nad wyzwaniami środowiskowymi, w których widzimy ogromną szansę dla samorządów. Przeciwdziałanie zmianom klimatycznym jest dla nich największym wyzwaniem i chcemy im w tym pomóc. 

Istnieje teoria biznesowa, zgodnie z którą powinno się cały czas myśleć, że juto nie będziesz mógł robić tego, co robisz dzisiaj. I tak staramy się patrzeć na firmę. Strategii jeszcze kilka lat temu nie przygotowywaliśmy, a teraz opracowujemy jednocześnie kilkadziesiąt dokumentów. Dziś jeszcze nie zajmujemy się środowiskiem, ale wiemy, że musimy to zrobić jutro. Tak każdego dnia myślimy o firmie. 

Wspomnieliśmy wcześniej
o obchodzonym w tym roku trzydziestoleciu samorządów, zeww którymi współpracujecie Państwo od lat. Jak zmieniła się polska samorządność przez ten czas?

JM: Samorząd to z pewnością największy polski sukces po 1989 roku. Dzięki pracy na rzecz mieszkańców samorządy znakomicie odczytują ich potrzeby. Urzędy profesjonalizują się. Można powiedzieć, że samorządy poprzez zajmowanie się sprawami swoich mieszkańców, doskonale czują to, co powinni oni od nich otrzymać. 

KK: W funkcjonowaniu samorządów wyodrębnić można trzy etapy. Pierwszym było ich zorganizowanie administracyjne jako nowej jednostki w Polsce. Wiązało się to z transformacją ustrojową, wszelkimi zmianami społecznymi i gospodarczymi, które wtedy następowały. To było pierwsze zadanie, z którym musiały sobie poradzić. Drugim etapem były inwestycje infrastrukturalne – budowa dróg, szkół, tworzenie warunków do codziennego funkcjonowania. Teraz z kolei wydaje się, że na czoło wysuwają się kwestie społeczne, czyli zapewnienie jakości życia, świadczenie usług na rzecz społeczeństwa, różnych grup, w tym najmłodszych i seniorów. W coraz większym stopniu w funkcjonowaniu samorządów widoczna jest partycypacja społeczna. Wszystko zmienia się na naszych oczach.

Program  Maluch+ na rok 2021 rusza 7 września!!!

Coraz częściej młodzi rodzice decydują się osiedlać na terenie gmin, gdzie zapewniony jest dostęp do opieki nad dziećmi, nie tylko tymi starszymi. Gminy chcące zachować atrakcyjność dla obecnych i przyszłych mieszkańców muszą więc rozważyć wszystkie możliwości. Tyczy się to nie tylko dużych gmin. Małe gminy coraz chętniej sięgają po dotacje i rozwijają zakres świadczonych usług społecznych podnosząc komfort życia swoich mieszkańców. Użłobkowienie w Polsce z roku na rok wzrasta, jednak nadal nie jest wystarczające w kontekście rosnącego zapotrzebowania.

 – Najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo i radość naszych dzieci. I właśnie to daje nam żłobek. Wcześniej opiekę nad córką sprawowałam z pomocą dziadków. Żłobek w gminie jest dla nas nowością, ale już nie potrafimy sobie wyobrazić jak to było wcześniej – mówi mama dwuletniej Małgosi, która uczęszcza do żłobka publicznego w Błotnicy (woj. wielkopolskie).

Żłobek w gminie to nie tylko wsparcie dla rodziców, którzy sami chcą podejmować decyzję o powrocie na rynek pracy, ale również doskonałe miejsce integracji i zawiązywania więzi społecznych poprzez kontakt z rówieśnikami. Nowy żłobek to również wizytówka gminy, zwłaszcza tej mniejszej czy mniej zamożnej. 

 – Tworzenie i rozwój nowych miejsc żłobkowych stanowi odpowiedź na rosnące potrzeby i oczekiwania rodziców. Żłobki czy kluby dziecięce mają przede wszystkim stanowić bezpieczną i miłą przestrzeń dla dzieci. Placówki tego typu muszą jednocześnie spełniać szereg wymagań prawnych, które regulowane są zapisami prawa dotyczącymi ośrodków świadczących usługi dla najmłodszych – komentuje Katarzyna Różycka, ekspert merytoryczny Wielkopolskiej Akademii Nauki i Rozwoju.

Proces planowania oraz zakładania żłobka to zadanie wymagające doświadczenia i specjalistycznej wiedzy. Wiele gmin decyduje się na wsparcie ekspertów, którzy nie tylko zadbają o funkcjonalność i estetykę placówki, ale również zapewnią bezproblemową realizacje projektu. 

 – Gminy nie mają zazwyczaj doświadczenia z placówkami opieki nad dziećmi do lat trzech więc wymagają wsparcia. Naszym partnerom oferujemy nie tylko kompleksową pomoc operacyjną, ale również wizyty studyjne w gminach, które razem z nami przeszły już przez ten proces i teraz mogą cieszyć się z nowego obiektu. Takie doświadczenie jest niezmiernie ważne dla naszych klientów, ponieważ mają szansę na własne oczy przekonać się, jak może wyglądać i funkcjonować projektowana placówka – dodaje Katarzyna Różycka.

Jak pozyskać środki z programu Maluch+ na rok 2021 i uzyskać aż 80% dofinansowania całego przedsięwzięcia?

Przede wszystkim opracowując ofertę wraz z załącznikami wskazać należy m.in. działania możliwe do realizacji w ramach inwestycji, uzasadnienie konieczności ich finansowania, określenie rodzaju oraz wysokości wydatków. Uzupełnione dokumenty należy dostarczyć do właściwego Urzędu Wojewódzkiego w terminie nieprzekraczalnym do 16 października 2020 r. dla modułu pierwszego, oraz do 6 listopada 2020 r. dla modułów 2-4.

 – Nasza gmina wcześniej nie prowadziła ani żłobka, ani klubu malucha i z tego względu zdecydowaliśmy się na doradztwo i współpracę z zewnętrznym ekspertem, który przeprowadził nas przez cały proces. Inicjatywy ważne społecznie są naszym priorytetem, a środki krajowe i europejskie pomogły w podjęciu decyzji o utworzeniu pierwszego Żłobka Samorządowego w Błotnicy – mówi Janusz Frąckowiak, Wójt Gminy Przemęt.

Nabór do programu Maluch+ na rok 2021 rusza 7 września  dla wszystkich modułów.

Jest to więc ostatni moment na przemyślane, dokładnie zaplanowane i przede wszystkim skuteczne działanie. Przy spełnieniu warunków programowych, już na koniec roku gminy będą cieszyć się z otrzymanych dotacji oraz rozpoczynać prace nad rozwojem usług żłobkowych na swoich obszarach.

z JM Rektorem Politechniki Poznańskiej prof. Tomaszem Łodygowskim rozmawia Mariola Zdancewicz

Jaki cel przyświecał organizacji pierwszego, zainaugurowanego w Poznaniu Światowego Dnia Inżyniera?

Miejsce pierwszej celebracji Światowego Dnia Inżyniera w Politechnice Poznańskiej zostało ustalone z panią Ewą Mańkiewicz-Cudny, Prezes Federacji Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT. Stanowimy jedną z ponad stu federacji światowych i tego dnia dołączyliśmy do wielkiej rzeszy inżynierów z całego świata. Cel był prosty – promocja tego szczególnego dnia, ale przede wszystkim podkreślenie roli, jaką w życiu społeczeństwa pełnią inżynierowie. W trakcie uroczystości – obok wypowiedzi oficjalnych – w tym między innymi odczytany list od pana premiera z życzeniami i słowami doceniającymi rolę jaką codziennie pełnią inżynierowie – zaproponowaliśmy dwa krótkie wykłady, pierwszy profesora Józefa Gawlika z Politechniki Częstochowskiej, podkreślający historyczne znaczenie aktywności polskich inżynierów w rozwoju wielu społeczeństw z całego świata oraz drugi-profesora Romana Słowińskiego z Politechniki Poznańskiej vice-prezesa PAN, o charakterze wizji przyszłości i znaczeniu sztucznej inteligencji. Popularyzacja i promocja roli, jaką pełnią inżynierowie w społeczeństwie, jest zadaniem na wiele lat. Przyzwyczailiśmy się do wielu ułatwień w codziennym życiu i nie doceniamy, że niemal zawsze za tym kryje się aktywność inżynierska.

Czy Światowy Dzień Inżyniera, to pokłosie realizowanej w latach 2008-2012 popularnej Ery Inżyniera, której był Pan, Panie Rektorze, pomysłodawcą i która podniosła rangę zawodu inżyniera? 

Z programu Era Inżyniera, który był realizowany w uczelni jako jeden z pierwszych w Polsce Programów Operacyjnych Kapitał Ludzki jesteśmy do dziś dumni i zbieramy bardzo pozytywne owoce. Byłbym jednak niezwykle nieskromny, gdybym te fakty ze sobą próbował połączyć. Propozycja Światowego Dnia Inżyniera wypłynęła z gremiów Federacji światowych (ponad 100 takich Federacji, jak nasz NOT), które gromadzi setki tysięcy inżynierów na całym świecie. Dzień ten zatwierdzony przez ONZ został ogłoszony w czasie Światowego Zjazdu, który odbył się w Melbourne pod koniec 2019 r. (World Engineering Convention). Polska wpisuje się w ten światowy trend, ale nie możemy przypisywać sobie jakiejś szczególnej roli.

 Wpływ inżynierów na rozwój cywilizacyjny jest ogromny. Czy mają realny wpływ także na podejmowanie ważnych z perspektywy rozwoju, gospodarki i ekologii decyzji?

Wszyscy ci, którzy podejmują decyzje o kierunkach rozwoju społecznego, o rozwoju gospodarki mają obowiązek konsultacji merytorycznych z tymi, od których ten rozwój zależy i będzie zależał. Jeśli głosy gremiów inżynierskich nie są brane pod uwagę lub są  niedocenione, to w większości przypadków pomysły decydentów są skazane na mniejszą lub większą porażkę. Wiele naszych gałęzi gospodarki i działań ekologicznych wymaga poważnego wzmocnienia. Tu potrzebne są wieloletnie, realne programy naprawcze konsekwentnie realizowane przez lata, by w końcu uzyskać oczekiwane rozwiązanie. Czy chcielibyśmy któregoś dnia się obudzić w ciemnościach, spowodowanych brakiem prądu i nie mieć czystej wody w kranie? A to przecież tylko cząstka odpowiedzialności inżynierów. 

Hasło Światowego Dnia Inżyniera – Inżynieria dla Zrównoważonego Rozwoju – zwraca uwagę na negatywne i pozytywne skutki globalizacji oraz kultury wytwarzania i korzystania z wytworów techniki. Jak znaleźć ten złoty środek?

To jest temat rzeka, który powinien być podejmowany przez wielu nie tylko inżynierów, ale i polityków. Zrównoważony rozwój odnosi się przecież do pewnej ogólnoludzkiej solidarności, której w skali globalnej nie możemy dostrzec. O ile kraje bogate korzystają z wielu udogodnień, które są skutkiem wynalazków inżynierskich, o tyle większość ludzkości jest od tego stylu życia bardzo odległa. Mamy przecież świadomość, że ok. 2 mld ludzi nie ma dostępu do czystej wody. O oczyszczalniach ścieków, których nie doświadcza na świecie ok. 4 mld ludzi już nie wspomnę. Rozwiązanie tych problemów jest również kluczem do pokonania wielu problemów społecznych, które już mocno dają znać o sobie. Temat roli i zaangażowania inżynierów powinien być podejmowany przez  gremia nie tylko inżynierskie, ale przede wszystkim przez decydentów. 

Jakie są najważniejsze problemy jutra, nad którymi powinni skupić się współcześni inżynierowie?

Trzeba zauważyć, że prace inżynierskie to nie tylko spektakularne innowacje, ale codzienność utrzymania sprawności urządzeń technicznych i ich poprawna eksploatacja. Nie zapominajmy, że  stworzone przez człowieka rozwiązania mogą być zawodne i mają określoną żywotność. Codzienny dozór nad urządzeniami stanowi dla dużej części inżynierów istotę ich działalności. Osobną grupę stanowią wynalazcy i innowatorzy. Co powinno być ich oczkiem aktywności? Dwa wielkie problemy wymieniłem już poprzednio. Inne – to skuteczna utylizacja odpadów i zanieczyszczeń. Te wielkie pola aktywności mieszczą się w dążeniu, by ludzie byli zdrowi. Inne powinny nawiązywać do tego, by w danych warunkach mogli przetrwać – dotyczy to wsparcia rolnictwa, ale również inżynierskiego wsparcia medycyny. Czym by dziś była zaawansowana medycyna bez techniki i bez tych wszystkich urządzeń, wspomagających i tworzonych przy współpracy inżynierów i medyków, lekarzy?

Niezbędna jest też powszechna edukacja prowadząca do tego, by społeczeństwo wobec szybkich zmian technologicznych nie czuło się zagubione. 

 

wtorek, 16 czerwiec 2020 17:13

Dyrektor, ambasador, mediator

z Tomaszem Łęckim, dyrektorem Muzeum Narodowego w Poznaniu, rozmawia Mariola Zdancewicz

Stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego objął Pan w grudniu. Co Pan zapamięta z pierwszych dni piastowania tej funkcji? 

Czas biegnie bardzo szybko i intensywnie, to już cztery miesiące. Zapamiętam przede wszystkim pierwsze kontakty z pracownikami, ich naturalną, zrozumiałą rezerwę i niepewność, równoczesne zgłoszenie gotowości współtworzenia przyszłości muzeum, zaangażowania, a nawet wprowadzenia pewnych zmian. Pierwsze wrażenie było bardzo dobre, znacznie lepsze niż przewidywałem. 

Z jakimi planami objął Pan to stanowisko?

Chciałbym usprawnić funkcjonowanie muzeum w zakresie zarządzania – zaplanowałem zorganizowanie nowego zespołu dyrektorskiego. Dotychczasowy wieloletni dyrektor odszedł na emeryturę, jego zastępcy też już nie pracują. Druga sprawa to pieniądze, muzeum jest mocno niedofinansowane. Być może wynika to z faktu, że pod jedną marką Muzeum Narodowego funkcjonuje dziewięć autonomicznych placówek o różnych profilach, zatem musi kosztować więcej, niż muzeum zatrudniające tyle samo osób, ale zlokalizowane w jednym miejscu. Po trzecie – działalność merytoryczna, w pierwszej kolejności należy podjąć się przepracowania, zaktualizowania programu wystaw. Muzeum było przez rok w okresie przejściowym – kierowała nim osoba pełniącą obowiązki dyrektora, stąd niektóre tematy nie mogły być dopięte. Bardzo ważną kwestią w życiu każdego muzeum jest gromadzenie zbiorów, zależy mi więc na sprofesjonalizowaniu i wzmocnieniu tego działu, łącznie z rozwiązaniem problemu braku magazynów właściwych dla części naszych zbiorów. W ramach działalności merytorycznej opowiadam się też za współpracą z wiodącymi muzeami i to już się dokonuje, z Muzeum Narodowym i Zamkiem Królewskim w Warszawie, Muzeum Narodowym w Krakowie, z zamkiem na Wawelu i innymi. Kolejnym obszarem, na którym chciałbym popracować jest rozwój pracowników. Mamy spory zespół znakomitych osób, które muszą mieć stworzone warunki, aby rozwijać się i podnosić swoje kwalifikacje na pracowników, a nawet zdobywać stopnie naukowe. Chodzi mi także o kompetencje miękkie w zakresie umiejętności współpracy, pracy w zespołach w systemie projektowym czy wreszcie doskonalenia tego, co jest dostrzegane przez publiczność – czyli empatii – zdolności do miłego przyjęcia. Ostatnia kwestia to komunikacja i rozwój publiczności. Chcielibyśmy usystematyzować, uspójnić ten obszar, począwszy od takich narzędzi, jak system identyfikacji wizualnej stosowany konsekwentnie we wszystkich obszarach muzeum. Planujemy także badać – nie tylko opierając się na intuicji – satysfakcję publiczności. Spowoduje to, że zobiektywizujemy to, co się o nas myśli. Nie będziemy polegać tylko na bezpośrednio docierających głosach, które najczęściej są bardzo spolaryzowane – krytyczne bądź entuzjastyczne – lub na własnych odczuciach, które z kolei są subiektywne. Badania będziemy realizować przy pomocy odpowiednich badań przeprowadzonych we współpracy z Wydziałem Antropologii i Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Chcielibyśmy także zbudować silny wolontariat młodzieżowy i senioralny oraz usieciowić nasze muzeum we współpracy ze wspomnianymi muzeami w Polsce, ale także realizować projekty międzynarodowe. 

Kierował Pan Wielkopolskim Muzeum Niepodległości, ale też przez wiele lat był Pan burmistrzem Murowanej Gośliny. Czy doświadczenie to pomaga w zarządzaniu instytucją kultury? 

W swoim nie takim krótkim życiu wykonywałem różne prace – byłem nauczycielem, kierownikiem lokalnej telewizji, dyrektorem handlowym w firmie wyposażającej sklepy w urządzenia i regały do sprzedaży nośników kultury, czyli płyt kompaktowych, jeszcze wtedy kaset video, książek, w wieże do słuchania muzyki. Najdłużej, bo szesnaście lat, pełniłem funkcję burmistrza. Byłem także przewodniczącym związku międzygminnego i w końcu dyrektorem Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości. To jest dość bogate doświadczenie – z każdego etapu mogę wyciągnąć coś na przyszłość. Kompetencje historyka pochodzą z okresu akademickiego i nauczania historii, już wówczas kształtowała się moja umiejętność współpracy z ludźmi. Pewne wyczucie komunikacji z kolei zrodziło się w okresie, kiedy współtworzyłem telewizję na Zielonych Wzgórzach. Kiedy byłem burmistrzem bardzo mocno stawialiśmy na kulturę, już dość dobrze zakorzenioną w tym małym, ale dość prężnym miasteczku. Aktywnie rozwijaliśmy wówczas bibliotekę, mini muzeum – Izbę Regionalną, powołaliśmy także do życia pracownię archeologiczną Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, która prowadziła badania na Radzimiu, kasztelańskim grodzie średniowiecznym na wyspie na Warcie. Wydarzenia, które zazwyczaj mają miejsce w małych miejscowościach, takich jak dni miasta, u nas wyglądały zupełnie inaczej. Nawiązywaliśmy do tradycji naszej gminy, a ważnym jej elementem była partycypacja mieszkańców. Mieliśmy zatem nie Dni Murowanej Gośliny, a Jarmark św. Jakuba, który organizował Ośrodek Kultury we współpracy z wieloma stowarzyszeniami i mieszkańcami. Był Targ Wiejski w Boduszewie przygotowywany przez Sołectwo Boduszewo. Festiwal „Musica Sacra Musica Profana” w Długiej Goślinie był organizowany we współpracy z tamtejsza parafią i sołectwem, podobnie Wianki w Mściszewie. Opracowaliśmy wówczas monografię Murowanej Gośliny. Kultura odgrywała więc ważną rolę i nie polegała na powielaniu jakichś wzorców, ale związana była z odkrywaniem własnej tożsamości. Przystąpiliśmy do dobrej rodziny miast europejskich w ramach ruchu Cittaslow, skupiającego miejsca ceniące własną tożsamość, gdzie żyje się dobrze, w sposób uporządkowany, nie tak szybki, jak w wielkich ośrodkach. 

Najbardziej konkretnym doświadczeniem muzealniczym było oczywiście to, zdobywane w Wielkopolskim Muzeum Niepodległości, też dość złożonej placówce, bo składającej się z pięciu zróżnicowanych oddziałów. Kiedy objąłem stanowisko dyrektora powszechnie twierdzono, że jest za mało pieniędzy i niewiele można osiągnąć, a udało się przeprowadzić modernizację wszystkich muzeów, przygotować wielką epokową inwestycję, jaką jest budowa nowego Muzeum Powstania Wielkopolskiego oraz zgromadzić środki i przeprowadzić modernizację tragicznego, ale niezwykle ważnego miejsca, jakim jest Fort VII. 

Od początku podjął Pan działania w celu zwiększenia dofinansowania muzeum…

Jesteśmy w momencie, w którym wykonaliśmy wszystkie możliwe ruchy. Kiedy zostałem dyrektorem od razu rzuciliśmy się do pracy, aby przygotować dobrze uzasadnione wnioski o dofinansowanie. Wraz z zespołem kierowniczym zorganizowaliśmy dwudniowy wyjazd do Warszawy i przekonaliśmy ministerstwo, że pieniędzy jest tutaj za mało. Ufam, że przynajmniej część naszych potrzeb zostanie zaspokojona. Należy jednak pamiętać, że pojawiło się coś, czego nikt nie przewidywał, kiedy byliśmy w styczniu w Warszawie, a mianowicie pandemia koronawirusa. Prawdopodobnie nastąpi przerzucenie wielu rezerw państwowych na ten obszar, ale jest to sytuacja nadzwyczajna. Mam nadzieję jednak, że nasze podstawowe potrzeby zostaną dofinansowane. 

Jednym z głównych punktów Pana programu jest budowa nowego Muzeum Powstania Wielkopolskiego. Czy jest to aktualne?

Deklaruję wsparcie tego przedsięwzięcia. Jest to inwestycja Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości, ale uzyskałem zgodę pana ministra Piotra Glińskiego, abym mógł część swojego czasu poświęcić wspieraniu jej przygotowania i realizacji. Reprezentuję muzeum ministerialne, jestem dobrym ambasadorem sprawy, mediatorem pomiędzy muzeum samorządowym Miasta Poznania, jego władzami a ministrem kultury. Nie jest tajemnicą, że relacje te nie są usłane różami (śmiech), w związku z tym ktoś taki, jak ja jest dobrym pośrednikiem. Udało mi się przyczynić do pewnego porozumienia politycznego w tej sprawie, czyli pierwszy etap misji wykonałem. Jest zgoda pana prezydenta Jaśkowiaka i pana ministra Glińskiego i decyzja, że mamy to zrobić wspólnie, razem finansując. 

Jest też druga rzecz – publiczność często nie rozumie, dlaczego w Poznaniu pewne zasoby prezentowane są fragmentarycznie, skoro mamy jedno wielkie zwycięskie Powstanie Wielkopolskie, w którym udział brała inteligencja, ziemiaństwo, robotnicy, chłopi, rzemieślnicy, w zasadzie każdy, to muzeum, jeśli ma być poważane i doceniane w skali narodowej, też powinno być jedno. Powstanie zatem placówka będąca w strukturach Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości, a nasze muzeum, które także ma w swoich zasobach pamiątki z powstania, często nieeksponowane, zasili i wzbogaci tę wystawę. Będzie można powiedzieć, że zbiór eksponatów prezentowanych w nowym muzeum przy ul. Północnej, pod Wzgórzem Św. Wojciecha, będzie wspólnym wysiłkiem Muzeum Niepodległości i partnera, jakim jest Muzeum Narodowe. I tak widzę swoją rolę – jako ambasadora, mediatora i tego, który może pomóc wzbogacić ekspozycję dla dobra pamięci o powstaniu, ale też atrakcyjności dla odwiedzających. 

Najwyższy czas, żeby jakaś instytucja reprezentowała powstanie wielkopolskie w sposób godny. Do tej pory wiele się mówi o powstaniu warszawskim, nic mu nie ujmując, ale oni do tego powstania byli przymuszeni, a my działaliśmy od lat, żeby w pewnym dogodnym dla nas momencie je zrobić. Dlatego takie były skutki, nie było żadnej martyrologii, ludzie ginęli incydentalnie. Potrafiliśmy to po prostu świetnie zorganizować i wykorzystać sytuację i czas.

Jedno i drugie ma bardzo ważną pozycję w historii Polski, trudno te dwa powstania porównywać, ale mógłbym się tego zestawienia podjąć pod kątem muzealniczym – powstanie warszawskie dysponuje trzema tysiącami metrów kwadratowych na ekspozycję stałą, a obecne Muzeum Powstania Wielkopolskiego ma dziesięć procent tej powierzchni. To była dla mnie główna motywacja i powód, dla którego podjąłem się tego projektu, ponieważ dysproporcja jest absolutnie nie do usprawiedliwienia. Na trzystu metrach nie można nawet przeprowadzić klasy szkolnej, w Odwachu są pomieszczenia, do których może wejść tylko około piętnastu osób.

Czy projekt jest jeszcze w sferze dyskusji czy już możemy zapytać kiedy się pojawi na mapie Poznania?

Opracowana jest dokumentacja techniczna, w przyszłym roku będzie pozwolenie na budowę. Jesteśmy przed ogłoszeniem konkursu na ekspozycję stałą, za dwa lata mogłyby się rozpocząć prace budowlane. Myślę, że powinniśmy móc odwiedzić muzeum w sto szóstą lub sto siódmą rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego, czyli w 2024 lub 2025 roku. 

Jakie są pozostałe plany dyrektora Muzeum Narodowego w Poznaniu na ten rok i najbliższe lata? Czy spróbuje Pan zrobić to, czego nie podjął się poprzednik i wrócić do wielkich, pięknych wystaw jak Malczewski, Vanitas, Moda, Odwilż...? Wystawy te cenił nie tylko Poznań, były ogólnopolskie, a nawet europejskie. Przy jednej z nich pracowałam, zrobiłam film „Pomiędzy Wiedniem a Wilnem” na zlecenie muzeum, dotyczył baroku. Może to byłby dobry sposób, żeby pozyskać więcej zwiedzających...?

Na początku chciałbym podkreślić, że doceniam działalność moich poprzedników, każdy z nich pozostawił sporo serca, zaangażowania, swój ślad. Nie jestem historykiem sztuki, ale jestem pewien, że kompetencje moich poprzedników były znakomite. Ja mam wystarczające doświadczenie w sprawach organizacyjnych, żeby do dotychczasowego doświadczenia coś wnieść. Mogę zapowiedzieć trzy bardzo duże wystawy, które panią redaktor na pewno usatysfakcjonują, oprócz innych cennych, w ramach których będziemy się skupiali na prezentowaniu naszych zbiorów w mniejszych formach. Jako impreza towarzysząca Światowemu Kongresowi Historyków pojawi się np. wystawa zbiorów grafiki niemieckiej. 

Wracając do planowanych wielkich wystaw – w październiku zamierzamy otworzyć wystawę, której pewna wersja była już prezentowana w oddziale Luwru, niebawem będzie w Warszawie, a jesienią zawita do nas. W pewnej części współtworzona jest przez poznańskie muzeum. Będzie to wystawa malarska „Polska. Siła obrazu”, prezentująca najbardziej przekonujące obrazy, głównie XIX-wieczne, aż po Młodą Polskę. Wszystko wskazuje na to, że uda się, aby wystawę tę otwierał „Rejtan” z Zamku Królewskiego i nasza „Melancholia” Jacka Malczewskiego. Będą znakomite obrazy, które na pewno publiczności przypadną do gustu. 

Drugą, będzie wystawa wspaniałego, jeszcze może mało znanego, ale zyskującego popularność na świecie, duńskiego malarza Vilhelma Hammershoia. Jest to przepiękne malarstwo. Do współpracy zaprosiliśmy muzeum krakowskie, więc z Poznania wystawa powędruje do Małopolski. 

Kolejna wystawa robiona jest wspólnie przez Poznań, Kraków i Warszawę, odbędzie się za trzy-cztery lata i prezentować będzie dzieła Józefa Chełmońskiego. Przy okazji chcę podkreślić, że nie mamy żadnych oporów, żeby współpracować z muzeami, utrzymujemy bardzo dobre relacje z głównymi muzeami narodowymi i zamkami królewskimi, które też mają znakomite zbiory. 

Uważam, że nie powinniśmy mieć kompleksów w tej materii...

Nasza kolekcja malarstwa europejskiego jest z całą pewnością najlepsza w Polsce.

Chciałabym jeszcze dodać, że wystawy, o które Pana pytałam dotyczyły tutejszych zbiorów, chodziło o pokazanie tego, co jest w muzeum. Oczywiście współpraca też jest ważna, może w dzisiejszych czasach ważniejsza...

Jest przede wszystkim racjonalna. Przedsięwzięcia, o których wspomniałem są wysokobudżetowe, łatwiej przekonać organizatora czyli ministerstwo, że robimy dużą wystawę, która ma potem swoje kolejne edycje, kiedy robimy to wspólnie. Nie ma obecnie żadnej ekspozycji malarstwa XIX-wiecznego, na której nie byłoby naszych obrazów, tak poważny jest ten zbiór. Zawdzięczamy go rodzinie Raczyńskich, Poznańskiemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk, ale też systematycznemu powiększaniu  kolekcji przez samo muzeum. 

Czy planuje Pan jakieś wydawnictwa traktujące o naszym poznańskim muzeum?

Każdej wystawie towarzyszy pieczołowicie przygotowany katalog. Przed paroma dniami została otwarta ekspozycja w Muzeum Sztuk Użytkowych na Zamku Przemysła pięćdziesięciu dziewięciu plakatów z naszego ogromnego, cennego zbioru trzydziestu pięciu tysięcy prac. Wystawa nosi tytuł „Siedzisko. Krzesło. Tron.” i dotyczy mebli do zasiadania. Wydarzeniu towarzyszy katalog, rozpoczynający całą serię wydawnictw, które stopniowo będą pokazywać bogactwo naszej kolekcji plakatów, których stałej ekspozycji niestety nie mamy. Nasz zespół wydawnictw jest precyzyjny, świetnie pracuje i z całą pewnością pomysłów nie zabraknie.

Pragnę zwrócić uwagę, że mówimy o Muzeum Narodowym, galerii głównej, ale nie zapominajmy, że mamy jeszcze osiem innych muzeów: Muzeum Sztuk Użytkowych ze wspaniałymi zbiorami i nowym gmachem, Wielkopolskie Muzeum Wojskowe ze znakomitymi tradycjami sięgającymi początków niepodległości, w ratuszu – Muzeum Historii Miasta Poznania (trwa właśnie renowacja części pomieszczeń), mamy Muzeum Instrumentów Muzycznych po kapitalnym remoncie – jedyne tej rangi muzeum w Polsce, jest Muzeum Etnograficzne wymagające sporych nakładów, ale o bardzo ciekawym programie czy wreszcie trzy wielkie, znakomite rezydencje – Rogalin Raczyńskich, Gołuchów Czartoryskich i Śmiełów Chełkowskich z przepięknym Muzeum Adama Mickiewicza.

Jest Pan prezesem stowarzyszenia, które powołało do życia Park Dzieje, który okazał się być strzałem w dziesiątkę, a widowisko „Orzeł i krzyż” cieszy się nieustanym powodzeniem. Czy będą jakieś punkty styczne pomiędzy Pana obecną pracą, a tym pomysłem?

One już są, niezależnie od mojej obecnej funkcji. „Orzeł i krzyż” inspirowany jest polskim malarstwem historycznym, głównym narratorem jest Stańczyk z obrazu Jana Matejki, współnarratorką dziewczyna przy studni pędzla Jacka Malczewskiego. Te inspiracje pojawiły się więc, kiedy nawet nie planowałem zostać dyrektorem Muzeum Narodowego. Obrazy odróżniają widowisko, dźwigają na nieco wyższy poziom piękna w stosunku do dość realistycznych rekonstrukcji historycznych. W końcu autorem scenariusza jest znakomity przedstawiciel środowiska historyków sztuki współpracujący z muzeum prof. Jacek Kowalski. W tym roku „Orzeł i krzyż” z podtytułem „Wielkie zwycięstwa” poprzez galerię żywych obrazów będzie akcentować Grunwald, Wiedeń, Bitwę Warszawską i Jana Pawła II.

z panią Lucyną Białk-Cieślak, dyrektorką Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Poznaniu, rozmawia Viola Ordon

W Państwa szkole od lat z powodzeniem funkcjonuje program Erasmus+. Jakie są  perspektywy na kolejny semestr?

To zawsze jest dla nas dużym wyzwaniem. Mamy Kartę Jakości Mobilności, która daje spore szanse i możliwości, a ostatnio przeszliśmy procedurę opiniującą nasze działania. W skali Polski w ocenie osób kontrolujących, perfekcyjnie prowadzimy dokumentację. Daje to perspektywy na przyszłość, ponieważ Karta jest przyznawana raz na pięć lat. W Polsce Zachodniej wysyłamy największą liczbę młodych ludzi na praktyki zawodowe w ramach Erasmusa. W ubiegłym roku było ich stu trzydziestu dwóch, w tym roku wniosek obejmie stu czterdziestu uczniów, a z nauczycielami-opiekunami wyjeżdżającymi w ramach “Job schedowing” – ponad stu pięćdziesięciu uczestników.

Jakie korzyści daje młodzieży uczestnictwo w wymianach zagranicznych?

Uczniowie zdobywają dodatkowe  umiejętności w stosunku do tego, co realizowane jest w szkole.  Młodzież miała szansę szkolić się w zakresie telekomunikacji, łączy, kładzenia światłowodów, ale także w zakresie mechaniki pojazdów samochodowych, klimatyzacji, chłodnictwa, mechaniki lotniczej. Poruszone zostały kwestie związane z odnawialnymi źródłami energii: fotowoltaiką, ogrzewaniem pompami ciepła. Wszystkie te zagadnienia są dla nich przyszłościowe i bardzo interesujące. 

Z perspektywy ponad dziesięciu lat Erasmusa, jako największą korzyść z wyjazdu uczestnicy wymieniają kompetencje komunikacyjne, umiejętność odnalezienia się w środowisku międzynarodowym, które ma różny styl i charakter pracy. Muszę przyznać, że większość uczniów znakomicie sobie radzi. Poza tym uczniowie zdobywają umiejętności typowo życiowe. W domach szereg czynności wykonują za nich rodzice, a nagle znajdują się w sytuacji, kiedy muszą poradzić sobie sami – przygotować posiłki, lunchboxy do pracy, zorganizować czas. Bywa to dla niektórych uczniów trudne, ale także stanowi pewien krok do wejścia w dorosłość. 

Czy wprowadzacie Państwo zmiany w funkcjonowaniu projektu bazując na swoim bogatym doświadczeniu?

W tym roku projektujemy nowy model Erasmusa. Znaleźliśmy zakłady pracy, które najbardziej spełniają oczekiwania naszych uczniów, sprawdziliśmy je pod względem jakości i wybraliśmy tylko te, które spełniają określone standardy. Jest to dla nas proces niełatwy. Zazwyczaj instytucja pośrednicząca je rekomenduje. My tę sytuację trochę zmieniliśmy. Rekomendowane firmy sprawdziliśmy na miejscu, w efekcie część zaakceptowaliśmy, część nie. Przedstawiciele zakładów pracy przekazali nam informacje, jakie cele są w stanie najlepiej zrealizować. W oparciu o tę informację zaczęliśmy budować programy nauczania, które ponownie daliśmy firmom do weryfikacji i dopiero wtedy zostały ujęte we wniosku jako programy stanowiące jego integralną część. 

Wspomniała Pani wcześniej, że na wymiany wyjeżdżają także nauczyciele...

Tak, w praktykach zagranicznych dla nauczycieli w ramach “Job schedowing” wprowadziliśmy pewne zmiany. Przyjęliśmy założenie, że do jednego zakładu pracy trafią nie więcej niż dwie osoby. Dzięki temu są najbliżej zmieniających się technologii i zapotrzebowania na rynku pracy w zawodach, których nauczają. Sprzyja to także zmianom w prawie oświatowym, które mówią o tym, że nauczyciel powinien odbyć praktyki na terenie zakładów pracy. W tym przypadku są to firmy zlokalizowane na obszarze Unii Europejskiej. Z pewnością da to nauczycielom pewien pogląd na to, w jakim kierunku kształcenie praktyczne powinno się rozwijać.

Nauczyciele nadzorują pracę?

Współuczestniczą lub asystują. Przyszłoroczny, nowy projekt zakłada realizację praktyk w Santiago di Compostella, ale także w firmach zrzeszonych w klastrze przetwórstwa owoców morza. W przyszłości, kiedy sami będą decydować o formie zatrudnienia, czy to będzie praca w koncernie czy samozatrudnienie, doświadczenie zdobyte za granicą będzie im pomagało w budowaniu relacji międzyludzkich, które w pracy są bardzo ważne.

Czy interesujecie się Państwo tym, czy maturzyści pójdą na studia, czy raczej zaczną szukać pracy?

Tak. Prowadzimy nasze wewnętrzne badania. W ostatnich latach zauważamy, że nasi absolwenci są bardzo potrzebni na rynku pracy, często otrzymują propozycje, a ponieważ stawki wynagrodzenia dla początkującego fachowca są bardzo dobre, to często wybierają studia zaoczne, z uwagi na to, że mogą być samodzielni, a jednocześnie rozwijać ścieżkę swojej kariery. Oczywiście jest znacząca grupa uczniów, która wybiera studia dzienne, tym niemniej zauważamy, że pracodawcy bardzo sobie cenią absolwentów technikum. W porównaniu z osobami kończącymi kierunki inżynierskie, a wcześniej uczącymi się w liceum ogólnokształcącym, absolwentów technikum uważa się za osoby bardziej kompetentne na poziomie praktyki, którą już zdążyli zdobyć. Często są sprawniejsi i mogą pełnić rolę mistrza zarządzającego jakąś komórką na terenie zakładu pracy. Zdarza, że moi absolwenci po dwóch-trzech latach otrzymują funkcje kierownicze, jednocześnie kończą na politechnice studia zaoczne, a ścieżka kariery zawodowej i awansu na terenie firmy przebiega  szybko. To jest bardzo duża motywacja dla młodych ludzi.

Podobno macie Państwo zupełnie nowe, podniebne plany...?

Owszem, w tym roku nawiązaliśmy kontakty z Wyższą Szkołą Pilotów oraz lotniskiem w A Corunie w Hiszpanii. W naszej ofercie edukacyjnej na przyszły rok pojawią się dwa nowe kierunki kształcenia, a mianowicie technik awionik oraz technik automatyk. Technik mechatronik oraz technik automatyk to zawody uznane przez ministra edukacji za ważne dla gospodarki, o najwyższej subwencji i dotacji. Technik awionik natomiast pojawi się w związku z projektami rozszerzenia portów lotniczych i Centralnego Portu Komunikacyjnego. Są to duże wyzwania, bo w zawodach związanych z lotnictwem jest spory deficyt. Od przyszłego roku będziemy jedyną szkołą w województwie, która będzie kształciła w zawodzie technika awionika. Myślę, że to ważna informacja dla osób, które chciałyby uczyć się i w przyszłości budować swoją karierę jako piloci statków powietrznych i związać się np. z Politechniką Poznańską, bądź innymi szkołami, które mają ofertę kształcenia w tym zakresie.

Będziecie Państwo korzystać z doświadczenia Politechniki Poznańskiej?

Tak. Mamy porozumienie z Politechniką i na pewno będziemy chcieli rozszerzać jego zakres. Ma to związek z rozbudową i przeniesieniem Aeroklubu Poznańskiego i jego infrastruktury. Tematy są otwarte i bardzo ważne dla naszej szkoły. Bardzo dumni jesteśmy z niedawno uzyskanej informacji, że w zawodzie technik mechanik lotniczy, w którym kształcimy już sześć lat, część teoretyczną bardzo trudnego egzaminu kwalifikacyjnego nasi uczniowie zdali w stu procentach. Czekamy jeszcze na potwierdzenie wyników części praktycznej.

Nic, tylko gratulować!

Jesteśmy z tego bardzo, bardzo zadowoleni. Myślę, że uczniowie też, ponieważ jest to jedyny zawód, który ma tylko jedną kwalifikację, a ponadto jest szalenie trudny. 

Planujemy także organizację dużej konferencji dla wszystkich szkół lotniczych w Polsce, która odbędzie się jesienią w naszym Centrum. Nasza infrastruktura została doposażona na kwotę dwudziestu milionów złotych, dzięki czemu będziemy mieli bardzo dobre warunki do kształcenia we wszystkich tych trudnych i bardzo kosztownych zawodach zarówno w sensie praktycznym, jak i teoretycznym. Będziemy mieć nowe laboratoria, pracownie mechatroniki, klimatyzacji, chłodnictwa, awioniki, mechaniki lotniczej, automatyki, robotyki, automatyki procesów spawalniczych. Uczniowie będą mogli zdobywać nowe doświadczenie i kwalifikacje. Nasze projekty skierowane dla osób dorosłych i dla młodzieży oraz dodatkowe kursy na ten rok szkolny opiewają na kwotę blisko czterech milionów złotych.

Co to oznacza?

…To, że każdy spośród stu trzydziestu uczniów szkoły młodzieżowej może uzyskać dodatkowy kurs, który jest jednocześnie uprawnieniem, w zależności od zawodu, w którym się kształci. Można uzyskać bardzo kosztowne na rynku komercyjnym uprawnienia gazowe, spawalnicze, elektryczne, w zakresie programowania maszyn i urządzeń. W momencie uzyskania dodatkowego uprawnienia wypuszczamy absolwenta bardzo atrakcyjnego na rynku pracy. Staramy się, aby każdy uczeń zdobył co najmniej dwa uprawnienia w cyklu kształcenia, oprócz doświadczenia zdobytego na rynku międzynarodowym. Kończy się to potwierdzeniem jednostek umiejętności zawodowych i ich wpisem do bazy międzynarodowej, gdzie każdy pracodawca może sięgnąć i zobaczyć czego uczeń się nauczył w danym zakładzie pracy, jaką wiedzą dodatkową i umiejętnościami praktycznymi dysponuje. Wydaje się, że dla młodego człowieka jest to dodatkowa rekomendacja i doświadczenie, z którym przychodzi do przyszłego pracodawcy.

Czy szkoła będzie korzystać z lotniska, które przenosi się do Kąkolewa? Czy stworzycie Państwo wspólnie nową jakość?

Tak, mamy wielu partnerów, z którymi współpracujemy na co dzień, budujemy nowe perspektywy i plany, poczynając od Politechniki Poznańskiej, gdzie odbyliśmy rozmowy dotyczące projektu w zakresie kształcenia młodzieży i dawania im uprawnień związanych z licencjami lotniczymi. Ufamy, że kierunek ten będziemy rozwijać. Szczególnie ważny będzie w perspektywie nowego zawodu technik awionik, ale także ciekawy dla przyszłych mechaników lotniczych. Uczniowie często wybierają ten zawód, ponieważ kariera, którą chcą zrealizować – to pilot statków powietrznych. Chcą zdobyć doświadczenie, ze względu na dużą dojrzałość i poczucie odpowiedzialności za życie ludzkie. Współpraca pilota z mechanikiem jest niezwykle ważna. Obecnie na finiszu studiów licencjackich mamy dwóch absolwentów, jeden w Rzeszowie, drugi w Chełmie, którzy zaczynali od mechanika lotniczego, a studia wyższe wybrali w kierunku pilotażu statków powietrznych. W tym kontekście nowe możliwości, perspektywa nowego lotniska jest interesująca i w najbliższych tygodniach na pewno będziemy prowadzić różnego rodzaju rozmowy, mam nadzieję, że zakończą się efektywnym porozumieniem. 

wtorek, 16 czerwiec 2020 17:10

Nowoczesne leśnictwo z tradycjami

Z prof. dr hab. Piotrem Łakomym, dziekanem Wydziału Leśnego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, rozmawia Maja Netter

Z uwagi na pandemię wiele instytucji, w tym uczelnie wyższe, zostało zmuszonych do całkowitej reorganizacji pracy. Jak radzą sobie w nowych okolicznościach wykładowcy i studenci Wydziału Leśnego? 

Fot 1Rzeczywiście, sytuacja z jaką mierzymy się obecnie nie jest łatwa. Musieliśmy w bardzo krótkim czasie zmienić formę prowadzenia zajęć, jak również tryb naszej pracy naukowej. Muszę przyznać, że zarówno pracownicy, jak i studenci z dużym zrozumieniem i zaangażowaniem podeszli do zajęć w formie zdalnej. Ze względu na specyfikę naszych studiów ćwiczenia laboratoryjne i terenowe nie będą możliwe, póki nie wrócimy na uczelnię, ale wszystkie inne zajęcia prowadzimy według normalnego rozkładu, także na studiach niestacjonarnych w soboty i niedziele. Pracownicy korzystają z kilku platform służących zdalnemu kształceniu. Muszę przyznać, że frekwencja na wykładach jest większa, niż na salach wykładowych, a platformy edukacyjne umożliwiają aktywne uczestnictwo studentów, którzy nie są tylko biernymi słuchaczami. 

Patrząc na realizację zajęć na Wydziale Leśnym jestem bardzo zadowolony zarówno z wysiłku wykładowców, jak i zaangażowania studentów. 

W tym roku obchodzimy 150-lecie powstania Wyższej Szkoły Rolniczej im. Haliny w Żabikowie, która legła u podstaw powołania Wydziału Rolniczo-Leśnego. Czy bez wspomnianej szkoły wydział miałby szansę powstać w 1919 roku? 

Zainteresowanie leśnictwem, w tym ideą kształcenia na poziomie uniwersyteckim, miało nieco dłuższą historię, sięgająca powstania Wydziału Leśnego w ramach Centralnego Towarzystwa Gospodarczego dla Wielkiego Księstwa Poznańskiego w 1866 roku, które skupiało znakomitych leśników. W 1870 roku powstała Wyższa Szkoła Rolnicza im. Haliny w Żabikowie, niestety zamknięta po sześciu latach. Jednak w Wielkopolsce nadal działało aktywnie wielu światłych ludzi, aby leśnictwo i rolnictwo było wykładane na poziomie uniwersyteckim. Kiedy tworzył się uniwersytet najdziwniejszą sprawą było to, że ziemiaństwo wielkopolskie sprzeciwiało się powstaniu Wydziału Rolniczo-Leśnego argumentując to tym, że potrzebna im jest średnia kadra techniczna do prowadzenia gospodarstw, a nie wykształceni ludzie. Na szczęście inni ziemianie, naukowcy i poznaniacy z prof. Heliodorem Święcickim – przyszłym rektorem – na czele doprowadzili do powstania Wydziału Rolniczo-Leśnego, jako jednego z pierwszych na Wszechnicy Piastowskiej. 

Rok temu świętowaliście Państwo jubileusz 100-lecia Akademickich Studiów Rolniczo-Leśnych. Co może Pan zaliczyć do najważniejszych rocznicowych wydarzeń?

Roku Jubileuszu był wyjątkowy i obfitował w wiele wydarzeń na uczelni, ale także na Wydziale. Obchody jubileuszowe Wydziału Leśnego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. rozpoczęliśmy od uroczystości wręczenia dyplomu Doktora Honoris Causa prof. Hubertowi Hasenauerowi, rektorowi Universität für Bodenkultur w Wiedniu. Dorobek naukowy stawia go w gronie europejskich liderów badających wpływ zmian klimatycznych na drzewa i drzewostany, a także zajmujących się modelowaniem procesów i zjawisk zachodzących w środowisku leśnym. Główne uroczystości odbyły się 25 czerwca 2019 r. w Biocentrum UPP. Wydział Leśny jest spadkobiercą i kontynuatorem jednego z pierwszych wydziałów Uniwersytetu Poznańskiego – Wydziału Rolniczo-Leśnego. Obchody zgromadziły trzystu pięćdziesięciu gości z całej Polski, wśród których była Pani Małgorzata Golińska, absolwentka naszego Wydziału, aktualnie podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu. Na widowni obecne były władze i pracownicy uniwersytetu i innych uczelni, a także władze instytutów badawczych, przedstawiciele PAN, władze Lasów Państwowych, przedstawiciele instytucji i firm współpracujących z Wydziałem, a także rzesza absolwentów, głównie leśników z całej Polski. Po uroczystościach goście udali się do kompleksu Kolegium Cieszkowskich, gdzie w Ogrodzie Dendrologicznym Wydziału Leśnego UPP dokonano uroczystego odsłonięcia Alei Dębów Dziekańskich oraz uruchomiono znajdujący się na Dworku Sołackim Zegar 100-lecia, ufundowany przez społeczność, absolwentów i przyjaciół wydziału. Aleje dębów – symboli długowieczności społeczność akademicka Wydziału dedykuje pamięci profesorów, którzy pełnili funkcję dziekana Wydziału Leśnego. Każdy z dziekanów miał udział w tworzeniu najlepszej jednostki w Polsce kształcącej leśników i prowadzącej badania w zakresie nauk leśnych, jaką jest nasz Wydział.

Warto jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu związanym z naszym jubileuszem, mianowicie w dniach 24-26 września 2019 Wydział Leśny zorganizował Międzynarodową Konferencję pt. „Universities within the forests”. Na zaproszenie odpowiedzieli dziekani, prodziekani lub osoby reprezentujące siedemnaście wydziałów leśnych z piętnastu państw. Spotkanie było też wyśmienitą okazją do efektywnych dyskusji na temat stanu obecnego oraz przyszłości „uniwersytetów leśnych”. Efektem konferencji jest książka w języku angielskim, w której zostały zawarte informacje o uniwersytetach prowadzących działalność naukową i dydaktyczną związaną z lasami i leśnictwem. 

Wydział znalazł się w gronie nominowanych do nadawanego przez redakcję „Monitora Biznesu” tytułu „Symbol Synergii Nauki i Biznesu 2020”, za projekt „Wielkopolska Regionalna Inicjatywa Doskonałości w obszarze nauk o życiu Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu”. Proszę przybliżyć projekt.

Od 2019 roku Wydział Leśny jest beneficjentem w projekcie: „Wielkopolska Regionalna Inicjatywa Doskonałości w obszarze nauk o życiu, dyscyplinie nauki leśne”. Projekt jest finansowany w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2019-2022. Do głównych założeń projektu należy podniesienie poziomu badań naukowych przede wszystkim przez zwiększenie liczby publikacji naukowych w najlepszych czasopismach o zasięgu światowym. Poza tym staramy się intensyfikować znaczenie prowadzonych na Wydziale badań w międzynarodowym środowisku naukowym oraz nawiązywanie współpracy. Projekt zakłada także wsparcie badań nad nowoczesnymi metodami dydaktycznymi ukierunkowanymi na podwyższenie jakości kształcenia na kierunkach studiów oraz zwiększenie wpływu badań naukowych i prac rozwojowych na funkcjonowanie otoczenia społeczno-gospodarczego w regionie. 

W pierwszym roku realizacji projektu wsparliśmy publikacje naukowe, które ukazały się w renomowanych czasopismach o zasięgu światowym, a także pracowników, którzy aplikowali o projekty naukowe. W ramach programu sfinansowano także zakup specjalistycznej aparatury badawczej, m.in. zestaw aparatury dedykowany analizie stanu zdrowotnego drzew (tomograf i rezystograf). Nowy sprzęt, oprócz dokładnej analizy stanu zdrowotnego pni drzew niebezpiecznych, umożliwi również praktyczne kształcenie studentów. 

Bezpieczeństwo wokół drzew oraz zarządzanie ryzykiem jest problemem, który z roku na rok przybiera na znaczeniu i dotykać zaczyna również kompleksów leśnych. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom otoczenia społeczno-gospodarczego uruchamiamy w tym roku nowe studium podyplomowe „Zarządzanie ryzykiem w otoczeniu drzew – diagnostyka, pielęgnacja, monitoring”. Ponadto zorganizowaliśmy międzynarodową konferencję, a trzech pracowników uzyskało projekty z Narodowego Centrum Nauki. Zawiązaliśmy też współpracę międzynarodową, której efektem była aplikacja w programie Horyzont 2020. Moim zdaniem, biorąc pod uwagę wyłącznie wzrost aktywności publikacyjnej w najlepszych czasopismach w dyscyplinie leśnictwo, były to najlepiej zainwestowane pieniądze w rozwój kadry i wydziału. 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o drugim projekcie pt. „Zintegrowany Program Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu na rzecz Innowacyjnej Wielkopolski”, który realizujemy we współpracy z Działem ds. Funduszy Strukturalnych UPP (2019–2023). Projekt skierowany jest na podniesienie poziomu edukacji na kierunku leśnictwo poprzez poszerzenie innowacyjnych rozwiązań w kształceniu. Między innymi wprowadzamy do programu studiów symulator maszyny wielooperacyjnej do ścinania drzew, na którym studenci będą uzyskiwać umiejętności pracy z wykorzystywaniem najnowszych technologii. Nabycie tych umiejętności poszerzy kompetencje w podejmowaniu decyzji przyszłej kadry kierowniczej w Lasach Państwowych. Zależy nam, by nasi absolwenci byli świadomi realnych możliwości takich maszyn pod kątem wydajności, kosztów zarządzania czasem pracownika i oczekiwań, jakie będą stawiane przedsiębiorcom wykonującym zlecenia. Wprowadzimy także zajęcia praktyczne prowadzone przez pracowników otoczenia gospodarczego oraz poszerzymy ofertę takich zajęć. Ważnym elementem jest sfinansowanie szkoleń, które umożliwią studentom uzyskanie dodatkowych kończących się certyfikowanymi uprawnieniami zwiększającymi w przyszłości konkurencyjność naszych absolwentów na rynku pracy. Warto też wspomnieć, że około 90% naszych absolwentów znajduje pracę i realizuje się zawodowo w obszarach zgodnych ze zdobytym wykształceniem. 

Konferencyjne życie uczelni zostało chwilowo zawieszone, jednak jeszcze przed wybuchem pandemii odbyła się Ogólnopolska Konferencja Naukowa “Wielkopowierzchniowa inwentaryzacja obszarów leśnych z zastosowaniem technologii multisensorycznej platformy lotniczej”. Czy to oznacza że leśnictwo przyszłości zarządzane będzie z powietrza?

Leśnictwo jest dyscypliną, która oprócz zagadnień przyrodniczych, ochroniarskich, zajmuje się problemami technicznymi i technologicznymi. W ostatnich dziesięcioleciach wykorzystuje wiele nowoczesnych technologii, aby lepiej zarządzać obszarami leśnym, lepiej chronić i minimalizować skutki niesprzyjających warunków środowiskowych, jak choćby okresy suszy, które coraz częściej dotykają nasze lasy. Już w chwili obecnej wykorzystuje się statki bezzałogowe w leśnictwie w celu np. inwentaryzacji zasobów, zwierzyny, ochrony przeciwpożarowej, monitorowania zmian w środowisku czy procesu zamierania drzewostanów oraz uszkodzeń powodowanych przez owady. Na pewno w przyszłości leśnictwo nie będzie zarządzane z powietrza, ale będzie nadal wykorzystywało wiele innowacyjnych narzędzi, żeby efektywniej prowadzić gospodarkę leśną. Dodam, że w tym roku we współpracy z Centrum Kształcenia Lotniczego Politechniki Poznańskiej sfinansujemy kurs pilotażu bezzałogowych statków powietrznych dla naszych najlepszych studentów, umożliwiając nabycie nowych umiejętności.

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.