Redakcja

czwartek, 25 luty 2021 21:38

O udanych inwestycjach w trudnych czasach

z Wójtem Gminy Komorniki Janem Brodą rozmawia Maja Netter

W rozmowie, którą odbyliśmy na początku ubiegłego roku wśród priorytetów na najbliższą przyszłość wymienił Pan intensywną budowę szkoły w Wirach…

Tak, mimo wielu obostrzeń i utrudnień związanych z trwającą pandemią, budowa szkoły podstawowej w Wirach przy ul. Zespołowej 23 prowadzona jest zgodnie z planem.

Trwają właśnie prace wykończeniowe takie jak malowanie ścian, układanie wykładzin, biały montaż w toaletach. Sala gimnastyczna będzie dzielona kotarami, w tej chwili montowane jest wyposażenie sportowe. Docelowo na sali będą mogły jednocześnie odbywać się trzy lekcje wychowania fizycznego.

Budynek szkoły będzie się składał z trzech kondygnacji naziemnych, częściowo podpiwniczonych. Znajdzie się w nim dwadzieścia sześć sal dydaktycznych z zapleczami, świetlice szkolne, pracownie językowe i informatyczne oraz biblioteka. Wraz z salą gimnastyczną budynek szkoły będzie swoim kształtem przypominał literę „U” o łącznej powierzchni użytkowej 7092,51 m2. Do szkoły będzie mogło uczęszczać ponad sześciuset uczniów. 

Zakończenie wszystkich robót wraz z uzyskaniem pozwolenia na użytkowanie przewidziane jest do końca maja bieżącego roku. Począwszy od czerwca rozpoczniemy wyposażanie szkoły w meble, sprzęt komputerowy i multimedialny oraz inne niezbędne urządzenia. Wszystko po to, aby wraz z rozpoczęciem we wrześniu nowego roku szkolnego zabrzmiał w szkole pierwszy dzwonek. 

Wspomniał Pan także o planach budowy tunelu na ul. Grunwaldzkiej. 

Na budowę tunelu pod mocno obciążoną linią kolejową Warszawa-Berlin mieszkańcy Plewisk, Poznania oraz powiatu poznańskiego czekają od lat. Szlaban jest tu opuszczany średnio co kwadrans, co generuje spore korki i utrudnienia nie tylko dla kierowców, ale też dla osób podróżujących komunikacją publiczną. 

Po moich długoletnich staraniach o doprowadzenie do porozumienia samorządów w celu rozwiązania kwestii uciążliwego przejazdu kolejowego na granicy Poznania i Plewisk, niedługo rozpocznie się budowa węzła transportowego i tunelu na ul. Grunwaldzkiej. Budowa tej strategicznej inwestycji od samego początku napotykała na przeszkody. Wszystkie wcześniej planowane terminy rozpoczęcia robót trzeba było przesuwać w czasie, chociażby z uwagi na wstrzymanie ich przez odwołanie się jednego z mieszkańców od decyzji środowiskowej. Potem okazało się, że firmy startujące w przetargu złożyły oferty znacznie przekraczające możliwości finansowe inwestorów. Wszystko to powodowało, że budowa tunelu odkładana była w czasie. Mimo ostatnich perturbacji związanych z przetargiem, sprawa została ostatecznie rozwiązana. Wkrótce spółka Poznańskie Inwestycje Miejskie podpisze umowę z wykonawcą, firmą Budimex. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, jeszcze w tym roku rozpoczną się prace budowlane, które jednak będą musiały nabrać tempa. Aby nie stracić unijnego dofinansowania, inwestycja powinna się zakończyć w połowie 2023 roku. Na szczęście wybrany wykonawca jest doświadczoną i rzetelną firmą, więc nie powinniśmy się o to martwić. 

Koszt całego przedsięwzięcia, składającego się z budowy tunelu oraz węzła przesiadkowego, obejmującego parkingi dla aut i rowerów, pętlę autobusową, poczekalnię, wiaty peronowe, przebudowę układu drogowego – nowa droga, chodniki, ścieżki rowerowe, kładka pieszo-rowerowa nad ul. Grunwaldzką, szacowany jest na około 100 mln zł, z czego unijna dotacja wyniesie 66 mln zł. Zgodnie z podpisanym porozumieniem Miasto Poznań pokryje ponad 46 proc. kosztów, gmina Komorniki ponad 29 proc., a powiat poznański ponad 23 proc. Gmina jest na to finansowo przygotowana. Ta długo wyczekiwana inwestycja rozwiąże problemy komunikacyjne, które od wielu lat dają się we znaki okolicznym mieszkańcom. Gdy tunel powstanie, uciążliwe korki przed przejazdem kolejowym w Plewiskach przejdą do historii.

W kwietniu ubiegłego roku miało miejsce otwarcie Centrum Tradycji i Kultury w Komornikach. Inwestycja została wyróżniona w konkursie „Modernizacja Roku & Budowa XXI w” oraz plebiscycie „Nagroda Architektoniczna Województwa Wielkopolskiego”. Gratulujemy! 

Początkowo obiekt budził liczne kontrowersje ze względu na dość abstrakcyjną bryłę. Jednak, jak pokazują przyznane prestiżowe nagrody, znawcom sztuki budowlanej się to podoba. 

Decyzja o stworzeniu Centrum była wynikiem odczuwalnego braku miejsca spotkań, oferującego mieszkańcom wachlarz usług z dziedziny kultury, sztuki i rozrywki.

Postanowiliśmy zlokalizować budowlę na obszarze będącym najstarszą, historyczną częścią układu przestrzennego Komornik. Zgodnie z koncepcją projektu, zachowaliśmy istniejące tam obiekty: zabytkową organistówkę, budynek z cegły oraz pozostałości murów. 

Centrum Tradycji i Kultury jest obecnie siedzibą Gminnego Ośrodka Kultury, a także Gminnej Biblioteki Publicznej, które przeniosły się tutaj z ciasnych i mało komfortowych lokali. Głównym punktem Centrum jest sala widowiskowa na blisko trzysta osób z foyer i szatniami, którą w przyszłości planujemy wykorzystywać również jako kino. Obiekt mieści też liczne pracownie, w których odbywać się będą warsztaty i inne artystyczne zajęcia. Wyposażony jest w nowoczesne urządzenia, zawiera przestronne pomieszczenia oraz ładnie zagospodarowane otoczenie. W budynku znajduje się też biblioteka z czytelnią. 

W kwietniu ubiegłego roku, mimo trwającej pandemii, udało się otworzyć Centrum, jednak większość uroczystości odbyła się w internecie. Zaprosiliśmy wówczas mieszkańców na wirtualną podróż po obiekcie, a dla koneserów muzyki zorganizowaliśmy online koncert duetu poznańskich wiolonczelistek Cello 2 Cello, w którym każdy mógł wziąć udział nie wychodząc z domu. Chcieliśmy w ten sposób cieszyć się razem z mieszkańcami z nowego obiektu. 

Z uwagi na trwającą pandemię koronawirusa na razie wszystkie wydarzenia, zajęcia i koncerty odbywają się w ten sam sposób. Ma nadzieję, że gdy tylko życie wróci do normy, to miejsce stanie się dla naszych mieszkańców chętnie odwiedzanym  miejscem dostarczającym  wielu artystycznych doznań, ale i umożliwiającym realizowanie pasji i zainteresowań. 

W styczniu podpisano umowę z Urzędem Marszałkowskim dotyczącą udziału w projekcie „Standardy obsługi inwestora w jednostkach samorządu terytorialnego (JST) Województwa Wielkopolskiego”. Na czym będzie polegała współpraca?

Zgłosiliśmy się do udziału w projekcie, ponieważ zależy nam na doskonaleniu standardów obsługi naszych klientów, w tym również inwestorów, uznałem więc, że jest to projekt odpowiedni dla Komornik. 

Na bazie podpisanej umowy najpierw przeprowadzony zostanie audyt wstępny i doradztwo indywidualne, aby zdiagnozować nasze mocne i słabe punkty, wyeksponować atuty i znaleźć najlepsze rozwiązania. Dodatkowo, wytypowani pracownicy urzędu będą brali udział w szkoleniach i specjalistycznych warsztatach dotyczących współpracy na linii samorząd-inwestor, mająca na celu budowanie relacji, wymianę doświadczeń oraz dobrych praktyk w pozyskiwaniu i obsłudze inwestora. Dzięki wsparciu zmodernizujemy dotychczasowe, a także wdrożymy nowe procedury współpracy. Będziemy mieli możliwość wykonania zdjęć lotniczych terenów inwestycyjnych oraz stworzenia oferty inwestycyjnej. Jestem przekonany, że udział gminy Komorniki w projekcie udoskonali i usprawni wysoką już jakość obsługi klientów, dzięki czemu inwestorzy zgłaszający się do urzędu będą obsługiwani fachowo i merytorycznie. 

Za nami trudny rok. Co zaliczyłby Pan do największych osiągnięć, zrealizowanych mimo  przeciwności?

Jednym z sukcesów minionego roku jest na pewno rozpoczęcie prac nad projektem wiaduktu kolejowego na ul. Kolejowej na granicy Plewisk i Skórzewa. W listopadzie podpisaliśmy umowę z firmą POLWAR S.A. z Gdańska na zaprojektowanie i wybudowanie wiaduktu drogowego, umożliwiającego bezkolizyjny przejazd samochodów nad linią kolejową łączącą Warszawę z Berlinem. Całkowity koszt tej inwestycji wyniesie ponad 18 mln zł, z czego nieco ponad 7 mln zł opłaci spółka PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. z unijnego dofinansowania, a resztę kwoty liczącej ponad 11 mln zł, zostanie sfinansowane przez gminę Komorniki.

Do początku 2022 roku wykonawca musi wykonać dokumentację projektową i uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia i decyzje. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, prace powinny zakończyć się w drugim kwartale 2023 roku.

Wiadukt poprawi bezpieczeństwo użytkowników ruchu drogowego, a także znacząco udrożni „wąskie gardło” komunikacyjne tej części gminy. Dodatkowo, w połączeniu z inwestycją „Węzeł Grunwaldzka” całkowicie uwolni Plewiska od wieloletniego i uporczywego problemu oczekiwania na przejeżdżające pociągi na przejazdach kolejowych. Przestaniemy też marnować paliwo w oczekiwaniu na przejazd pociągu, co będzie miało korzystny wpływ na środowisko naturalne. 

Niewątpliwie dużym sukcesem jest też rozpoczęcie budowy obwodnicy Głuchowa, będącej długo wyczekiwaną inwestycją przez tamtejszych mieszkańców. Głównym celem i planowanym efektem inwestycji jest przekierowanie ruchu tranzytowego poza teren istniejącej zabudowy mieszkaniowej w miejscowości Głuchowo. Strefa przemysłowa w tym miejscu bardzo się rozrasta, dlatego zależało nam na tym, aby zminimalizować negatywne oddziaływanie zwiększonego ruchu w rejonie tej miejscowości, poprawiając tym samym bezpieczeństwo wszystkich użytkowników. Inwestycja jest w części finansowana z Państwowego Funduszu Celowego w ramach Funduszu Dróg Samorządowych, a jej całkowity koszt wyniesie prawie 9 mln, z czego gmina dofinansuje ją w kwocie 3,2 mln zł. 

Wybudowana droga w połączeniu z obwodnicą Chomęcic połączy drogę ekspresową S5 ze strefą przemysłową w rejonie Głuchowa i Komornik. Pozwoli też odciążyć Głuchowo i wyeliminować ruch pojazdów ciężarowych z nieprzystosowanych do tego dróg gminnych. Nową obwodnicą powinniśmy pojechać jeszcze w tym roku. 

W zeszłym roku podpisaliśmy też umowę na budowę boiska piłkarskiego wraz z budynkiem pomocniczym w Szreniawie. Inwestycja jest dofinansowana przez Ministerstwo Sportu w ramach programu „Sportowa Polska – Program rozwoju lokalnej infrastruktury sportowej EDYCJA 2019”. Nowo powstały obiekt będzie doskonałym uzupełnieniem istniejącej już w tym miejscu bazy sportowej – czterech kortów tenisowych oraz dwóch boisk do koszykówki i jednego do siatkówki. Tym samym w Szreniawie powstanie duże centrum sportowo-rekreacyjne, które będzie służyło zarówno mieszkańcom gminy, jak i gościom.

Niewątpliwym sukcesem jest uruchomienie kolejnego programu społecznego. Od lipca 2020 roku mieszkańcy Gminy Komorniki, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat, mogą ubiegać się o tzw. Komornicką Kartę Seniora. To program, dzięki któremu seniorzy mogą korzystać ze zniżek, ulg i rabatów oferowanych przez gminne instytucje publiczne na organizowane przez nie wydarzenia. Zniżki udzielane są również przez podmioty prywatne, które przystąpiły do programu w roli partnera. Projekt, choć młody, zyskał już sporo firm chcących w nim uczestniczyć jako podmiot pomagający seniorom. 

Czego Panu życzyć w 2021 roku?

Nie będę oryginalny jeśli powiem, że zdrowia. W dzisiejszych niepewnych, pandemicznych czasach to jest najważniejsze dobro, o które trzeba dbać. Chciałbym, aby pandemia koronawirusa szybko się skończyła i wszystko wróciło do normalności. Żeby świat znowu stanął na nogi i żebyśmy mogli swobodnie spotykać się twarzą w twarz i korzystać bez ograniczeń z uroków życia. 

Chciałbym także, aby udało nam się osiągnąć wyznaczone cele. 

z panem Marianem Poślednikiem, prezesem Lokalnej Grupy Działania Gościnna Wielkopolska, rozmawia Merkuriusz

Dorobek Gościnnej Wielkopolski jest znaczący. Co zaliczyłby Pan do najważniejszych realizacji?

Stowarzyszenie „Lokalna Grupa Działania Gościnna Wielkopolska” jest trójsektorowym partnerstwem skupiającym dwanaście gmin oraz przedstawicieli lokalnego biznesu i organizacji pozarządowych. Stowarzyszenie ma własną, innowacyjną i wpisującą się w politykę klimatyczną misję – „dobra żywność w czystym środowisku”.  Naszym największym sukcesem jest sprawne i konsekwentne wypełnianie tej misji. Cele określone w strategii realizujemy poprzez wspieranie finansowe różnorodnych przedsięwzięć podejmowanych przez beneficjentów w czterech obszarach działania, obejmujących: inwestycje związane z kształtowaniem krajobrazu wiejskiego (stawy, rowy, zadrzewienia) oraz odnawialnymi źródłami energii, wsparcie podejmowania i rozwoju działalności gospodarczej związanej z produkcją, przetwarzaniem i/lub sprzedażą lokalnych produktów żywnościowych, edukację w zakresie ochrony środowiska i zmian klimatu, lokalnych produktów żywnościowych, tradycyjnych potraw i zdrowego żywienia,promocję walorów rekreacyjnych i turystycznych, wykorzystujących lokalne dziedzictwo przyrodnicze.Na wsparcie finansowe beneficjentów LGD „Gościnna Wielkopolska” przeznacza 12 000 000 zł.

Państwa beneficjenci korzystają z dofinansowania projektów związanych w dużym stopniu z ekologiczną żywnością oraz ochroną środowiska. Jakie przedsięwzięcia wsparła Gościnna Wielkopolska?

Z budżetu Strategii rozwoju lokalnego kierowanego przez społeczność wsparliśmy inwestycje związane z zakładaniem i rozwojem działalności, instalowaniem odnawialnych źródeł energii, odtworzeniem, odnowieniem i zagospodarowaniem stawów, oczek wodnych i rowów melioracyjnych, wykonaniem nasadzeń śródpolnych i przydrożnych. Zrealizowanych zostało też kilka programów edukacyjnych o tematyce ochrony środowiska i ekologii oraz zdrowej żywności. 

Część z nich została już z sukcesem zakończona, wiele operacji jest w trakcie realizacji. Te efekty bardzo nas cieszą. Wsparcie finansowe z budżetu Lokalnej Strategii Rozwoju przyczyniło się do powstania firm związanych z produkcją, przetwarzaniem lub sprzedażą lokalnych produktów. Te, które już istniały, mogły i mogą rozwijać się dzięki naszym środkom. Współpraca z organizacjami pozarządowymi zaowocowała wsparciem finansowym tematów bardzo ważnych i kluczowych w chwili obecnej:  związanych m.in. ze zmianami klimatycznymi i zdrowym odżywianiem. Grupami docelowymi byli i są mieszkańcy naszego obszaru w różnym wieku – od przedszkolaków i uczniów szkół podstawowych po seniorów. Mamy nadzieję, że wiedza zdobyta podczas szkoleń i warsztatów przyda się właśnie teraz – gdy na świecie szaleje koronawirus i trzeba z dużą troską i rozwagą dbać o swoje zdrowie. Możemy pochwalić się rezultatami działań związanych z tzw. małą retencją i zadrzewianiem. Na te przedsięwzięcia przeznaczyliśmy do tej pory ponad 3,5 mln złotych. Odnowiono, odtworzono lub zagospodarowano już trzydzieści trzy stawy o łącznej pojemności prawie 167 000 m3, a na kolejnych trzynastu zbiornikach prace trwają. Wykonano roboty na  rowach na odcinku prawie 18 kilometrów, a na ponad 12 kilometrach posadzono blisko dziewięćset drzew. We wszystkich tych obszarach przewidujemy dalsze działania. 

Ważnym kierunkiem Państwa działalności jest także obszar kulturowy...

Tak, zgadza się. Niestety, pandemia popsuła wiele naszych planów, ale mamy nadzieję, że w przyszłości uda nam się nadrobić zaległości. Jeszcze krótko przed koronawirusem byliśmy bardzo aktywni w tym obszarze, wsparliśmy wiele imprez w gminach członkowskich, które często tematycznie nawiązywały do dziedzictwa kulturowego naszego obszaru. Podobne plany mieliśmy również na rok 2020, niestety, nie trzeba nikomu tłumaczyć, dlaczego nie zostały one zrealizowane. Jednocześnie nie zasypialiśmy gruszek w popiele, tylko zaczęliśmy szukać innych możliwości. Przyłączyliśmy się do projektu współpracy pt. „Odrębność kulturowa łączy obszary Wielkopolski i Kujaw”, którego realizacja ma ruszyć za kilka miesięcy. W projekcie tym mamy trzech partnerów – są to również lokalne grupy działania: dwie z Wielkopolski: Krajna Złotowska i Dolina Wełny oraz jedna z Kujaw „Czarnoziem na soli”. Dodam tylko, że wszystkie trzy również z bardzo bogatym dziedzictwem kulturowym – mamy nadzieję na wymianę doświadczeń oraz na znalezienie ciekawych inspiracji do naszych przyszłych działań. Obecnie trwają jeszcze prace związane z przygotowaniem wniosku, ale już teraz mogę zdradzić, że zadania będą koncentrować się wokół dwóch naszych mikroregionów folklorystycznych: Hazów i Biskupizny. W tej chwili nie chciałbym ujawniać zbyt wielu szczegółów, ale obiecuję, że o efektach tego projektu na pewno będziemy szeroko informować, tym bardziej, że podchodzimy do znanych tematów nowatorsko i zupełnie inaczej, niż do tej pory. Żeby zaspokoić trochę Państwa ciekawość wymienię kluczowe hasła tego projektu: stół, język i strój. 

Będzie się działo, a jakie plany na najbliższe miesiące?

W zasadzie nasze działania skupiają się wokół trzech zagadnień.

W najbliższym czasie ogłosimy ostatni już nabór wniosków, który będzie miał miejsce na przełomie kwietnia i maja. W ten sposób powinniśmy zrealizować nasze cele określone w strategii.         

Z dofinansowania z budżetu LGD będą mogły skorzystać istniejące na naszym obszarze firmy prowadzące swoje działania związane z produkcją, przetwarzaniem i/lub sprzedażą lokalnych produktów żywnościowych. Dofinansowanie rozwoju działalności gospodarczej będzie wynosić do 300 000 zł  na jednego beneficjenta.

Drugą grupę beneficjentów będą stanowiły osoby zakładające własną działalność gospodarczą o profilu związanym z produkcją, przetwarzaniem i/lub sprzedażą lokalnych produktów żywnościowych. Premia dla tych osób będzie wynosić do 100 000 zł na jednego beneficjenta. Szczegółowe informacje o celach, zakresie i wielkości wsparcia ukażą się  na naszej stronie internetowej: www.wielkopolskagoscinna.pl. 

Kolejnym zagadnieniem, nad którym pracujemy jest przygotowanie formy i zakresu wspierania w 2021 roku lokalnych inicjatyw z naszego obszaru. 

Rozpoczynamy prace nad nową, lokalną strategią rozwoju na następny okres finansowania rozwoju obszarów wiejskich z budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027. W nowej strategii zgodnie z polityką Unii będą dominować projekty związane z polityką klimatyczną. Będą to między innymi zadania w zakresie błękitno-zielonej infrastruktury, bioróżnorodności, odnawialnych źródeł energii, ale także zadania związane z dobrą, lokalną żywnością poszerzoną o zagadnienia kulinarnego dziedzictwa kulturowego oraz turystykę.

Za nami trudny rok. Czy pandemia utrudniła Państwu codzienną pracę?

Wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego w marcu 2020 r. zastało biuro Lokalnej Grupy Działania w trakcie naboru wniosków. Pomimo trudności i ograniczeń w bezpośrednich kontaktach zakończyliśmy nabór w terminie i przekazaliśmy wnioski do Urzędu Marszałkowskiego.

Biuro cały czas funkcjonuje normalnie i pomimo wprowadzenia pracy hybrydowej (stacjonarnej i zdalnej) pracownicy i Zarząd są dostępni dla wnioskodawców i beneficjentów.

W pewnym sensie pandemia pokazała nam jak dobrze biuro radzi sobie z trudnymi wyzwaniami, ale jednocześnie niestety wpłynęła negatywnie na realizację Lokalnej Strategii Rozwoju. 

W 2020 r. nie mogły zostać przeprowadzone nabory wniosków na dofinansowanie podejmowania lub rozwoju działalności gospodarczej, ponieważ branże do których adresujemy naszą pomoc zostały zamknięte. Działalność stanowiąca główny dochód punktów gastronomicznych na naszym obszarze (imprezy okolicznościowe i obsługa imprez plenerowych) była praktycznie zakazana przez cały rok. Skutki ograniczeń w coraz większym stopniu odczuwają również lokalni producenci produktów żywnościowych dostarczanych do podmiotów branży gastronomicznej

Mamy nadzieję, że przeprowadzenie naborów w I półroczu 2021 r. pomoże w odbudowaniu lub wzmocnieniu podmiotów związanych z produkcją, przetwarzaniem lub sprzedażą lokalnych produktów żywnościowych. Zasilenie szeroko rozumianej branży gastronomicznej kwotą pomocy w wysokości 3,7 mln zł powinno poprawić kondycję tej branży na obszarze Gościnnej Wielkopolski.

 

czwartek, 25 luty 2021 21:29

Z sercem do sera

z panią Jolą Marcinowską z Farmy Seronada rozmawia Merkuriusz

Na stronie internetowej piszecie Państwo, że pomysł na otwarcie serowarni dojrzewał latami...

Długo by opowiadać. Krótko, to będzie tak – zamieszkaliśmy na wsi przed kilkoma laty, wracając do opuszczonej siedziby po dziadku męża. Mąż – mleczarz w trzecim pokoleniu, mistrz serowarski z czterdziestoletnim doświadczeniem – szukał spokoju i zdrowia. Ja też chętnie zamieszkałam na wsi. Sami jednak nie wystartowalibyśmy z Farmą Seronada. Zainteresowaliśmy pomysłem mojego syna Grzegorza, który chętnie wrócił po wielu latach z zagranicy. I pozyskawszy część środków z pomocą LGD Gościnna Wielkopolska, zaadoptowaliśmy stare mury na maleńką, acz spełniającą wszystkie wymagania systemu HACCP Serowarnię Zagrodową.

 Jak wygląda przeciętny dzień serowara?

Pracy jest mnóstwo. Wszystko ręcznie. Podgrzewanie mleka, schładzanie, podawanie bakterii, pilnowanie temperatur, cięcie i mieszanie skrzepu – to wymaga kunsztu i doświadczenia. Tu znaczenie ma wszystko – w zależności od sera – rodzaj i jakość mleka, temperatura w czasie całego procesu, tempo mieszania, rozdrobnienie ziarna... Potem każdym serem trzeba się jeszcze dobrze zaopiekować – odwracać, solić, przemywać. Pielęgnacja serów to kolejny ważny etap. 

Na jakość mleka wpływa wiele czynników, inne będzie latem, inne zimą. Najbardziej wpływa to, co jedzą zwierzęta, ale także burza czy wysokie ciśnienie potrafią odegrać swoją rolę. Sery zagrodowe rzadko więc będą powtarzalne, identyczne – jak te ze sklepu, czyli przemysłowe. Szczególnie, jak przerabia się nie jeden rodzaj mleka, a trzy. Krowie, kozie i owcze, każde osobno, bez łączenia, bo każde z nich jest zupełnie inne. To ostatnie pochodzi od owiec mlecznych, które hodowane są przy naszej Farmie. Tylko, gdy samemu prowadzi się chów, można wpłynąć na to, by mleko było najwyższej klasy.

O owcach mlecznych chciałabym powiedzieć coś więcej. W Polsce nigdy nie było kultury i tradycji hodowania takich owiec. Te w polskich górach są stadne, ale nie są typowo mleczne. Dlatego większość Polaków nic nie wie o tym, że to jedne z najzdrowszych zwierząt świata. Dla przykładu, owce jako jedyne zwierzęta hodowlane nigdy nie chorują na raka. Mają kwasy tłuszczowe z grupy CLA w takich ilościach, że skutecznie chronią przed nowotworami i miażdżycą. Jagnięcina to luksusowe mięso, które powinno gościć na każdym stole. Mleko owcze jest najsmaczniejsze i najwartościowsze, ma najwięcej suchej masy, dlatego sery są wykwintne, a jogurty owcze to aksamit w ustach.

Jakie sery produkowane są na Farmie Seronada?

Prawdziwe. To rzecz pierwsza. Z mleka krowiego, koziego lub owczego – możliwie najwyższej jakości. A że trudno dzisiaj zakupić dobrej klasy mleko, to produkcje mamy maleńkie, unikatowe. Ale warto. Bo sery z takiego mleka same się sprzedają. I zdobywają nagrody. 

Wśród serów miękkich są buntze i ricotty. Pierwsze to sery sałatkowo-kanapkowe, czyste lub z dodatkami – pokryte świeżymi liśćmi mięty, z kółeczkami oliwek, z kaparami lub posypane czubrycą. Pisownią nawiązujemy do tradycji przedwojennej – i w ten sposób ładnie odróżniamy się od góralskich serów o podobnej nazwie. Ricotty to serki pozyskane z serwatki. Są wyjątkowe, bo stworzone tylko z białek serwatkowych. Najzdrowszych, jak się okazuje. To one są w odżywkach dla niemowląt, dla sportowców i rekonwalescentów. Ricotta Babkowicka robiona jest bez udziału mleka, kapitalnie się łączy i jest super bazą zdrowotną. Dlatego można z niej zrobić najlepsze gziki i inne pasty, pasztety, desery czy serniki. My na bazie Ricotty robimy dwa produkty – deser Czekolettę i pikantne Smocze Ziele. 

Na półkach w babkowickiej serowarni stoją naturalne jogurty – Kózka i Owieczka. Mają w składzie tylko mleko i bakterie jogurtowe. Są prozdrowotne. 

Kunszt serowarski najlepiej oddają sery długodojrzewające, wymagające najwięcej pielęgnacji, nie tylko od serowarów. W Farmie Seronada tę grupę tworzą owcze Franki, krowie Mirki i Kozaki Babkowickie. Tu zakupić także można wyborny ser typu parmezan.     

Sery rzemieślnicze są zupełnie inne niż te przemysłowe. My każdy ser kształtujemy rękami serowara, korzystając tylko z najlepszego, wyselekcjonowanego mleka. To sprawia, że te sery są tak smaczne. Kolejne nagrody serowarskie pięknie to podkreślają: I miejsce wśród serów dojrzewających, I miejsce za jogurt owczy czy Grand Prix Wielkiego Serwowania 2019.

Gdzie można kupić Państwa wyroby?

Wyjątkowe wyroby sprzedaje się w wyjątkowych miejscach. Jest ich zdecydowanie za mało. Ciągle szukamy takich fajnych miejsc. A właściwie, one same nas ostatnio znajdują. Zapraszamy po nasze wyroby w Poznaniu na ul. Słowiańską do sklepu „Zdrowie i Tradycja”, w Borówcu przy ul. Poznańskiej do „Dobrego Składu”, w Mosinie, też przy Poznańskiej, do sklepu „Gziczek”. Nasze sery znajdziecie też w Kościanie, w Gostyniu, w Jutrosinie, w Krotoszynie, w Ostrowie Wielkopolskim, w Pleszewie, w Lesznie i w Koninie. A także w Gorzowie Wielkopolskim, w Zielonej Górze i Łodzi.

Najchętniej zainteresowani zamawiają jednak sery do domu. Albo sami dowozimy, albo robi to kurier. Wcześniej jednak klienci często odwiedzają nas w Babkowicach. Tu przekonują się, że Farma Seronada naprawdę istnieje. Tu smakują naszych wyrobów. Tu słuchają opowieści o nas, o owcach, o serach. 

 

poniedziałek, 26 październik 2020 20:31

Cieszy mnie zmiana pokoleniowa

z JM Rektorem Politechniki Poznańskiej prof. Tomaszem Łodygowskim rozmawia Mariola Zdancewicz

W ogłoszonym w połowie lipca rankingu PERSPEKTYW Politechnika Poznańska znalazła się na czternastym miejscu wśród uczelni w Polsce, a szóstym wśród uczelni technicznych. W porównaniu z poprzednim rokiem to awans o aż sześć pozycji!

Cieszymy się z awansu w rankingu, choć można do niego podejść sceptycznie, rzadko kto zna kryteria uwzględniane przy jego sporządzaniu. W niektórych zestawieniach, które biorą pod uwagę liczbę pracowników, wypadamy jeszcze lepiej. Według pewnych rankingów światowych z kolei nasi informatycy są wśród tysiąca najlepszych specjalistów na świecie! W tym gronie jest pięciu informatyków z Polski, w tym trzech z Politechniki Poznańskiej. Rankingów jest dużo, ich wyniki są różne, ale oczywiście z każdego sukcesu się cieszymy.

Pana uczelnia znalazła się w elitarnym gronie i została liderem Uniwersytetu Europejskiego o nazwie EUNICE (European University for Customised Education). Co to oznacza?

Tworzenie uniwersytetów europejskich jest konsekwencją pewnej wypowiedzi Emmanuelna Macrona sprzed kilku lat. Twierdził on, że uczelnie powinny podejmować próby zjednoczenia, a w rezultacie szkoły, które będą stanowiły zjednoczone konsorcja, miały być lepiej finansowane. Do tej pory pojawiły się dwie edycje konkursu, pierwsza w ubiegłym roku. Próbowaliśmy wówczas zebrać odpowiednią grupę partnerów, lecz okazało się to mało skuteczne. Zadecydowano wtedy o powstaniu siedemnastu konsorcjów europejskich, wśród nich znalazło się pięć uczelni z Polski, głównie nasze największe uniwersytety. W drugiej, tegorocznej edycji wniosków było jeszcze więcej. Powzięto decyzję o przyjęciu dwudziestu czterech konsorcjów. Cieszymy się, że udało nam się nawiązać współpracę z europejskimi uczelniami podobnej klasy jak nasza, a ponadto zostać liderem tego konsorcjum. W jego ramach mamy partnerów z Hiszpanii, Włoch, Francji, Belgii, Finlandii i Niemiec. Jesteśmy jedynym w Polsce liderem grupy europejskich uniwersytetów. 

Dzięki znalezieniu się w gronie Uniwersytetu Europejskiego EUNICE wnioskować będziemy mogli o projekty i granty, które wcześniej nie były dla nas dostępne. Aktywność EUNICE ma charakter edukacyjny. Spore środki przeznaczane zostaną na wymianę studentów i kadry, a zakres naszych innych możliwości znacznie się poszerzy.

Gratuluję! W lipcu nastąpiło kolejne ważne wydarzenie – uczelnia podpisała porozumienie o współpracy z Siecią Badawczą Łukasiewicz... 

Sieć łączy trzydzieści trzy instytuty naukowo-badawcze w Polsce, z czego pięć na terenie Poznania. Nasza współpraca polega przede wszystkim na transferze technologii i wszystkiego, co jest wynikiem pracy zarówno instytutów, jak i naszej, do przemysłu. Wspomniane jednostki od lat bardzo sprawnie z nim współpracują. Sposób ich rozliczania jest jednak nieco inny niż w przypadku uczelni, gdzie pracownicy muszą pisać publikacje i na tej podstawie są awansowani, w Instytutach Badawczych Sieci większy nacisk kładzie się na rozwiązywanie problemów oraz wdrażanie nowych rozwiązań do przemysłu. 

Współpraca z Siecią Badawczą Łukasiewicz ma dla nas znaczenie w kontekście wnioskowania o różnego rodzaju projekty. Będziemy mogli jako partnera wybrać którąś z wchodzących w skład Sieci instytucji, reprezentującą kompetencje istotne dla danego projektu. Dzięki temu poszerzą się nasze możliwości wnioskowania o programy mające charakter stricte naukowy. I już zaczynamy to robić. 

Jak Politechnika poradziła sobie z realiami tegorocznej wiosny i zdalnego nauczania?

Sytuacja zaskoczyła pewnie wszystkich, również nas. Zdalne nauczanie w naszym przypadku było o tyle prostsze, że wiedzieliśmy, że ci, którzy mają mu podlegać posiadają odpowiedni sprzęt oraz umiejętności, aby się nim posługiwać. Ten bardzo ważny element odróżniał nas od sytuacji, w których zdalną edukację trzeba było organizować poprzez przygotowanie obu stron, zarówno uczniów, jak i edukatorów. Na Politechnice jednego dnia można było rzucić hasło zdalnej nauki, drugiego się nad nim zastanowić, a trzeciego wziąć już do ręki wszelkie możliwe narzędzia. Niektóre rozwiązania softwarowe były przygotowane przez nas i były zorganizowane dobrze. Wszystko odbywało się na naszych serwerach, korzystaliśmy z oprogramowania sugerowanego przez Microsoft, bądź Zoom czy Teams, wykorzystywaliśmy także inne programy, które wspomagają prowadzenie konferencji, rozmów zdalnych dla dużych grup uczestników. Raz wypadało to lepiej, raz gorzej, ale w ogólnym rozrachunku uważam, że się udało. 

Rzeczą trudną do nauczenia na odległość jest praktyka, a nie sposób sobie wyobrazić inżyniera, który będzie studiował tylko teorię... Przynajmniej jedna trzecia naszych programów poświęcona jest laboratoriom. I tu pojawił się poważny kłopot, bo nie mogliśmy ich prowadzić. Musieliśmy zastosować pewne substytuty, prosiliśmy prowadzących, aby nagrywali stosowne filmy edukacyjne na dany temat. Jest to dobra praktyka, ale oczywiście nie zastępuje laboratoriów i wykonywania ćwiczeń osobiście. Znam jednak wiele uczelni na całym świecie, w których zanim studenci zostaną wpuszczeni do laboratoriów, muszą zdać najpierw odpowiedni egzamin, obejrzeć filmy, aby dokładnie dowiedzieć się co ich w laboratorium czeka. Wówczas po przekroczeniu ich progu zachowują się bardziej świadomie.

Podczas wakacji przygotowujemy kolejne filmy, ale już nieco bardziej zaawansowane – z wykorzystaniem kilku kamer, kilku punktów widzenia, z lepszym komentarzem, a nawet możliwością zdalnego prowadzenia eksperymentów. Studenci będą mieli możliwość łączenia się i oglądania eksperymentu wykonywanego na bieżąco. Jest to trudne. Wyobrażam sobie, że taką samą, a może nawet większą trudność mają studenci medycyny, którzy nie mogą przecież zdalnie badać pacjentów... 

Mam nadzieję, że sytuacja się unormuje i jesienią będziemy mogli zaprosić studentów do laboratoriów. 

Uczelnia włączyła się w walkę z pandemią, w ramach akcji „Drukuj dla lekarza” wykonywano przyłbice ochronne. Kto brał udział w przedsięwzięciu i gdzie trafił  sprzęt? 

Przyłbice produkowaliśmy na drukarkach 3D. Mieliśmy wielu partnerów zewnętrznych, którzy nam chcieli pomóc – choćby w dostarczaniu niezbędnych materiałów za minimalną cenę. Ludzie się poczuwali, żeby brać w tej akcji udział, utworzyliśmy nawet specjalne politechniczne konto, na które pracownicy wpłacali pieniądze, aby ją wesprzeć. 

Na początku nasza wydolność produkcyjna była dość ograniczona, wyprodukowanie samej ramki do przyłbicy trwało około godziny, wykorzystywaliśmy wprawdzie ponad czterdzieści drukarek, więc w ciągu doby udawało się zrobić sporo. Z czasem koledzy przygotowali odpowiednie urządzenia wtryskowe, dzięki czemu można było w ciągu dnia wykonać tysiąc sztuk. Ostatnim krokiem było połączenie wszystkich elementów i oczywiście dystrybucja gotowego sprzętu. 

Wyprodukowaliśmy łącznie ponad dwadzieścia cztery tysiące przyłbic, które nasi wolontariusze rozwozili po całym województwie, przejechali tysiące kilometrów. Sprzęt dostarczany był do  wszystkich jednostek służby zdrowia, także tych zamkniętych. Przyłbice dotarły do stacji epidemiologicznych, służb mundurowych, zakonów, domów opieki społecznej, ośrodków dla bezdomnych... Byłem pełen podziwu jaka głęboka radość towarzyszyła akcji. Brało w niej udział ponad sto pięćdziesiąt osób. Potrafili w tym trudnym czasie zrezygnować z wielu rzeczy, nikt nie myślał o zarobkach, wszyscy chcieli pomóc. Spotykaliśmy się też licznymi dowodami wdzięczności, bardzo dziękował mi rektor Uniwersytetu Medycznego prof. Andrzej Tykarski. 

W Polsce zorganizowane, dopięte akcje nie koniecznie działają dobrze, ale pospolite ruszenie zawsze się u nas sprawdza! (śmiech)

Co zaliczyłby Pan do najważniejszych wydarzeń z ośmioletniego okresu pełnienia funkcji Rektora Politechniki Poznańskiej?

Wśród znaczących wydarzeń pojawiły się te zauważone, nagłośnione, i te niedostrzegane przez media. Na pewno jednym z kluczowych momentów były zeszłoroczne obchody stulecia Wyższego Szkolnictwa Technicznego w Poznaniu. Można powiedzieć, że sto lat to niewiele w kontekście uczelni, z drugiej jednak strony należy się cieszyć, że w tym czasie potrafiliśmy praktycznie od zera zbudować potencjał liczący się nie tylko w Polsce, i to w kilku naprawdę dobrze rozwiniętych dyscyplinach. Obchody trwały praktycznie cały rok, miały też swoją kulminację w maju. Szczęśliwie się zdarzyło, że wszystkie wydarzenia udało nam się zamknąć przed wybuchem epidemii, bo wiele by to zepsuło. Widzimy jak wygląda w tym roku stulecie Akademii Muzycznej, która właśnie w 2020 obchodzi jubileusz. Zaplanowane były dziesiątki koncertów i innych wydarzeń, z których trzeba było zrezygnować. To bardzo przykre. 

Poza jubileuszem było wiele innych okoliczności. Moja codzienna praca polega na współdziałaniu z senatem, jego posiedzeń prowadziłem ponad osiemdziesiąt. Mimo odmiennych zdań, różnic poglądów, zawsze potrafiliśmy wypracować konsensus, optymalne rozwiązania. Mogę być dumny z tego, że nigdy nie doszło do poróżnienia. 

Jedną z większych spraw, które przyszło nam załatwiać i zajęło to ponad rok, było wdrażanie nowej ustawy. Narzuciła ona pewne warunki i sposób oceny jednostek, w związku z czym musieliśmy je przekwalifikować. W rezultacie z dziesięciu wydziałów powstało dziewięć, które są zgodne z dyscyplinami i wymogami ministerstwa. W konsekwencji jeden z wydziałów stanowi dziedzinę nauk ścisłych, jeden nauk ekonomiczno-społecznych, a reszta – nauk technicznych. 

Przygotowując ustawę ustalono, że żeby być uczelnią badawczą, która jest nieco inaczej postrzegana finansowo w subwencjach, trzeba prowadzić przynajmniej trzy dziedziny. Uniwersytety z łatwością je pokrywały, natomiast politechniki, a zwłaszcza taka „rasowa” jak nasza, będąca jedyną w Polsce politechniką, która prowadziła jedną dziedzinę nauk technicznych, była w tym momencie stratna. W Europie i na świecie politechniki są politechnikami w ścisłym tego słowa znaczeniu i za to są hołubione. U nas jednak ustalono inaczej. Obawiam się, że przepisy mogą być mało trwałe i za kilka lat ktoś inny znów spróbuje je zmienić. Brak stabilności edukacji jest dużym problemem. Spośród ostatnich osiemnastu czy dziewiętnastu matur, które obserwowałem, żadna nie była w tej samej wersji, miały różne wymagania. Nie służy to nauczaniu. 

Wracając do podsumowań dobiegającej końca kadencji muszę przyznać, że w mojej ocenie okres tych ośmiu lat kończy się pozytywnie. Dobrze, że istnieje kadencyjność i nie można funkcji rektora pełnić dłużej. Jeśli faktycznie chce się coś zrobić w tym czasie, to wiąże się to z bardzo intensywną pracą. Dwie kadencje są w zupełności wystarczające, żeby zrobić to, co się zamierzyło. 

Pozostawię oczywiście rzeczy rozpoczęte, a ich dalszy sukces zależy od odpowiedniego przejęcia pałeczki przez kolejnego rektora. Uważam, że dobrze nam się układa, w przeciwieństwie do wielu miejsc w Polsce. Cedowanie obowiązków jest już w toku, razem z rektorem-elektem prof. Teofilem Jesionowskim już od dłuższego czasu podejmujemy wspólnie decyzje. Myślę, że przebiegnie to sprawnie i nie będzie żadnego zahamowania spowodowanego odmiennymi zdaniami, które z pewnością by ten proces spowolniły. 

Wystartuje Pan jeszcze kiedyś...? Można po ośmiu latach?

Nie wystartuję, nie chcę, nie powinienem i nie mogę choćby ze względów formalnych, według zapisów po ukończeniu sześćdziesiątego siódmego roku życia nie można po raz kolejny kandydować na stanowisko rektora. Uczelnia zawsze pozostanie moim „oczkiem w głowie” i zawsze będzie mi zależało na jej rozwoju.

Cieszę się, że następuje zmiana pokoleniowa, rektor-elekt ma pięćdziesiąt lat, prorektorzy są w podobnym wieku, a jeden z nich jest nawet młodszy o dziesięć lat. Myślę, że będzie to sprawna grupa osób, która dobrze pokieruje uczelnią. 

 

z panią prof. Beatą Messyasz, nową Dziekan Wydziału Biologii UAM, rozmawia Mariola Zdancewicz

Gratulujemy objęcia funkcji Dziekana Wydziału Biologii. Jakie cele stawia Pani sobie i swoim współpracownikom na najbliższe cztery lata?

Wypracowane przez wiele lat dobre rozwiązania funkcjonowania spowodowały, że Wydział Biologii postrzegany jest jako jednostka o silnej pozycji, zarówno na naszym uniwersytecie, jak i w kraju. W związku z tym na moją kadencję patrzę dwutorowo – z jednej strony stawiam na kontynuację, a z drugiej na rozwój. Kontynuacja to utrzymanie tego, co już udało się osiągnąć, a w konsekwencji ciągłego rozwoju dyscypliny nauk biologicznych, ocenionej jako kategoria A+, ukazując Wydział Biologii jako wiodącą jednostkę w kraju. To różnorodność tematów badawczych i grup liderów, którzy je prowadzą; wzrost liczby dobrych i bardzo dobrych publikacji naukowych o zasięgu światowym; wzrost efektywności pozyskiwania grantów i projektów badawczych, dzięki którym nasi naukowcy mogą realizować skutecznie swoje pomysły badawcze. Istotna jest w tym rozwoju nasza wydziałowa nowoczesna infrastruktura naukowo-badawcza. Znaczne sukcesy odnieśliśmy również jako Wydział w zakresie kształcenia, mam tu na myśli przede wszystkim wyróżniającą ocenę akredytacyjną, system indywidualnego kształcenia poprzez Tutoring, polegający na zachowaniu relacji mistrz-uczeń czy dostosowanie naszej oferty edukacyjnej do aktualnych potrzeb rynku pracy, poprzez poszerzenie jej o nowe kierunki studiów, jak między innymi Biologia i zdrowie człowieka. 

We wszystkich tych dziedzinach chcielibyśmy kontynuować wcześniejsze działania, które zaowocowały dotychczasowymi sukcesami, ale cytując, słowa Czerwonej Królowej, jednej z bohaterek książki Lewisa Carrolla pt. „Po drugiej stronie lustra”: „Tutaj (...), aby utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił”. Przede wszystkim chcemy się skupić na jakości badań naukowych, zwiększeniu rozpoznawalności naszego wydziału na arenie międzynarodowej, a w przypadku kształcenia – utrzymaniu najwyższej jakości poprzez atrakcyjne programy studiów, wysokie kompetencje dydaktyczne kadry i nowoczesną infrastrukturę dydaktyczną. W kontekście naukowym bardzo pomocne będą dwa filary, które daje nam nasz uniwersytet. Mowa o statusie Uczelni Badawczej, której miano otrzymaliśmy jako jedna z dziesięciu najlepszych szkół wyższych w Polsce. Inicjatywa Doskonałości – Uniwersytet Badawczy łączy się z silnym wsparciem finansowym – spośród pięciu wyodrębnionych priorytetowych obszarów badawczych, w dwóch Wydział Biologii ma wiodącą rolę. Pozwala to nie tylko na finansowanie innowacyjnych kierunków badań i utrzymanie dużej aktywności naukowej pracowników, ale także na umocnienie naszego dobrego wizerunku naukowego również na świecie. Drugim filarem jest udział UAM w konsorcjum Uniwersytetów Europejskich EPICUR, co otwiera możliwość pozyskiwania znacznych środków finansowych na międzyuczelnianą współpracę dydaktyczno-badawczą. Powiązane jest to z kontynuacją finansowania badań naukowych nie tylko ze źródeł krajowych, gdzie jesteśmy liderami, ale także w ramach projektów finansowanych z funduszy Unii Europejskiej, takich jak granty ERC skierowane m.in. do młodych naukowców, którzy prowadzą prężne badania w nowych obszarach i mają już osiągnięcia. Granty ERC przyczyniają się do rozwoju inicjatyw naukowych z perspektywicznymi tematami, a jednocześnie lider projektu, młody naukowiec ma szansę stać się dużo szybciej rozpoznawalny w swojej dziedzinie na świecie. Do tej pory naszemu wydziałowi nie udało się skorzystać z tych funduszy, ale mamy w swoim gronie osoby, które mogłyby o nie aplikować, ponieważ z nawiązką spełniają kryteria umożliwiające staranie się o nie i liczymy tutaj na sukces.

Jednym z wyzwań kadencji jest także dalszy rozwój infrastruktury badawczo-dydaktycznej. Wszyscy na wydziale niecierpliwie czekamy na rozbudowę łącznika dwóch istniejących już skrzydeł w zachodniej części budynku Collegium Biologicum. Cierpimy na braki przestrzeni do pracy, wynikające z dużej liczby grup badawczych. Mamy nadzieję, że budowę uda się wpisać do Planu Inwestycji UAM na najbliższe lata, a co za tym idzie – zwiększyć powierzchnię badawczą o nową przestrzeń laboratoryjną.

W tym roku studenci nie zjadą tłumnie do Poznania... Jak będzie wyglądała organizacja roku akademickiego 2020/2021? 

Zgodnie z zarządzeniami wydanymi przez panią Rektor UAM prof. dr hab. Bogumiłę Kaniewską system nauczania będzie miał charakter hybrydowy. Większość zajęć odbywać ma się w trybie zdalnym, dotyczy to wykładów i konwersatoriów. Starsi studenci przeszli szkolenia w tym zakresie w semestrze letnim, więc są już w pewien sposób przygotowani do tej formy edukacji. Natomiast studenci pierwszego roku odbywają takie zajęcia na początku października w ramach specjalnych kursów i szkoleń. Na wydziałach takich jak nasz, gdzie część zajęć odbywa się w laboratoriach, jedna trzecia z nich powinna być przeprowadzona kontaktowo na uczelni. W tym celu studenci podzieleni są na dwie grupy, podczas gdy jedna ma zajęcia zdalne, druga w małych podgrupach spotyka się w laboratoriach.

Najbardziej poszkodowane wydają się być osoby, które po raz pierwszy pojawiają się na uczelni. Nie będzie tym razem tego, co zawsze ma miejsce na pierwszym roku – budowania wspólnoty grupy, jedności roku, uczelnianej atmosfery. Rok akademicki zaczyna się tak naprawdę 15 października, ale dla studentów I roku trwa już od początku października. Jak już mówiłam przez ten czas studenci przejdą szkolenia wspomagające w procesie kształcenia zdalnego z wykorzystaniem narzędzi MS Teams i Moodle, będą mieli możliwość zapoznać się z rozkładem sal wykładowych i laboratoriów w budynku Wydziału Biologii. Szczęśliwie nasi studenci będą mieć możliwość uczestnictwa w ćwiczeniach laboratoryjnych, więc jest szansa, że trochę „prawdziwie” postudiują.

Czy możliwe będą wymiany zagraniczne? 

Zgłosiło się kilkunastu studentów na wymianę w ramach programu AMU-PIE (Programmes for International Exchange). Mogą się oczywiście u nas pojawić, ale wiemy, że nie ze wszystkich krajów będą mogli do nas przyjechać, w związku z czym tych zajęć będzie na pewno mniej. System pracy zdalnej wymusza rozwój i usprawnienie infrastruktury informatycznej i pozwala myśleć o realizacji wspólnych zajęć on-line we współpracy z nauczycielami akademickimi z partnerskich uczelni EPICUR. Stwarza to możliwość mobilności wirtualnej np. poprzez zajęcia prowadzone w wirtualnych laboratoriach na wspólnych platformach np. MS Teams. Próbujemy dostosować się do sytuacji wykorzystując przy tym nowe możliwości i narzędzia wirtualne. 

Jak będzie wyglądała kolejna Noc Biologów? Nie pytam, czy się odbędzie, bo odbyć się musi!

Zastanawialiśmy się jak miałaby wyglądać. Noc Biologów to inicjatywa krajowa, skorzystaliśmy więc z Konferencji Dziekanów Wydziałów Przyrodniczych zorganizowanej przez zespół dziekański Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, żeby przedyskutować to zagadnienie. Okazało się, że nikt nie wyobraża sobie, żeby mogłoby jej nie być. Tym razem będzie miała trochę inny, zdalny charakter, trudno byłoby zostać przy dotychczasowej formule, a przestrzeń wirtualna rozszerzy nasze możliwości i kreatywność. Pojawią się zajęcia online, quizy tematyczne, wykłady z wykorzystaniem prezentacji. Nie wykluczone, że kiedy wrócimy do normalnego trybu, uda się skorzystać z nowych możliwości działań online, aby poszerzyć grono odbiorców danych wydarzeń. Już teraz mogę powiedzieć, że X edycja Nocy Biologów rusza w piątek 8 stycznia 2021 roku.

Bardzo się cieszę! Choć trochę mi szkoda tych wszystkich pająków i innych brzydali...(śmiech!)

Nic straconego, na pewno poczekają! (śmiech...) Tym bardziej mamy nadzieję, że w momencie gdy za dwa lata ruszymy tradycyjnym trybem, chętnych będzie jeszcze więcej, właśnie dlatego, że wiele osób będzie chciało zobaczyć coś na własne oczy, dotknąć, wykonać osobiście jakieś doświadczenie. 

Jestem przekonana, że tak będzie, bo Noc Biologów bije wszelkie możliwe rekordy.

Z uczelnią jest Pani, Pani Dziekan, związana od lat. Jak zmienił się uniwersytet i wydział przez ten czas?

W przyszłym roku minie trzydzieści lat, odkąd pracuję na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zmiany były liczne i wynikały przede wszystkim z różnych ustaw, kolejno wprowadzanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pracę zaczynałam jako asystent. Prowadziłam swoje badania pod kierunkiem prof. Lubomiry Burchardt w Zakładzie Hydrobiologii, w celu uzyskania stopnia doktora, a następnie kontynuowałam je, osiągając kolejne stopnie kariery naukowej. W czasie, kiedy byłam asystentką wprowadzono studia doktoranckie. Już wtedy można było zauważyć pewne zmiany w tempie dochodzenia do kolejnych stopni i indywidualnego planowania rozwoju swojej kariery naukowej. 

Dla Wydziału Biologii – co wiąże się też z rozwojem uczelni – zasadniczym punktem zwrotnym była kwestia powstania Collegium Biologicum na Kampusie Morasko, czyli jednego budynku, w którym znalazły się wszystkie instytuty i zakłady. Wcześniej główna siedziba znajdowała się w Collegium Maius na ulicy Fredry, część zakładów mieściła się na kampusie Ogrody. Zakład Hydrobiologii, w którym pracowałam „wędrował” po różnych miejscach (m.in. na terenie jednostki wojskowej), a zajęcia dla studentów odbywały się także na Dębcu. Studenci w związku z tym musieli trochę przemieszczać się między poszczególnymi budynkami, podobnie pracownicy. Umieszczenie nas w jednym budynku spowodowało, że staliśmy się jednością. Mogliśmy jednocześnie służyć wymianą aparatury badawczej, pomysłów, zwiększyć interdyscyplinarność badań, co bardzo szybko znalazło swoje odzwierciedlenie w tematach projektów badawczych, efektywności ich zdobywania i prowadzenia, dalej przełożyło się na publikacje, a stopniowo także na kategorię A+, do której dążyliśmy. 

Czym było 100-lecie uczelni dla Wydziału Biologii? Biologia była jedną z pierwszych dziedzin, uniwersyteckim trzonem.

Była to dla nas bardzo ważna data, podobnie jak dla całej społeczności akademickiej. 100-lecie uniwersytetu to jednocześnie 100-lecie nauk biologicznych oraz 35-lecie istnienia wydziału. Włączając się w uroczystości zorganizowaliśmy międzynarodową konferencję, która miała miejsce w dniach 8-13 kwietnia ubiegłego roku, była to V Konferencja Naukowo-Dydaktyczna Wydziału Biologii UAM. Jak zawsze chcieliśmy przy tej okazji podkreślić nierozerwalność nauki i dydaktyki, łączność pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Podzieliliśmy wydarzenie na trzy bloki. Na początku wróciliśmy do historii nauk biologicznych, pojawiły się wspomnienia reprezentantów najważniejszych instytucji poznańskich, które działają w obszarze nauk o życiu. W przypadku teraźniejszości skupiliśmy się na wystąpieniach plenarnych znakomitych gości z wielu zagranicznych ośrodków naukowych oraz naszych liderach i ich osiągnięciach na poziomie interdyscyplinarnym. Jako element przyszłości natomiast pojawiły się konferencje studentów – przyrodników i doktorantów BioRUN, które podkreślić miały, że otwieramy się na nowe pokolenia przyszłych badaczy, a młodzież to nasza naukowa perspektywa. 

Jak Pani Dziekan wspomniała, wydziałowi przyznano kategorię A+, uznając za jednostkę wiodącą w Polsce, natomiast kierunek ochrona środowiska zdobył pierwsze miejsce w tegorocznym rankingu Perspektyw. Podobnych wyróżnień jest więcej. Co oznacza dla wydziału zdobywanie kolejnych nagród? Czy są one ważne? 

Są bardzo ważne. Strategią naszego wydziału jest przejście od dobrej nauki do równie dobrej dydaktyki, a następnie popularyzacja wiedzy. Każdorazowe bycie laureatem prestiżowego konkursu potwierdza, że tę misję wypełniamy. Podkreśla to także naszą widoczność na rynku kandydatów, którzy planują startować na kierunki oferowane przez wydział. Dzięki temu mają oni świadomość, że prowadzone są tu wysokiej jakości badania naukowe, że zdobędą nie tylko wiedzę zgodnie z efektami kształcenia, ale – jeśli będą zainteresowani prowadzeniem dalszej aktywności naukowej – będą mieć także szansę na ubieganie się o Diamentowe granty i efektywną ich realizację ze względu na dobrą infrastrukturę naukowo-badawczą. Na pewno więc zdobywane nagrody przekładają się na ilość kandydatów, którzy aplikują do nas. Pokazały to także rekrutacje tegoroczne, w przypadku biotechnologii było kilka osób na jedno miejsce, a na ochronie środowiska liczba aplikujących wzrosła znacząco w stosunku do ubiegłego roku. Podobnie jest na innych kierunkach. 

Dużym zainteresowaniem cieszy się także wspomniany już Tutoring. Studenci pierwszego roku mogą wybrać spośród pięćdziesięciu przeszkolonych tutorów, którzy następnie pomagają w zwiększeniu aktywności i uruchomieniu potencjału twórczego studentów poprzez wykonanie pierwszego projektu naukowego, przygotowanie publikacji. System ten skierowany jest do najlepszych studentów. Od początku czują się oni dzięki temu przygotowani do dalszych, aktywnych działań naukowych, uczą się przejawiania własnej inicjatywy. System relacji mistrz-uczeń przenoszony jest później na licencjuszy i magistrantów. Dzięki temu student nie jest sterowany, sam prowadzi swoje badania, od mistrza czerpie to, co najlepsze, pozostając jednak twórcą pomysłu i jego realizatorem.

poniedziałek, 26 październik 2020 20:28

Dürer i inni

Grafika niemiecka XV i XVI w. ze zbiorów Muzeum Narodowego w Poznaniu
Muzeum Narodowe w Poznaniu1
9 lipca do 13 września 2020
Kurator: Danuta Rościszewska
Aranżacja plastyczna: Joanna Lewandowska

Zbiory poznańskiego Gabinetu Rycin ze względów reżimów konserwatorskich prezentowane są nieczęsto. Kuratorka wystawy Danuta Rościszewska  opracowała zbiór grafiki niemieckiej XV i XVI wieku, na jego podstawie w 2014 Muzeum Narodowe wydało katalog, a tego lata prezentuje najbardziej wartościowe prace – dziewięćdziesiąt obiektów dwudziestu twórców, z kolekcji liczącej blisko sto siedemdziesiąt dzieł.

Centralny punkt wystawy stanowią ryciny Albrechta Dürera, grafika wszech czasów, którego twórczość miała przełomowe znaczenie dla rozwoju tej dziedziny sztuki. Ona też jest punktem odniesienia dla dzieł pozostałych artystów. Niektórzy z nich, jak Martin Schongauer czy Michael Wolgemut, byli mistrzami Dürera, inni – Hans Beham, Georg Pencz, Hans Schäufelein czy Heinrich Aldegrever, byli jego uczniami. Artyści ci wykorzystywali różne techniki graficzne, głównie miedzioryt i drzeworyt, choć niektórzy próbowali swych sił w nowej wówczas technice akwaforty. Większość prezentowanych prac ukazuje sceny religijne, ale pojawiają się też przedstawienia alegoryczne, mitologiczne, rodzajowe i historyczne. Wśród nich, poza około czterdziestoma wspaniałymi rycinami Dürera, znajdą się tak wyjątkowe dzieła, jak Ścięcie Jakuba Wita Stwosza oraz Wjazd Henryka Walezego do Frankfurtu nad Odrą Mathiasa Zűndta. 

Celem wystawy jest zapoznanie widzów z niepokazywanymi arcydziełami z kolekcji Gabinetu Rycin MNP, wprowadzenie w problematykę ikonograficzną sztuki nowożytnej, a także zapoznanie odwiedzających z technikami sztuk graficznych. 

Wystawa nadto  jest pierwszą z cyklu prezentacji kolekcji własnych, nieeksponowanych na wystawach stałych: zbiorów Gabinetu Rycin, Galerii Plakatu i Designu i Gabinetu Numizmatycznego. 

Wystawie towarzyszą dwa wydawnictwa – katalog kolekcji w edycji polsko-angielskiej z roku 2014 oraz przygotowany z myślą o ekspozycji folder.

(MNP)

z dyrektorem Janem Maćkowiakiem  oraz Dorotą Matelą, Rafałem Cierzniakiem, Mariuszem Niestrawskim i Gerardem Radeckim z Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie rozmawia Mariola Zdancewicz

Proszę powiedzieć czym była, jest i powinna być rewitalizacja muzeum?

Dyrektor Jan Maćkowiak: Nasze Muzeum funkcjonuje już pięćdziesiąt pięć lat. Kiedy powstawało, rolnictwo opierało się na tradycjach przedwojennych. Dziś mamy do czynienia z rolnictwem wysokoprodukcyjnym. Staramy się pokazać ten proces zmian, dlatego musimy odpowiadać na współczesne wyzwania. Przez lata naszego istnienia zmienił się też sposób wystawiennictwa, estetyka, narzędzia, warsztat muzealniczy oraz potrzeby odbiorców.

Naszym głównym celem jest pokazanie istoty rolnictwa. Wiemy jak się to robi w Polsce i na świecie, staramy się działać zgodnie ze sztuką muzealną, a z drugiej strony chcemy być obecnym w gronie muzeów rolniczych. I to się udaje. Należymy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Rolniczych, niektórym rozwiązaniom wręcz to my nadajemy ton. 

Przed modernizacją dysponowaliśmy wystawami mającymi po trzydzieści kilka lat! Tak więc przez lata robiliśmy systematycznie to, co było możliwe z naszych środków. Pojawiła się jednak okazja skorzystania z dotacji unijnych. Dzięki nim oraz wkładowi Samorządu Województwa Wielkopolskiego w dwóch etapach od 2013 roku do 2019 roku zmodernizowaliśmy Muzeum w Szreniawie. Pojawiły się możliwości przedstawienia tego, co mamy w magazynach.

Od czego rozpoczęły się prace?

JM: Pierwszy etap związany był z folwarkiem. Trafił w nasze ręce w fatalnym stanie. W ramach programu unijnego zaplanowanego na lata 2012-2016 udało nam się go uporządkować. 

Następnie wyremontowaliśmy stodołę. W starych, drewnianych pomieszczeniach powstały dwie piękne wystawy, sale edukacyjne dla dwustu pięćdziesięciu osób, sale wystaw czasowych, gdzie odbyło się wiele ekspozycji malarstwa i rzeźby, ponieważ pomieszczenia te zyskały sympatię artystów oraz naszego Uniwersytetu Artystycznego. 

Wybudowaliśmy także oborę. Jak się później okazało, krok ten zrewolucjonizował podejście muzealników do chowu zwierząt w placówkach muzealnych. Nasi koledzy po fachu byli nieco sceptyczni, ale był to strzał w dziesiątkę! Muzeum położone w pobliżu dużego miasta przyciąga rodziców z dziećmi między innymi dlatego, że mogą tu zobaczyć żywe zwierzęta.

Powstał także długo oczekiwany magazyn. To ważny krok dla szreniawskiego Muzeum...

JM: Owszem. Głównym problemem sprzed modernizacji było właśnie magazynowanie zbiorów – jest to bolączka polskiego muzealnictwa w ogóle. Składowanie zbiorów to przechowywanie dziedzictwa narodowego, dlatego warunki, w jakich się to odbywa są istotne. W naszym przypadku aż osiemdziesiąt procent zbiorów znajduje się w magazynach. W niektórych placówkach ten odsetek jest jeszcze większy. Powstał magazyn wysokiego składowania na tysiąc siedemset metrów. Obecnie przenosimy do niego obiekty, co wymaga sporego wysiłku pracowników i dużego nakładu czasu. W muzealnictwie brak jest niestety rozwiązań dotyczących przechowywania zbiorów związanych z techniką, w przeciwieństwie na przykład do malarstwa, którego ochrona jest usystematyzowana. Innym problemem było przechowywanie zbiorów bibliotecznych, liczących około trzydziestu pięciu tysięcy woluminów. Niektóre pozycje ze szreniawskiej kolekcji pochodzą nawet z XVII wieku, więc tym bardziej muszą być zapewnione odpowiednie warunki. Przy zagospodarowywaniu przestrzeni konsultowaliśmy się z ekspertami z Instytutu Logistyki i Magazynowania, wspólnie wypracowaliśmy najlepszą koncepcję przechowywania eksponatów. 

Ostatnim krokiem była modernizacja istniejących wystaw. Nie zmienialiśmy ich tematyki, ingerowaliśmy natomiast w sposób przedstawienia, w narzędzia, rozwiązania plastyczne, wprowadziliśmy też nieco nowej technologii. Unowocześnienie jednej wystawy to koszty rzędu kilkuset tysięcy złotych. Dziś muzealnictwo jest bardzo drogie, podobnie multimedia.

Wszystkie obiekty, które trafiły na te dziesięć wystaw musiały przejść konserwację. Przez zespół Głównego Konserwatora Zabytków wykonana została ogromna praca. Muzeum pracowało więc przez ostatnie lata bardzo intensywnie i… było otwarte. Czynny był pałac, folwark ze zwierzętami, a brak wystaw stałych staraliśmy się uzupełniać imprezami. 

Jakie były koszty inwestycji?

JM: Całkowity koszt przedsięwzięcia to przeszło 20 mln złotych, sam magazyn to trzy i pół miliona. Modernizacja folwarku to 6,5 mln złotych, remont i wyposażenie pałacu przeszło 5 mln złotych wyłącznie ze środków samorządu. 

Nieco żartobliwie mówi się, że zwiedzający głosują na nas nogami – jeśli przychodzą do muzeum, ono żyje. Wówczas samorząd przychylnie patrzy na finansowanie naszej działalności, ponieważ widzi, że tego chcą mieszkańcy, czyli ich potencjalni wyborcy. 

Zrewitalizowane Muzeum cieszy się większym zainteresowaniem?

JM: Istnieje coś takiego jak „efekt nowości”. Staraliśmy się go wykorzystać, ale niestety został zrujnowany przez koronawirusa. Musieliśmy zamknąć muzeum. Ale widzowie wracają do nas, w weekendy mamy już przyzwoitą frekwencję, rodziny z dziećmi wypoczywają na rozległych terenach parkowych. Można zjeść lody i wypić piwo szreniawskie w naszym browarze, który niedawno ruszył. Jesteśmy chyba pierwszym w Polsce muzeum, na terenie którego produkuje się piwo (śmiech). 

Jakie plany?

JM: Myślimy o tym, aby umożliwić wprowadzanie do szreniawskiego muzeum wystaw czasowych, wymagających specjalnych warunków. Takie są między innymi wystawy sztuki, ale też te związane z książkami czy tkaninami. Trzeba im zapewnić odpowiednie warunki klimatyczne i bezpieczeństwo. Niestety nie dysponujemy taką salą ekspozycyjną. Mamy możliwość przeznaczyć na ten cel pawilon pierwszy pozyskany w wyniku modernizacji i teraz będziemy starali się w Ministerstwie Kultury i u władz lokalnych o zdobycie środków na spełniającą wszelkie wymogi salę wystaw czasowych.

Modernizacja, którą udało się przeprowadzić nadała muzeum nowe oblicze. Jest oczywiście jeszcze wiele potrzeb, które jako dyrektor dostrzegam, na przykład drogi wewnętrzne, zabezpieczenie wystaw i zbiorów, uzupełnienia w magazynach czy wieża widokowa, którą dysponujemy od kilku lat i która też wymaga odnowienia. Niezbędne są remonty ogrzewania i klimatyzacja. Planujemy także promocję regionalnej, zdrowej żywności. Mamy już prawie gotową pracownię, w której będziemy mogli prowadzić zajęcia o tej tematyce. Zależy nam także na gastronomii, która także zabezpieczałaby potrzeby naszych klientów. Problem leży w braku rytmiki odwiedzin – gastronomia musi zarobić na siebie, a ludzie przychodzą tu nieregularnie. 

Sporo przed Panem pracy!

JM: Kiedyś będę musiał w końcu z tego Muzeum odejść (śmiech). Chciałbym ułatwić start mojemu następcy i wszelkie kluczowe sprawy pozostawić zamknięte. Kilka z nich już udało się zrealizować, inne jeszcze pozostają w sferze planów. Kolejnym ważnym elementem są oddziały naszego Muzeum, w których nie są załatwione kwestie własnościowe, na przykład w Uzarzewie czy koncepcyjne w Sielinku, które ma słabą frekwencję. Chcielibyśmy także, aby park i obiekty Muzeum Pszczelarstwa w Swarzędzu, które są własnością Instytutu Gleboznawstwa w Puławach były pod naszymi skrzydłami. Czynimy starania od kilku lat o przylegające do Szreniawy pola. Winny one stanowić zaplecze dla dalszego rozwoju Muzeum. Rozwiązać należy także kwestię wystawienniczą w pięknym Muzeum Wikliniarstwa w Nowym Tomyślu – jest tam zagroda olenderska, ale niestety nie ma obory. Mógłbym więc pracować dożywotnio, a cały czas byłoby co robić (śmiech).

Od kilku tygodni Muzeum stopniowo otwiera się na zwiedzających po przymusowej przerwie spowodowanej pandemią. Jak realia tegorocznej wiosny wpłynęły na sytuację placówki? 

Rafał Cierzniak: Zamknięcie Muzeum spowodowało ograniczenie bardzo ważnego cyklu działań, ponieważ zmuszeni byliśmy odwołać wszystkie imprezy. Dotyczyło to, niestety, imprez dla nas najważniejszych, takich jak Jarmark Wielkanocny, na który co roku przybywało kilkanaście tysięcy osób. Musieliśmy zrezygnować także z zajęć edukacyjnych dla szkół, które były zawsze istotnym wydarzeniem, odwiedzanym przez około trzech i pół nawet do pięciu tysięcy dzieci. Ponadto pandemia skutkowała utratą ruchu turystycznego grup zorganizowanych. Druga połowa kwietnia, maj i czerwiec to zwykle czas wycieczek szkolnych. Tej wiosny szkoły nie funkcjonowały w normalnym trybie, nie mogły jeździć autobusy, ruch turystyczny był zatem praktycznie zerowy. 

Obecnie, tydzień po tygodniu udostępnialiśmy kolejno park, ekspozycję zewnętrzną, pawilony, uruchomiliśmy również budynek gorzelni i pałac. Jesteśmy zadowoleni z ruchu indywidualnego. Wciąż nie mamy tej samej frekwencji, ze względu na brak imprez i wycieczek, ale ruch indywidualny jest trochę lepszy, niż zazwyczaj. Dotyczy to nawet dni roboczych. Wiosną miewaliśmy dziennie dwie-trzy wycieczki i osoby indywidualne, teraz jest tylko kilkadziesiąt osób indywidualnych. W weekendy natomiast odwiedza nas ponad dwieście osób, co na realia naszego Muzeum jest dobrym wynikiem.

W ostatnim czasie zrewitalizowane zostały stare pawilony wystawiennicze, a do dyspozycji zwiedzających oddano zmodernizowane wystawy. Jakie? 

RC: Łącznie modernizacji poddaliśmy 3710 m2 powierzchni ekspozycji stałych, wymieniono stare instalacje i ocieplono budynki. Wprowadziliśmy także wiele elementów interaktywnych oraz możliwość dotykania wybranych eksponatów.

W przypadku pawilonu drugiego mieliśmy do czynienia ze sporą przebudową. Pierwotnie zgromadzone w nim eksponaty dotyczyły historii rolnictwa polskiego do wieku XVIII. W nowej koncepcji wystawa ma obejmować cały okres od pojawienia się pierwszych ludów rolniczych, czyli kilka tysięcy lat przed naszą erą, aż po wiek XX. W zamierzeniu ma być pewnym skrótem, który pozwala zapoznać się z historią głównie pod kątem uprawy ziemi. Nie wchodzimy w szczegóły kultury, osadnictwa. Ma to być swego rodzaju wstęp, a wiedzę w nim zasygnalizowaną pogłębiać można na kolejnych ekspozycjach. Koncepcja ta różni się stylistyką od wystaw, które mieliśmy do tej pory. 

Dorota Matela: Zmieniła też miejsce wystawa stała „Rzemiosła wiejskie”, która wcześniej znajdowała się w drugim pawilonie. Ekspozycję uzupełniono o salkę edukacyjną dla dzieci i młodzieży, a po przekroczeniu progu hali zwiedzający rozpoczynają swoją podróż odwiedzając najpierw Izbę Wiejską – przestrzeń, której wcześniej w Muzeum nie było. Następnie zapoznają się z z rzemiosłem w wielu odsłonach – stolarstwem, ciesielstwem, bednarstwem, garbarstwem, rymarstwem, włókiennictwem i garncarstwem. Uzupełnienie stanowią ekspozycje poświęcone kołodziejstwu i kowalstwu, które podziwiać można w folwarku. 

RC: Zrewitalizowano także pawilony numer cztery i pięć, gdzie prezentowane jest przetwórstwo rolno-spożywcze. Pawilony dziesiąty, jedenasty i dwunasty poddane zostały liftingowi, nieco mniej gruntownej przebudowie. Prezentujemy w nich kolejno historię uprawy roślin, paszoznawstwo oraz dzieje hodowli zwierząt i weterynarii. W nowej odsłonie prezentowana jest także wystawa dotycząca transportu wiejskiego. 

Do dyspozycji zwiedzających oddane są również nowości – ekspozycja „Ocalony blask powozów”, prezentująca dwadzieścia jeden zabytkowych powozów konnych zakupionych przez Muzeum od kolekcjonera Bogusława Łowińskiego oraz wystawa poruszająca temat historii Tarpana, którą można oglądać w pawilonie piętnastym, dawnej oborze pegeerowskiej. 

Gerard Radecki: „Muzeum Tarpana” to nowa wystawa stała Muzeum Narodowego Rolnictwa w Szreniawie. Została otwarta w 2019 roku, dokładnie w dwudziestą piątą rocznicę zakończenia produkcji rolniczych samochodów z Wielkopolski. Tarpan, mimo niezwykle ciekawej konstrukcji, jest chyba najbardziej niedocenianą polską marką.

W „Muzeum Tarpana” pokazujemy historię tego auta, wytwarzanego w Poznaniu w latach 1973-1994. Samochód rolniczy jest tu prezentowany w towarzystwie innych pojazdów, które można było zobaczyć na polskich drogach w czasach, kiedy Tarpan był produkowany, a także wcześniej. Najstarszym autem jest ciężarowy Lublin-51 z 1955 roku, przystosowany do przewozu na skrzyni ładunkowej pracowników Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Najmłodszy z kolei jest Fiat 126 el Happy End w kolorze żółtym, osiemset czterdziesty szósty egzemplarz z pożegnalnej serii tysiąca aut z września 2000 roku. Obok nich w Muzeum zobaczymy inne polskie samochody: Żuki, Syreny, Polskie Fiaty i Polonezy. Wśród nich jest niezwykle cenna Syrena M-20 z przedprodukcyjnej serii dwustu samochodów z 1957 roku.

W tym szlachetnym towarzystwie zaparkowaliśmy osiemnaście Tarpanów we wszystkich najważniejszych odmianach produkcyjnych tego samochodu, zaprojektowanego specjalnie dla rolników i wieloosobowych rolniczych rodzin. 

Opowieść o Tarpanie rozpoczynamy od jednego z najwcześniej wyprodukowanych egzemplarzy auta – modelu 233 w kolorze jasnoszarym z 1974 roku w klasycznej odmianie „standard”, z przesuwną ścianką kabiny i plandeką nad skrzynią ładunkową. Kończymy natomiast ciemnozielonym prototypem terenowego modelu Tarpan Honker 4032 ze skróconym rozstawem osi z 1995 roku. 

Czy podczas organizacji odmienionej przestrzeni pojawiły się jakieś nowe rozwiązania?

RC: Przy okazji modernizacji staraliśmy się dostosować obiekt do potrzeb osób niepełnosprawnych, głównie niedowidzących. Na wszystkich nowych ekspozycjach są dla nich miejsca, pojawiają się napisy w alfabecie Braille’a oraz specjalne obiekty. Dla każdego etapu rozwoju rolnictwa jest jeden element, który coś obrazuje, np. prehistorię przedstawia waza z Bronocic – najstarszy zachowany wizerunek wozu zaprzężonego w woły. Osoba niedowidząca może tego dotknąć i dowiedzieć się czym narzędzia się różniły. W części interaktywnej natomiast znajdują się ramki cyfrowe czy filmy, które wzbogacają odbiór wystawy. 

We wszystkich odnowionych pawilonach pojawiła się specjalna ścieżka – pasy prowadzące niewidomych po ekspozycji. Wskazują one drogę, podpowiadają, gdzie należy się zatrzymać, gdzie można coś włączyć, przeczytać, dotknąć. Jest to pomoc zarówno dla niewidomych, jak i niedowidzących, których jest u nas na wycieczkach więcej. 

Niedawno w pawilonie 8a, na wystawie „Postęp techniczny w rolnictwie w XIX i XX wieku” pojawił się nowy eksponat – ponadstuletni konny siewnik rzędowy. Czy rzeczywiście jest takim cudem?

Mariusz Niestrawski: Nie mam najmniejszych wątpliwości, że z muzealniczego punktu widzenia jest cudem – to obiekt ponadstuletni, udało nam się ściągnąć go do Wielkopolski z miejscowości położonej na terenie dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Do tej pory nie mieliśmy podobnego eksponatu. Nic nie wiemy również o tym, żeby w innych muzeach taki siewnik się zachował. Po drugie, obiekt jest „cudem” pod względem technicznym. Zastosowano w nim bardzo nowatorskie rozwiązania. Służył do jednoczesnego wysiewu nasion i nawozów, a zatem mamy tu do czynienia z techniką, która dopiero teraz pojawia się w szerszym zakresie w polskim rolnictwie. Kiedy rozwiązanie to wprowadzono w siewniku wyprodukowanym przez polską Specjalną Fabrykę Siewników Towarzystwa Akcyjnego Vielwerth i Dedina, nie chodziło o to, żeby zaoszczędzić czas, jak ma to miejsce obecnie. Głównym celem twórców urządzenia było uniknięcie nadmiernego zużycia nawozu. Początek XX wieku był okresem kryzysu w rosyjskim rolnictwie, wszelkie oszczędności były więc mile widziane. 

Była to konstrukcja na owe czasy nowatorska, a czy doskonała technicznie? Trudno orzec. Dla nas najważniejsza jest ocena tego siewnika jako muzealium, a jestem pewien, że ściągnięcie go do Muzeum było doskonałym posunięciem.

Obecnie można też podziwiać wystawę czasową „Powstanie Wielkopolskie – Rozkaz!”. Proszę o niej opowiedzieć. 

MN: Wystawa prezentuje dokumenty-rozkazy ze zbiorów Archiwum Państwowego w Poznaniu, związane z okresem Powstania Wielkopolskiego oraz autonomii Wielkopolski. Jest to wystawa adresowana przede wszystkim do specjalistów, historyków lub kogoś, kto ma świadomość, że tego typu dokumenty znajdują się w poznańskim archiwum, ale też dla osób niezaznajomionych z tematem, którzy dzięki wystawie mogą tę wiedzę nabyć. 

Kolekcja rozkazów, która znajduje się w poznańskim archiwum jest unikatowa. Zachował się niemal komplet rozkazów dziennych. Dla każdego historyka wojskowości, znawcy autonomii Wielkopolski czy pasjonata powstania wielkopolskiego, zbiór ma gigantyczne znaczenie. Sam papier może jednak nie być szczególnie atrakcyjny dla potencjalnego zwiedzającego, dlatego twórcy wystawy wpadli na pomysł, aby urozmaicić ekspozycję włączeniem do niej znanych skądinąd w Poznaniu zdjęć Kazimierza Gregera, czyli legendarnego fotografa powstania. Zdjęcia są bardzo efektowne, przez co wystawa nabiera specyficznego charakteru i jest przystępna dla każdego widza. 

Chciałbym podkreślić, że wystawa jest wypożyczona z Archiwum Państwowego w Poznaniu, a archiwum zorganizowało ją we współpracy z Muzeum Historii Miasta Poznania. 

 

poniedziałek, 26 październik 2020 20:23

O kapryśnej aurze i egzotycznych roślinach

z Andrzejem Brylakiem z Centrum Ogrodniczego „Ogród Marzeń” rozmawia Merkuriusz

W tym roku mieliśmy wyjątkowo suchą i ciepłą zimę, ale deszczowy przełom wiosny i lata. Jak chronić rośliny przed tak zmiennymi warunkami atmosferycznymi?

Ciepła zima to wyjątkowy okres. Niektóre gatunki, które podczas wcześniejszych zim zrzucały liście, w tym roku tego nie zrobiły, wymieniały je dopiero wczesną wiosną. Taka sytuacja jest dla roślin dość nietypowa, zaczęły się więc bardzo szybko rozwijać, wcześniej kwitnąć. Wszyscy w branży spodziewaliśmy się, że muszą jeszcze przyjść przymrozki, które zwykle pojawiały się w okolicach 15 maja, ale tego roku ich nie było. Zazwyczaj powodowały, że rośliny wrażliwe na niskie temperatury nawet traciły liście czy kwiaty. Dlatego też z wieloma czynnościami w ogrodzie czeka się do tak zwanej zimnej Zośki, na przykład z sadzeniem pomidorów. 

W tym roku było inaczej. Rośliny bardzo intensywnie rosły od wczesnej wiosny aż do połowy lata. Ocieplenie powoduje, że do naszego klimatu zaczynają być wprowadzane gatunki, które wcześniej się tu nie zadomowiały. Widzimy, że niektórzy sadzą w ogrodach palmy pochodzące z innej szerokości geograficznej, choć są to często gatunki takie jak Trachycarpus fortunei, które znoszą temperatury do – 15º C. Bardzo ciepłe zimy i dość wilgotne wiosny sprzyjają gatunkom, które nie są typowe dla Europy Środkowej. 

Czy powinniśmy chronić rośliny przed zmiennymi warunkami atmosferycznymi? Możemy próbować je zabezpieczać na różne sposoby, okrywać, sadzić w miejscach, gdzie będą bardziej chronione. Dla przykładu magnolie należy sadzić tak, aby od strony zachodniej i północnej były osłonięte, a od południa miały jak najwięcej światła, w takiej lokalizacji roślina będzie rozwijać się najlepiej. Właściwie większość gatunków, które do tej pory nie były u nas spotykane, sadzone w dobrym miejscu, osłoniętym i z południową wystawą, mają rację bytu. Mam na myśli hibiskusy syryjskie, araukarię czy aukubę.

Hibiskusy mają chyba różną odporność. Mam dwa w ogrodzie i dwa w domu. Kiedyś wystawiłam je za wcześnie na balkon, przyszedł przymrozek, i pomimo że okrywałam je folią, bardzo ciężko chorowały.

Najczęściej uprawiane są dwa gatunki hibiskusa. W ogrodzie sadzony jest hibiskus syryjski, odmiana odporniejsza, rosnąca w gruncie, natomiast ten uprawiany w domach, w doniczkach to hibiskus chiński, który nie ma szans przezimowania na zewnątrz. 

Muszę jednak przyznać, że hibiskusy lepiej przetrwały przymrozek niż oleandry. Na południu Niemiec widuję oleandry wsadzone do ziemi...

Rośliny zdecydowanie lepiej zimują, jeśli są posadzone w gruncie. Kiedy te doniczkowe wystawiane są na zewnątrz i nastąpi spadek temperatur do – 5ºC czy – 8ºC, przez mróz niszczone zostają najmłodsze korzenie znajdujące się przy obwodzie doniczki. Jeśli zakorzenione są głęboko w gruncie, mają dużo większą szansę przezimowania. Jeśli zabezpieczymy korzenie na zimę – zrobimy kopczyk, położymy worki z korą czy torfem, niska temperatura nie będzie działać tak silnie. Co także ważne, bardziej wrażliwe gatunki powinniśmy sadzić wiosną, aby do kolejnej zimy zdążyły się zakorzenić. Zimą roślinom szkodzi jednak nie tylko mróz, ale również wysuszające silne wiatry. Jeśli system korzeniowy jest głęboki, będzie w stanie pobrać wodę, zanim ją wiatr wysuszy. 

Czy o rośliny hodowane w dużym mieście, narażone na silną emisję zanieczyszczeń, powinno dbać się inaczej?

Są gatunki, które tolerują zanieczyszczenie powietrza w mieście i właściwie nie wymagają jakiejś szczególnej opieki. Należą do nich kasztanowce, jodły jednobarwne, lipa. Gatunków wrażliwych pod względem czystości powietrza nie powinno się sadzić w mieście. Wiele jednak zależy od zim, opadów śniegu oraz od tego ile soli na drogach wysypią służby. Jednym czynnikiem jest bowiem zanieczyszczenie powietrza, które jest ostatnimi czasy mniejsze, ponieważ zwracamy na nie większą uwagę, walczymy z niską emisją, drugim natomiast – zasolenie. Silnie wpływa ono na rośliny sadzone przy drogach. Zaobserwować można, że często stawiane są przy nich osłony z mat wiklinowych, słomy czy tkanin polipropylenowych. Ma to zapobiegać dostawaniu się śnieżnego błota z solą pod rośliny. 

Czy w naszych ogródkach jesteśmy w stanie bardziej zapobiegać uszkodzeniu roślin? Na pewno nie powinniśmy ich nadmiernie nawozić, zwłaszcza w drugiej połowie roku. Podsypywanie nawozem mineralnym jest równoznaczne z zasalaniem podłoża. Możemy w ten sposób doprowadzić do wysuszania roślin, podobnie jak w przypadku wspomnianego wcześniej zimowego wiatru. Tworzy się duże stężenie soli, która zabiera wodę roślinie. 

Obecnie często nie sadzi się drzew w gruncie, tylko w wielkich betonowych donicach. Zawsze myślę, że chyba ziemi wystarczy tym drzewom może na pięć lat, nie rozwiną się dalej i kiedy zabraknie miejsca, zginą. Po co to się robi?

Robi się to, kiedy w danym miejscu nie ma innej możliwości. W miastach silna jest infrastruktura podziemna, tak zwana sieć mediów, czyli rury z wodą, gazem, przewody z prądem, kanalizacją. Utrudniają one sadzenie drzew w wielu miejscach, ponieważ mogłoby doprowadzić do zaczopowania rur przez system korzeniowy drzew. Z tego powodu wybiera się mniejsze zło i sadzi rośliny do większych donic na powierzchni terenu.

Myślę, że drzewa w takich donicach mogą rosnąć wiele lat jeśli będą dobrze pielęgnowane. Odpowiednia pielęgnacja to między innymi przycinanie – wykonywanie cięcia sanitarnego i formującego, aby drzewa nie stworzyły zbyt silnej korony i nie stały się zagrożeniem. 

Ale na pewno nie będą żyć tyle, co wsadzone do ziemi... 

Pewnie, że nie tyle co dęby w Rogalinie, ale zależy nam, żeby chociaż przez jakiś czas w miejscach zabetonowanych widzieć zieleń. Dzięki gazonom możemy to uzyskać. 

Oprócz sklepu ogrodniczego oferujecie Państwo usługi projektowania i zakładania ogrodów. Czy cieszą się dużym powodzeniem?

Spora część społeczeństwa w ostatnich latach przeprowadza się z mieszkań do domów bądź szeregowców, stąd duże zainteresowanie aranżacją małych przydomowych ogrodów. Klienci często szukają pomysłu. Zależy im na małych, wolno rosnących roślinach. Często są to odmiany szczepione, charakteryzujące się wolnym lub oryginalnym wzrostem, na przykład rosnące kolumnowo, zwieszające się, przybierające kształt kielicha, jak odmiana wiśni piłkowanej Kanzan czy Royal Burgundy. Bardzo wolno rośnie odmiana sosny bośniackiej Schmidtii czy cyprysik łuskowaty Nana Gracilis. Ich roczne przyrosty utrzymują się na poziomie kilku centymetrów, dlatego mogą rosnąć przez wiele lat w małych ogrodach, nie stając się czymś uciążliwym, co mogłoby na przykład przesłonić światło w domu.

W ogrodnictwie, tak jak w niemal każdej dziedzinie, zaobserwować można mody. Jakie rozwiązania i rośliny dziś cieszą się największą popularnością? 

Największym zainteresowaniem cieszą się obecnie wieloletnie rośliny kwitnące, czyli byliny. Są to gatunki roślin zielnych, które w większości zamierają na zimę, budząc się ponownie na wiosnę. Kupowane są zazwyczaj właśnie gdy zaczynają kwitnąć.

Drugą grupą roślin cieszących się powodzeniem są tak zwane trawy wysokie – rozplenica japońska, miskanty, trzcinnik. Największe zainteresowanie nimi pojawia się w miesiącach jesiennych, ponieważ wyglądają wtedy bardzo ładnie. Wiosną, trawy dopiero budzą się do życia, nie są bardzo atrakcyjne, więc jeśli ktoś się na nich nie zna, raczej ich wtedy nie kupi. 

...Myślę, że tak jest z większością roślin. Podoba nam się kwitnąca, ale to niestety oznacza, że niebawem przekwitnie.

Sztuka projektowania ogrodów polega na tym, by w każdym miesiącu pojawiła się w nim jakaś atrakcja. Ogród powinien być wiecznie żywy. 

Kilkanaście lat temu dominowała moda na rośliny iglaste. Jednak ogród ograniczony wyłącznie do iglaków nie żyje tak bardzo, jak ten z roślinami liściastymi, bylinami, trawami, wrzosami. Dlatego zawsze zachęcam do ich sadzenia – dopiero wtedy uzyskamy ogród żyjący przez dwanaście miesięcy.

 

z burmistrzem Wągrowca Jarosławem Berendtem rozmawia Mariola Zdancewicz

W maju obchodziliśmy 30-lecie Samorządu Terytorialnego. Co oznaczały ostatnie trzy dekady dla miast takich jak Wągrowiec?

Spotykam czasem osoby odwiedzające Wągrowiec pierwszy raz od dziesięciu-piętnastu lat, które nie potrafią ukryć zaskoczenia połączonego z zachwytem nad zmianami, jakie dokonały się w naszym mieście. Gdy wydłużymy tę perspektywę do trzydziestu lat, to pod wieloma względami będziemy mówić o dwóch różnych miastach i nie mam tutaj na myśli jedynie zmian w otaczającej nas rzeczywistości, ale także te, które dokonały się w naszej mentalności. Trzy ostatnie dekady to okres bezprecedensowego w historii miasta rozwoju, który zawdzięczamy mądrości i dalekowzroczności samorządowców w kolejnych kadencjach. O tym, że dobrze wykorzystano minione trzydzieści lat najlepiej świadczy rzadko przywoływany w zestawieniach wskaźnik, jakim jest migracja ludności – w sytuacji, gdy ogromna liczba miast w Polsce odnotowała liczący od kilkunastu do kilkudziesięciu procent ubytek mieszkańców, w Wągrowcu obserwowaliśmy ich przyrost, a w ostatnich latach stabilną liczbę. Według mnie te dane bardzo wyraziście dowodzą, że dobrze się tu żyje. 

Jak świętowany był przez Państwa ten ważny jubileusz?

Nikt nie planował epidemii koronawirusa, która w ciągu zaledwie dwóch-trzech miesięcy zmieniła nasze plany i możliwości do tego stopnia, że uznaliśmy, iż nie jest to dobry moment na świętowanie.

Od stycznia mieszkańcy Wągrowca mogą się cieszyć zrewitalizowaną Miejską Biblioteką Publiczną. Na czym polegała metamorfoza?

Nasza książnica otrzymała z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego ponad dwieście jedenaście tysięcy złotych dofinansowania na modernizację. Doposażono ją w nowoczesny sprzęt: zestaw mobilny oraz interaktywną podłogę edukacyjną, co pozwoliło poszerzyć ofertę zajęć – budynek jest bowiem wykorzystywany na potrzeby multimedialnych lekcji dla dzieci i młodzieży. Biblioteka zyskała też narzędzia do nowych działań służących podnoszeniu kompetencji cyfrowych osób dorosłych i seniorów.

Modernizacji zostanie poddane również Centrum Edukacji Ekologicznej…

To ambitny projekt, który łączy w sobie korzyści ekologiczne z edukacyjnymi, a przy okazji pozwoli na poszerzenie oferty rekreacyjno-wypoczynkowej dla mieszkańców i przyjezdnych. Na realizację udało nam się uzyskać ponad trzy miliony sześćset tysięcy złotych dofinansowania z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego, czyli sześćdziesiąt pięć procent planowanych kosztów inwestycji. Głównym „beneficjentem” będzie obszar dawnego parku, który zostanie tą drogą przywrócony miastu. Planowany jest punkt edukacyjny na terenach zielonych wzdłuż rzeki Wełny, budowa pomostu i tarasu edukacyjnego przy rzece, budowa punktu edukacyjnego do prowadzenia zajęć z miejscem na ognisko, budowa kina plenerowego oraz kameralnego placu zabaw o profilu ekologicznym. Powstanie także edukacyjny szlak pieszo-rowerowy, zlokalizowany w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki. Realizacja modernizacji tego terenu odbywać będzie się w formule „zaprojektuj i wybuduj”. Wyłoniony w procedurze przetargowej wykonawca będzie zobowiązany do sporządzenia dokumentacji technicznej w okresie od października 2020 roku do maja 2021 roku i uzyskania pozwolenia na budowę, a następnie – od czerwca do listopada 2021 roku – realizacji robót budowlanych.

W ostatnim czasie realizowaliście Państwo także wiele innych inwestycji. Jakich? 

Wśród przedsięwzięć z ostatnich kilkunastu miesięcy, którymi możemy się pochwalić, muszę wymienić powstanie nowoczesnego i funkcjonalnego żłobka miejskiego, który po oddaniu do użytku został okrzyknięty jednym z najładniejszych tego typu obiektów w Wielkopolsce. Z powodzeniem realizujemy też zadania z naszego programu wyborczego, w tym m.in. powstanie Wągrowieckiego Roweru Miejskiego, który zyskał ogromną popularność wśród mieszkańców oraz dostęp do szerokopasmowego internetu dla kilku tysięcy wągrowieckich gospodarstw domowych. Budujemy kolejne ulice, oświetlamy je nowoczesnymi lampami ledowymi, oddajemy do użytku nowe ścieżki rowerowe i przygotowujemy dokumentacje techniczne dla modernizacji kolejnych ulic. Sukcesem zakończyły się też nasze działania związane z przywróceniem przygotowywania posiłków dla dzieci w przedszkolnych i szkolnych kuchniach. Dodajmy do tego poprawę infrastruktury sportowej oraz realizowane modernizacje dwóch placów zabaw dla dzieci, z uwzględnieniem potrzeb maluchów z niepełnosprawnościami. Zakupiliśmy także dwa samochody do przewozu osób niepełnosprawnych, uniezależniając się dzięki temu od kosztownych usług zewnętrznych, a w ramach usług prospołecznych wprowadziliśmy pilotażowy program bransoletek życia dla pierwszych pięćdziesięciu wągrowieckich seniorów.

Już od 1 lipca można zgłaszać projekty do Wągrowieckiego Budżetu Obywatelskiego na 2021 rok. Jak dużą popularnością cieszyły się poprzednie edycje? 

Miasto Wągrowiec w 2014 roku po raz pierwszy ogłosiło budżet obywatelski, dotyczył planów na rok następny, a w lipcu bieżącego roku rozpoczął się nabór zgłoszeń do siódmej już edycji. Jest to narzędzie dialogu z mieszkańcami, które ma długą tradycję i cieszy się rosnącą popularnością. W 2019 roku po raz pierwszy budżet obywatelski został przeprowadzony na nowoczesnej platformie elektronicznej. Dzięki temu udogodnieniu w jednym miejscu można zgłosić projekt, zobaczyć etapy głosowania oraz oddać głos. Ponadto narzędzie to pozwala na łatwe udostępnienie wszystkich informacji w mediach społecznościowych i promocję danego zadania, na którym zależy na przykład zgłaszającym projekt. 

W ubiegłym roku mieszkańcy wystąpili z dwudziestoma czterema projektami i tylko jeden z nich nie uzyskał pozytywnej oceny. Oddano łącznie trzy tysiące czterysta sześćdziesiąt osiem głosów. Mieszkańcy zdecydowanie poparli projekt „Modernizacja/wymiana sprzętu na placu zabaw dla dzieci przy ulicy Wiśniowej w Wągrowcu”, realizację którego rozpoczniemy w najbliższych tygodniach. Myślę, że o sukcesie budżetu obywatelskiego przesądza właśnie to, że mieszkańcy dość szybko widzą efekt swojego zaangażowania w sprawy miasta. 

Wągrowiec jest miastem pięknie położonym wśród jezior, lasów, rzek... Jest też Szlak Cysterski. Czy tego lata spodziewacie się Państwo zwiększonego ruchu turystycznego, spowodowanego strachem przed opuszczaniem kraju?

Mam wrażenie, że coraz częściej doceniamy walory przyrody i korzystamy z zalet, jakie niesie za sobą przebywanie na łonie natury. Sądzę, że właśnie w tym kierunku musimy zmierzać, aby miasto było atrakcyjne dla turystów i stąd moje starania o to, żeby miejska zieleń była zadbana, a przestrzeń uporządkowana i funkcjonalna. Myślę, że olbrzymim atutem Wągrowca jest bardzo zróżnicowana oferta noclegowa dla osób o różnych wymaganiach i możliwościach finansowych. Uważam, że szczególną szansą dla rozwoju turystyki jest pole campingowo-caravaningowe przy Ośrodku Sportu i Rekreacji w Wągrowcu. Ta forma turystyki z wielu powodów cieszy się ogromną popularnością, a atrakcje i malownicze położenie miasta sprawiają, że jest to idealne miejsce na wakacyjny przystanek. Tu miłośnicy camperów i wypoczynku pod namiotem znajdą wszystko to, co cenią i czego szukają w takich miejscach: czyste, nowoczesne zaplecze socjalne, bazę sportową: boiska, korty, wypożyczalnie sprzętu wodnego, bogatą ofertę gastronomiczną oraz naszą największą atrakcję, czyli Aquapark. 

W tym roku postanowiliśmy zaprezentować naszą bazę rekreacyjną i turystyczną na Międzynarodowych Targach Poznański w ramach wydarzenia „Letni Targ Rodzinny”. Chcemy przekonać Wielkopolan, że warto nas odwiedzić i skorzystać z bazy przygotowanej z myślą o aktywnym wypoczynku blisko natury. Jestem przekonany, że każdy, kto przyjeżdża do Wągrowca odkrywa w naszym mieście ogromny potencjał turystyczny – nie może być inaczej skoro – jak głosi nasze hasło promocyjne – ”Wągrowiec wyzwala energię”!

Jakie są Pana plany...?

O naszych planach mógłbym mówić dużo i długo, skupię się jednak na trzech zagadnieniach. Pierwszym jest modernizacja ulic wjazdowych do miasta: Rogozińskiej, Skockiej i Gnieźnieńskiej. Zyskają na tym nie tylko ich użytkownicy, ale także… wizerunek miasta. Podjęliśmy też starania, by dowiedzieć się, jakie są szanse wykorzystania energii geotermalnej drzemiącej podobno pod  miastem. Jeśli nasze zamierzenia się powiodą, to w perspektywie najbliższych miesięcy zostanie wykonany odwiert. Zależy to od uzyskania środków zewnętrznych, bowiem miasta nie stać na realizację tak kosztownego badania. Będziemy się także starać o uzyskanie dofinansowania na rewitalizację plaży miejskiej, kąpieliska, terenów przyległych wraz z amfiteatrem oraz części promenady nad Jeziorem Durowskim. To sztandarowa inwestycja w tej kadencji, która – po zakończeniu konkursu na koncepcję, zorganizowanego we współpracy ze Stowarzyszeniem Architektów Polskich – jest obecnie na etapie opracowywania dokumentacji projektowej. 

z wiceprezesem Veolii Energii Poznań Janem Picem rozmawia Mariola Zdancewicz

Veolia kontynuuje ponadstuletnią tradycję produkcji energii elektrycznej w Poznaniu. Jak to się zaczęło?

Jeśli mielibyśmy rzeczywiście zacząć od początku, trzeba by cofnąć się do przełomu XIX i XX wieku, kiedy w Poznaniu działało pięć prywatnych elektrowni – w tym ta należąca do Przedsiębiorstwa Tramwajowego – a od 1904 roku także miejska, przy ul. Grobla. I to jest początek  zawodowej energetyki w Poznaniu. Jednak dla nas, energetyków z Veolii, prawdziwa inauguracja to rok 1929 i uruchomienie nowoczesnej na owe czasy elektrowni na Garbarach, którą stopniowo rozbudowywano, a w roku 1965 rozpoczęto jej przebudowę na elektrociepłownię. Ze względu na ciągle rosnące potrzeby miasta oraz ograniczenie możliwości rozbudowy Elektrociepłowni Garbary, w roku 1970 podjęto decyzję o budowie nowego źródła. Pierwsze dostawy ciepła z Elektrociepłowni Karolin popłynęły w roku 1975. I tak jest do dziś – produkujemy ciepło i energię elektryczną oraz parę technologiczną na potrzeby mieszkańców Poznania, instytucji publicznych, okolicznego przemysłu, ale nie zapominamy przy tym o konieczności stałego doskonalenia się, rozwijania, wprowadzania nowoczesnych rozwiązań przyjaznych środowisku.

Czym jest ciepło systemowe?

To określenie dla ciepła i ciepłej wody użytkowej, dostarczanych przez polskie przedsiębiorstwa ciepłownicze do biur, mieszkań, zakładów przemysłowych i obiektów handlowych. Produkowane w elektrociepłowniach wraz z energią elektryczną w skojarzeniu – czyli kogeneracji, co jest optymalnym sposobem zaopatrywania miast w ciepło, przede wszystkim z powodu wysokiej efektywności procesu oraz  zużycia paliw. Przesyłane jest dzięki instalacjom ciepłowniczym w sposób  przyjazny środowisku, bezobsługowy, niezawodny, bezpieczny i konkurencyjny cenowo. Obecne nowoczesne systemy przesyłu ciepła wykorzystują rozwiązania z obszaru „Smart city”, automatycznie dostosowujące  pracę do odczytywanych zdalnie i w czasie rzeczywistym parametrów z poszczególnych elementów sieci, takich jak przepompownie czy węzły. W efekcie możliwe jest bardziej  racjonalne wykorzystywanie energii z korzyścią dla środowiska (bo zmniejsza się emisję dwutlenku węgla) i portfela użytkowników.

Obserwujemy obecnie tendencję do rezygnacji z węgla na rzecz paliw bardziej przyjaznych środowisku. Jak odpowiada na to wyzwanie Veolia Energia Poznań? 

Od wielu lat wykorzystujemy nie tylko węgiel, ale i biomasę – czyli paliwo neutralne pod względem CO2. W tym roku rozpoczęliśmy projekt „zielonych weekendów” – okresowej produkcji ciepła wyłącznie z biomasy przy współpracy z Instalacją Termicznego Przekształcania Odpadów Komunalnych, dzięki czemu ograniczamy  wpływ na środowisko i przyczyniamy się do czystszego powietrza w mieście. Stawiając na wzrost udziału produkcji ze źródeł odnawialnych, wpływamy też na zmniejszenie śladu węglowego przedsiębiorstwa i stawiamy kolejny krok w kierunku dekarbonizacji. W te działania wpisują się także inne nasze projekty – we współpracy z firmą Volkswagen wdrożyliśmy odzysk ciepła ze sprężarek w halach produkcyjnych Odlewni w Poznaniu. W pobliskim Szlachęcinie natomiast trwają ostatnie przygotowania do uruchomienia instalacji odzysku ciepła ze ścieków podczas procesu ich oczyszczania, a w Elektrociepłowni Karolin budujemy akumulator ciepła. Przygotowujemy się także do zastąpienia innymi technologiami części funkcjonujących obecnie bloków węglowych. Tego typu projekty są zgodne z naszą misją, czyli odnawianiem zasobów świata, i z zasadami gospodarki o obiegu zamkniętym. Chcemy, by zasoby, które do tej pory były traktowane jako bezwartościowe – czy to ciepło odpadowe trafiające do otoczenia, czy ścieki – można było wykorzystywać do zaspokajania potrzeb lokalnych społeczności, np. do produkcji ciepła. 

Nieco z innej” beczki”…
Ciekawym precedensem było m.in. osiedlenie się pary sokołów wędrownych na platformie lęgowej zamontowanej na kominie Elektrociepłowni Karolin. Jakie inne kroki poczyniono na rzecz ochrony środowiska i klimatu?

Platformę lęgową zamontowaliśmy dzięki współpracy ze Stowarzyszeniem na Rzecz Dzikich Zwierząt „Sokół”. Pierwszymi jej mieszkańcami w 2018 roku były pustułki, jednak z przyczyn nie do końca wyjaśnionych z lęgu udało się uratować tylko jedno pisklę, a para dorosłych zaginęła. W bieżącym roku platformę wykorzystały sokoły wędrowne, które szczęśliwie odchowały cztery zdrowe młode, zaobrączkowane w maju 2020. Ponadto – na budynku biurowca zamontowano budki lęgowe dla jerzyków. Na terenach zielonych należących do Veolii od kilku lat chroni się nietoperze, poza montowaniem specjalnych budek przeprowadzono kilka udanych akcji ratujących te ssaki, we współpracy z Polskim Towarzystwem Ochrony Przyrody Salamandra. W czasie suszy wystawia się też specjalne poidła dla ptaków i zwierząt. Dbając o najmniejszych lokatorów i „gości”, w kilku miejscach elektrociepłowni zadbaliśmy o przygotowanie tzw. hoteli dla owadów.

Przy udziale specjalistów z Uniwersytetu Przyrodniczego przeprowadziliśmy inwentaryzację terenów cennych przyrodniczo. Dzięki akcji nasadzeń na terenach Veolii Energii Poznań przybyło kilkadziesiąt drzew iglastych i liściastych oraz pole lucerny siewnej. W akcji sadzenia  krzewów przyjaznych ptakom wzięli udział pracownicy spółki. Wokół centrum konferencyjnego powstały rabaty kwiatowe z gatunkami sprzyjającymi rozwojowi owadów,  w tym też celu  rozpoczęliśmy  zakładanie kwietnej łąki. Przy zasadzonych młodych drzewkach w tym roku umieściliśmy specjalne worki nawadniające. 

Działania związane z dbałością o bioróżnorodność to oczywiście tylko dodatek do naszych codziennych starań, związanych z produkcją energii. Przez ostatnich dziesięć lat zmniejszyliśmy dwukrotnie zużycie wody; pobraną z Warty wykorzystuje się wielokrotnie, a ponad sześćdziesiąt procent po oczyszczeniu trafia z powrotem do rzeki. Dzięki podłączeniom budynków do miejskiej sieci cieplnej pomagamy likwidować szkodliwą niską emisję w mieście. Stosujemy gospodarkę obiegu zamkniętego – pozostałości po procesie spalania to dla nas nie bezużyteczne odpady, ale dodatkowy produkt, który znajduje zastosowanie w przemyśle, m.in. cementowniach i budownictwie drogowym. Dzięki przeprowadzonym modernizacjom i inwestycjom w ostatnich latach sześciokrotnie zmniejszyliśmy emisję pyłu, siedmiokrotnie – emisję tlenków siarki. Emitujemy już o trzydzieści procent mniej dwutlenku węgla, a do 2025 roku chcemy go zredukować o pięćdziesiąt pięć procent.

Niedawno rozstrzygnięty został konkurs dla studentów Politechniki Poznańskiej na najlepszą pracę inżynierską. Jakie prace zostały nagrodzone? 

Konkurs ten jest organizowany przez Veolię Polska i Politechniki w Łodzi, Warszawie i Poznaniu, realizowany w tych miastach przez lokalne spółki Veolii; w tym roku miała miejsce jedenasta edycja.

Od 2010 roku w plebiscycie wzięło udział łącznie około stu pięćdziesięciu studentów Politechniki Poznańskiej. Tematyka zgłaszanych prac dotyczy efektywności energetycznej, odnawialnych źródeł energii, zarządzania energią w przemyśle i gospodarce komunalnej, usług okołociepłowniczych czy produkcji i dystrybucji energii elektrycznej. To dobra okazja do skonfrontowania naszych wieloletnich doświadczeń ze świeżym spojrzeniem na zagadnienia energetyczne młodych inżynierów – zresztą kilkoro z uczestników poprzednich edycji znalazło zatrudnienie w Veolii Energii Poznań. W tym roku pierwsze miejsce zdobył student z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska dzięki pracy „Technologie zgazowania odpadów komunalnych zintegrowane ze skojarzonym wytwarzaniem energii elektrycznej i ciepła”. Drugie miejsce i udział w zdalnej Veolia Summer School przypadło studentce Wydziału Maszyn Roboczych i Transportu za pracę „Analiza procesu spalania gazu ziemnego w modelowej komorze turbiny gazowej”.

Veolia obecna jest w życiu miasta, aktywnie uczestniczy w piknikach rodzinnych, Poznańskim Dniu Energii czy Nocy Naukowców na Politechnice Poznańskiej. Co staracie się Państwo przekazać Poznaniakom podczas takich spotkań? Czy mówi się o oszczędzaniu energii?

Tradycyjnie bierzemy udział w imprezach i festynach organizowanych w Poznaniu, których temat przewodni dotyczy szeroko rozumianej energii. Na przygotowanym stoisku przedstawiamy działania Veolii związane z produkcją energii, ochroną środowiska, troską o klimat. Przedstawiamy różne projekty, które służą oszczędzaniu energii; propagujemy walkę z niską emisją, usługę efektywnego zarządzania energią w budynkach, zdalne sterowanie siecią, akcję „Trzymaj Ciepło” dotyczącą badań termowizyjnych budynków, prezentujemy inwestycje i modernizacje naszych urządzeń, służące lepszemu wykorzystaniu paliw i ograniczeniu szkodliwego wpływu na środowisko.

Chcę wyraźnie podkreślić, że naszym celem jest prowadzenie działań wpisujących się w politykę klimatyczno-energetyczną Unii Europejskiej przy zachowaniu bezpieczeństwa naszych klientów oraz pracowników.

Warte uwagi

Organizujemy eventy firmowe

event1

Dom Wydawniczy Netter – wydawca magazynu Merkuriusz Polska prowadzi również działalność w obszarze organizowania konferencji, zjazdów, jubileuszy oraz „lecia” firm. Możemy pochwalić się ciekawymi rozwiązaniami, pełnym oddaniem w realizację danego projektu i fantazją. Najważniejszy dla nas jest zleceniodawca i to jemu służymy całą naszą wiedzą, dlatego uważamy, że warto być właśnie z nami.

Więcej…

 © Merkuriusz Polska | Redakcja: tel. +48 501 180 575, +48 515 079 888, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.